Reklama

Reklama

Lech Poznań grał z ofiarami wulkanu na Islandii. Na murawie pasły się owce

Minęła już północ, a w redakcjach poznańskich gazet wciąż dzwoniły telefony. Kibice Lecha Poznań próbowali się dowiedzieć, jaki był wynik meczu ich zespołu na Islandii. Problem w tym, że żaden dziennikarz tego nie wiedział. Nigdzie nie można było znaleźć rezultatu.

Ta historia brzmi niedorzecznie, ale tylko w 2022 roku. Czterdzieści lat temu była codzienną normalnością. Kiedy we wrześniu 1982 roku Lech Poznań jako zdobywca krajowego pucharu wybrał się w podróż na Islandię, była to podróż niemal na koniec świata. Tamtego świata.

W stanie wojennym mało kto wyjeżdżał z Polski, a na Islandię docierali tylko nieliczni. Lechowi Poznań przyszło grać z zespołem IB Vestmannaeyer, a ta trudna islandzka nazwa mogła gdzieś utkwić w głowach ludzi czytających gazety. W styczniu 1973 roku pisały one czy też raczej wzmiankowały o tragedii tego miasta, które zostało zmiecione z powierzchni ziemi przez wulkan Eldfell. Wyrzucił on lawę na 3 kilometry w górę i 100 metrów materiału piroklastycznego na sekundę.

Reklama

CZYTAJ TAKŻE: Wybuch wulkanu na Islandii. Czy mecz Lecha Poznań jest zagrożony?

Miasto Vestmannaeyer pokryło się warstwą popiołu sięgającą czterech metrów, ale nie z tego powodu Lech Poznań wtedy tam nie zagrał. Leżące u islandzkich brzegów wyspy miały lotnisko, ale brakowało dobrego stadionu. Kolejorz zagrał zatem w Kopavogur.

Mirosław Okoński, jeden z bohaterów tamtego meczu z 1982 roku, opisywał boisko jako rodzaj pastwiska. - Za dnia pasły się na nim normalnie owce, ogryzając murawę. Wieczorem grało się mecz - opowiadał zawodnik, który wraz z resztą zespołu Lecha nie potraktował Islandczyków zbyt poważnie. Już w samolocie poznaniakom było wesoło, a po wylądowaniu robili sobie oni żarty. Gdy miejscowy przewodnik zapytał w autokarze, kto zna angielski i może tłumaczyć jego słowa, zgłosił się Józef Adamiec. Niczym Roberto Begnini w "Życie jest piękne" udawał tłumaczenie i podawał kolegom jakieś nonsensy, które wywoływały salwy śmiechu.

W efekcie trener Wojciech Łazarek postanowił nie wystawiać go w meczu.

- Nie będę tolerował takiego traktowania meczów wyjazdowych w europejskich pucharach - mówił. Dopiero wstawiennictwo kolegów z zespołu, zwłaszcza wspomnianego Mirosława Okońskiego, sprawiło, że zmienił zdanie. Adamiec zagrał, a Lech wygrał 1-0. 

Jaki był wynik meczu Lecha Poznań na Islandii?

Problem w tym, że poza Lechem nikt o tym w Polsce nie wiedział. Na mecz na Islandię w 1982 roku nie wybrał się żaden polski dziennikarz - wtedy było to prawdziwe wyzwanie. Mecz odbył się wieczorem 12 września 1982 roku, mijały kolejne godziny, a wyniku w kraju nikt nie znał. Nie miał go kto dostarczyć nim Kolejorz wróci.

"Przez cały wieczór i od wczesnych godzin rannych zablokowane były nasze telefony" - pisały poznańskie gazety. "Sympatycy futbolu dzwonili nawet do drukarni i wszyscy z jednym pytaniem - jaki jest rezultat meczu ze zdobywcą Pucharu Islandii. Coś niesamowitego! Wciąż słyszy się, że naród zgnuśniał, mało czym się interesuje, a tu raptem mamy do czynienia z ekspansją prawdziwych namiętności" - dziwiła się "Gazeta Poznańska".

Gazety wydrukowały się z adnotacjami, że wynik nieznany. Podano go dopiero w kolejnych wydaniach: 1-0 po golu Leszka Partyńskiego, zatem obrońcy, który bramki zdobywał rzadko. Nie wiadomo było nawet, w której minucie - jedni podawali, że w 23., zaś inni że w 32. Dzisiaj przyjmujemy tę drugą wersję, którą potwierdził sam Leszek Partyński - piłkarz bardzo skrupulatny, z dobrą pamięcią.

Dwa tygodnie później Lech wygrał z Islandczykami przy Bułgarskiej 3-0 po meczu nazwanym "Mundek show", jako że wirtuoz Mirosław Okoński zabawił się z rywalami, kiwając ich niemiłosiernie. Wespół ze swym przyjacielem Józefem Adamcem.

 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL