Reklama

Reklama

Lech Poznań i "Wiara Lecha" skazani na współpracę

Lech Poznań i stowarzyszenie kibiców "Wiara Lecha" współpracują wiele lat. I choć ta kooperacja ma swoje cienie i blaski, zdaniem publicysty i sympatyka "Kolejorza" Józefa Djaczenki, jest ona konieczna, bowiem "jedni i drudzy jadą na tym samym wózku".

Lech Poznań i stowarzyszenie kibiców "Wiara Lecha" współpracują wiele lat. I choć ta kooperacja ma swoje cienie i blaski, zdaniem publicysty i sympatyka "Kolejorza" Józefa Djaczenki, jest ona konieczna, bowiem "jedni i drudzy jadą na tym samym wózku".

Ostatnio o kibicach z Poznania było głośno w związku z wywieszeniem na trybunie atylitewskiego transparentu podczas meczu Ligi Europejskiej z Żalgirisem Wilno. Wcześniej stadion przy ul. Bułgarskiej też nie był wolny od incydentów - dwukrotnie do zamieszek doszło podczas meczów z Wisłą Kraków, a po ubiegłorocznym spotkaniu poznaniaków ze Śląskiem Wrocław odpalono ponad 100 rac, a wojewoda wielkopolski zamknął jedną z trybun. Z kolei w 2010 roku podczas meczu reprezentacji Polski z Wybrzeżem Kości Słoniowej szef "Wiary Lecha" Krzysztof M. opluł i znieważył jednego z kibiców, za co został ukarany dwuletnim zakazem stadionowym.

Reklama

Fani "Kolejorza" potrafili jednak przełamać stereotyp polskiego kibica, który za granicą wszczyna burdy. Wiele klubów - rywali Lecha w Pucharze UEFA czy Lidze Europejskiej bardzo chwaliło zachowanie poznańskich fanów, którzy w liczbie kilku tysięcy uczestniczyli w spotkaniach w Udine, Turynie, Rotterdamie czy Pradze. Klub ze stolicy Wielkopolski od kilku sezonów może też się pochwalić największą frekwencją na trybunach.

- Bo to kibice na początku nowego stulecia uratowali ten klub. Lech zawsze był klubem kultowym i miał tysiące przywiązanych fanów. To oni potrafili wypromować go w trudnym dla niego okresie. To właśnie w Poznaniu pożegnano się z chuligaństwem stadionowym, wyeliminowano wszystkich tych, którzy chcieli kibicować w ten sposób. Dzisiejsze incydenty, jak choćby race, są niczym w porównaniu do zamieszek, jakie miały miejsce w latach 90. Dziś na stadion przychodzą dzieci i kobiety - powiedział publicysta, sympatyk Lecha i redaktor naczelny portalu kibicpoznanski.pl Józef Djaczenko.

Kooperacja klubu i kibiców oraz sam wizerunek "Wiary Lecha" został jednak mocno nadszarpnięty, gdy kilkanaście dni temu podczas meczu LE z Żalgirisem Wilno na trybunie nr 2 zawisł olbrzymi transparent z obraźliwym tekstem "Litewski chamie klęknij przed polskim panem".

Incydent wywołał ogromne oburzenie w całym kraju. Ministerstwa Spraw Zagranicznych Polski i Litwy potępiły zachowanie kibiców, także poznański klub wyraził ubolewanie i dezaprobatę z powodu tego zdarzenia. Poznańska prokuratura wszczęła postępowanie w sprawie antylitewskiego transparentu, a klub prawdopodobnie zostanie ukarany grzywną przez UEFA.

Marcin Kawka z "Wiary Lecha" unika komentowania sytuacji związanej z wywieszenie obraźliwego transparentu. Zwrócił uwagę, że nikt nie nagłośnił incydentu, do jakich doszło w Wilnie.

- Bardzo żałujemy, że nikt się nie zająknął na temat tego, co wydarzyło się w Wilnie. Puszki, butelki i kamienie oraz obraźliwe okrzyki poleciały ze strony kibiców litewskich. Nie wspomnę już o uszkodzonych samochodach naszych kibiców. Ministerstwo Spraw Zagranicznych, mimo posiadanej wiedzy na temat tej sytuacji, jakoś nie zareagowało - wyjaśnił Kawka.

Djaczenko stara się w jakiś sposób zrozumieć intencje kibiców, ale jak jednocześnie zaznaczył "kretyński transparent przyniósł tylko same szkody".

- Byłem na Litwie, doskonale wiem, jak są traktowani tamtejsi Polacy, ile wycierpieli ze strony większości litewskiej. Nie mogą też liczyć na pomoc polskiego rządu. I mogę się tylko domyślać, że w głowach kibiców powstał jakiś pomysł, aby wesprzeć tych ludzi. Niestety, samo hasło nie dość, że skompromitowało klub, to jeszcze w żaden sposób nie pomogło Polakom na Litwie. Tylko nie można też mówić przy okazji wywieszenia tego transparentu, że na trybunach jest niebezpiecznie, a ludzie boją się przychodzić na stadion - bo w takim kontekście mówiono o tym incydencie - zaznaczył.

Klub wyraźnie potępił zachowanie "Wiary Lecha", choć unika odpowiedzi na kwestię dalszej współpracy. - Większość kibiców zdecydowanie odcina się od tego transparentu i z tym gronem chcemy współpracować. Stowarzyszenie +Wiara Lecha+ na przekór umowie nie poinformowało o planowanym transparencie, na który oczywiście nie uzyskałoby zgody - powiedział dyr. marketingu i komunikacji Lecha Bartosz Skwiercz.

Stowarzyszenie formalnie funkcjonuje od dziewięciu lat, zrzesza ok. 900 członków. Oficjalnie stanowi głos doradczy w takich kwestiach jak dystrybucja biletów na mecze wyjazdowe czy ceny biletów i karnetów. Klub i "Wiara Lecha" wspólnie organizują też akcje charytatywne. Skwiercz zaprzecza niektórym opiniom, że to kibice "rządzą klubem".

- Patrząc na zakres zadań jakimi zajmuje się klub, stowarzyszenie kibiców w Lechu ma do powiedzenia niewiele. Mniej więcej tyle, ile w innych klubach w Europie, pomijając oczywiście kluby niemieckie, gdzie 51 procent udziałów jest w rękach kibiców oraz kluby mające strukturę soccios, w których kibice mają realną władzę - wyjaśnił.

Kawka uważa, że gdyby nie atmosfera na stadionach, jaką tworzą ci najbardziej zagorzali kibice, wiele z obiektów świeciłoby pustkami.

- Wiele osób przychodzi na stadiony właśnie ze względu na atmosferę, a niekoniecznie, żeby obejrzeć dobrą piłkę, bo poziom spotkań polskiej ekstraklasy pozostawia wiele do życzenia. Gdy trwał protest kibiców i nie było dopingu, frekwencja na trybunach gwałtownie spadła - przypomniał.

Według Djaczenki, kluby i kibice są skazane na siebie, a obie strony powinny sobie wyznaczyć zasady wspólnego funkcjonowania.

- Jedni i drudzy jadą na tym samym wózku i przyświeca im jeden wspólny cel, dlatego nie ma innej możliwości jak tylko współpraca - podsumował.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL