Reklama

Reklama

  • 1 .Legia Warszawa (36 pkt.)
  • 2 .Pogoń Szczecin (35 pkt.)
  • 3 .Raków Częstochowa (34 pkt.)
  • 4 .Górnik Zabrze (27 pkt.)
  • 5 .Lechia Gdańsk (26 pkt.)
  • 6 .Śląsk Wrocław (25 pkt.)
  • 7 .Lech Poznań (25 pkt.)
  • 8 .Jagiellonia Białystok (25 pkt.)

Lech Poznań jak "Titanic". Niekompetencję zaczęły pokazywać symbole

Ani liczby, ani słupki, ani zestawienia punktów i ich średnich, ani porównywanie transferów i budżetów nie działa na wyobraźnię tak, jak symbole. W tym sezonie prezesi Lecha Poznań Karol Klimczak i Piotr Rutkowski muszą się z nimi skonfrontować. A symbole wytykają jedno - niekompetencję sportową.

Wygląda to bowiem tak, jakby obecny problem Lecha Poznań z wygrywaniem był tylko wierzchołkiem góry lodowej, o którą rozbija się niezatapialny ponoć "Titanic". Lech jest takim "Titanikiem", którego samo zejście na wodę miało być powodem do dumy i szczytem tego, co w Ekstraklasie można osiągnąć, po czym dzięki niekompetencji dowodzących nim ludzi nie udaje mu się przepłynąć nawet pierwszej trasy.

Górami lodowymi, o które się rozbija Lech są symbole. To one go weryfikują, nadają realności temu, czego wszyscy w głębi duszy się spodziewali - że kolejne pomysły władz Kolejorza na zbudowanie dobrze funkcjonującego klubu nie wypalą, bo nie ma odpowiednich ludzi do ich realizacji. Nawet najwspanialszy statek wpadnie na górę, o ile nikt nie potrafi nim sterować.

Lech Poznań płynie na górę lodową

Reklama

Lech Poznań rzeczywiście jest wspaniałym statkiem, który po zarobieniu ogromnych pieniędzy za transfery swoich wychowanków (Jakub Moder, Robert Gumny, Kamil Jóźwiak) i awans do fazy grupowej europejskich pucharów mógłby opływać w luksusach sportowego spełnienia. Nie opływa. Stał się pływającym kuriozum z improwizacją na kapitańskim mostku.

To właśnie te ogromne pieniądze (ponad 100 mln zł) zarobione przez Lecha Poznań w ostatnich miesiącach stały się kluczowym i pierwszym symbolem, o który roztrzaskuje się kadłub niezatapialnego Lecha. W dobie pandemii, która wstrzymała ruch w piłkarskim interesie, powstrzymała konkurencję i przed zarabiającym w tym czasie krocie Kolejorzem otworzyła autostradę możliwości, nie jest on w stanie tego wykorzystać. Choć zniknęły wszelkie finansowe ograniczenia, chociaż zyskał wielką przewagę nad konkurencją zablokowaną przez patogen i brak odpowiednich wpływów, Lech zawodzi. To symbol pokazuje, że nie ma okoliczności, które sprawiłyby, aby zaczął działać jak należy. Czy budżet chudy, czy gruby, Kolejorz i tak zawsze leży na łopatkach. Bo nie ma ludzi, którzy potrafią go tworzyć i nim zarządzać sportowo na odpowiednim poziomie. Niezależnie od tego, ile mają pieniędzy.

Warta Poznań i wiele innych polskich klubów radzą sobie lepiej w skromniejszych warunkach. Jeżeli prześledzimy dorobek punktowy Lecha w ostatnich latach, odkąd zatrudnił on dyrektora sportowego (jest nim Tomasz Rząsa), okaże się, że wyprzedza go pod tym względem nie tylko Legia Warszawa, ale także inne kluby. Piast Gliwice zdobywał mistrzostwo, Arka Gdynia czy Cracovia Kraków sięgały po Puchar Polski. Lech nie ma żadnego trofeum. A przecież to dyrektor sportowy miał sprawić, że kompetencje Lecha w tym zakresie wzrosną. Tymczasem wygląda to tak, jakby niekompetentni zatrudniali niekompetentnych. Może właśnie dlatego, że sami tacy są.

W wypadku Lecha obowiązuje pewna zasada, która mówi - Legią Warszawa z jej znacznie wyższym budżetem możecie się jeszcze zasłaniać, ale już nie Piastem, Cracovią czy Pogonią. Na pewno nie Wartą. Nie z tymi pieniędzmi i możliwościami.

Warta Poznań pokazuje Kolejorzowi

Wyprzedzenie Lecha przez poznańską sąsiadkę to kolejny symbol obecnej sytuacji, bardzo bijący po oczach. To chyba najbardziej spektakularna sytuacja, która unaocznia stan, w jakim znalazł się Kolejorz. Bardziej ona niż jakiekolwiek zestawienia matematyczne, mimo iż Lech może nazwać wyższą ligową pozycję Warty tymczasową i wypadkiem przy pracy.

W istocie nie jest to żaden wypadek, a wypadkowa - pracy, zaangażowania, ambicji i tego, że sport, w tym piłka nożna nie opiera się na prostej logice przyczynowo-skutkowej. Tutaj można sporo ugrać ryzykiem, wiarą, chęciami, a zatem tym wszystkim, co ludzie chcą podziwiać u piłkarzy, gdy przychodzą na stadiony czy zasiadają przed telewizorem, gdyż może im samym tego w życiu brakuje. Najwięcej ugrać można jednak znajomością arkanów rzeczy, znajomością futbolu i jego prawideł, czego Kolejorzowi brakuje najbardziej.

Warta wyszła przed Lecha nie przypadkiem, ale dlatego, że bardzo jej na tym zależało. I zrobiła wiele w tym kierunku. Lech nie. Podobnie jak ogromne pieniądze zarobione przez Kolejorza, to także przyczynek do tego, by zastanowić się, jak to jest możliwe.

Lech Poznań w przygnębiającej serii

Nie do Warty Poznań, nie do Stali Mielec czy Podbeskidzia, ale do Lecha Poznań należy najdłuższa w Ekstraklasie seria meczów bez zwycięstwa, która rozpoczęła się w grudniu. Niezwykły to symbol degrengolady. To już sześć spotkań, sześć pokazów niemocy i sześć okazji do przełamania, które nie nadeszło. W związku z tym władze Lecha czekają na szansę siódmą, a potem może i na ósmą, może kolejne. Czekają, wciąż przekonane, że zrobiły wszystko jak należy i teraz tylko to mityczne jedno zwycięstwo oddziela klub od uruchomienia dobrze zaprojektowanej maszyny.

To może okazać się wielkim mirażem, bo Lech nie musi być wcale maszyną dobrze zaprojektowaną. Od lat nie jest, od 2015 roku żyje jedynie podobnymi złudzeniami. A to był blisko mistrzostwa jak za czasów Nenada Bjelicy, a to niewiele mu brakowało za kadencji Dariusza Żurawia, a to tu było blisko, to tam. W futbolu jednak być blisko to znaczy być słabszym, niedomagać. Lech tymczasem w swoim "byciu blisko" widzi zapowiedź osiągnięcia celu dotychczasowymi metodami działania. Żyje mrzonką rok po roku.

Każdy w tej sytuacji zastanowiłby się nad tym, czy aby nie porwał się na zadanie, które go przerasta. Jak długo można bowiem budować statki, które od razu toną? Ile to ma trwać lat? Całe dekady?

Kadra Lecha Poznań na trzy fronty

Te legendarne już słowa dyrektora Tomasza Rząsy są dzisiaj przykładem kompletnego rozmijania się Lecha z prawdą, co może świadczyć tylko o dwóch rzeczach - albo o cynizmie w przekazywaniu informacji (przekażę, że jest inaczej niż w rzeczywistości), albo o niekompetencji (nie wiem, że jest inaczej niż w rzeczywistości). W jednym i drugim przypadku Lech staje się ofiarą własnej nieudolności i sam wpycha się w przepaść.

Znamienne i symboliczne jest to, że zimą Kolejorz w pierwszej kolejności sprowadza dwóch nowych środkowych obrońców, po czym okazuje się, że i tak musi wystawić w defensywie awaryjnie Tomasza Dejewskiego. To także symbol sytuacji, w której Lech nie kontroluje sam własnych poczynań. Lubomir Satka grający z mikrourazami, kiepskie prowadzenie przez trenera innych zawodników, którzy zaliczają wyraźny zjazd formy i robią to gremialnie, niedostatecznu nadzór dyrektora sportowego nad tym, jak zespół Lecha wygląda i jaka w rzeczywistości jest jego kadra, a na końcu - naganny nadzór prezesów klubu Piotra Rutkowskiego i Karola Klimczaka nad dyrektorem sportowym, ich bezustannie złe wybory i konsekwencje, które w związku z nimi trzeba wciąż i wciąż ponosić - to piramida, która prowadzi Kolejorza za każdym razem wprost na zderzenie z lodowato surową rzeczywistością. Ta rzeczywistość mówi: w polskiej lidze w zasadzie wszyscy jakoś dają sobie radę, ale nie Lech.

To niezwykle symboliczne, że Lechowi za każdym razem czegoś brakuje - a to zdrowych piłkarzy, a to przerw między meczami, a to punktów w tabeli. Za każdym razem - kompetencji. Trwa to bowiem już zbyt długo i jest zbyt powtarzalne, aby było inaczej. I aby dawało jakąś perspektywę na zmianę. Lech stał się zakładem utylizacji marzeń, jak się o nim teraz czasami mówi. Swoją niezdarność testuje bowiem na żywych ludziach i ich emocjach. Gotuje piekło im i sobie. Jaki to ma sens, by tak się dalej męczyć?

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje