Reklama

Reklama

Tabela gr. E "Polskiej" :
  • 1. Szwecja (4 pkt.)
  • 2. Słowacja (3 pkt.)
  • 3. Hiszpania (2 pkt.)
  • 4. Polska (1 pkt.)

Lech Poznań. Arkadiusz Kasprzak: Klub nie ma teraz żadnych szans na sukces

- Jacek Rutkowski pozwolił decydować synowi zbyt szybko i w zbyt dużym zakresie, zanim ten się nauczył tego, co wiedzieć powinien - mówi Arkadiusz Kasprzak, wiceprezes Lecha Poznań w czasach jego największych sukcesów z poprzedniej dekady.

Gdy w 2006 roku nowy właściciel Jacek Rutkowski przejął Lecha Poznań, jego prezesem został Andrzej Kadziński, dyrektorem sportowym - Marek Pogorzelczyk, a Arkadiusz Kasprzak pełnił rolę wiceprezesa ds komunikacji i kontaktów zewnętrznych. Aż do 2012 roku, gdy w ramach wymiany kadr Lecha na obecne został odwołany. Teraz prezesami są Piotr Rutkowski i Karol Klimczak, a dyrektorem sportowym został Tomasz Rząsa.

Radosław Nawrot, Interia: Gdyby obecny Lech Poznań zmierzył się na boisku z tym sprzed 2012 roku, jaki byłby wynik?

Arkadiusz Kasprzak, wiceprezes Lecha Poznań z lat 2006-2012: - Ujemny. 

Reklama

Kto byłby na minusie?

- Obecny Lech.

Jest aż tak źle?

- Według mnie, tak. Obecny Lech nie jest jeszcze drużyną, to raz. Jest w niej kilku świetnych piłkarzy, ale ukształtowanego zespołu nie tworzą. Drużyna bowiem to jedność w myśleniu i działaniu, a dzisiaj w Lechu mamy kilku dobrych piłkarzy, ale oni nie do końca potrafią ze sobą współgrać. Jedyni, którzy to potrafią to Ramirez, Tiba i Ishak, o ile jest zdolny do gry. Zobaczmy, co się dzieje z Lechem, gdy tych trzech ogniw brakuje. Nie ma sposobu na to, by ich zastąpić.

No dobrze, ale Lech zawsze był uzależniony od swoich ofensywnych gwiazd. Była epoka Lewandowskiego, Rudnevsa, więc chyba nic w tym dziwnego, że tak jest i teraz.

- Ale kiedyś nie było tak dużych różnic między poszczególnymi zawodnikami w zespole Lecha. A sztuką budowy drużyny jest gromadzić takich graczy, by nie było wielkich dysproporcji między nimi, gdyż wtedy pojawiają się słabe punkty. Jak również mieć zawodników do zastępowania ważnych ogniw, aby ich utrata nie demolowała drużyny. A obecny Lech jest tak zbudowany, że po rozpadzie tercetu w środku pola wylądował na trzynastym miejscu i do dzisiaj niczego ciekawego w lidze nie pokazał. To dopiero zlepek piłkarzy. Rodzi się pytanie, czy da się z tego stworzyć drużynę, czy trzeba wszystko budować na nowo.

Łatwo się teraz mówi, ale 10 lat temu Lech nie sprzedawał piłkarzy na taką skalę. Owszem, były transfery z klubu, ale nie tyle.

- I tu jest właśnie pies pogrzebany. Dawny Lech budował drużynę przez dłuższy czas, nawet 3-5 lat, zresztą tak planował. Dzięki temu były sukcesy i dobra gra w pucharach. Teraz budowanie drużyny schodzi na plan drugi, a priorytetem jest wyszkolenie zawodnika, którego natychmiast się sprzedaje. To są dwa odmienne modele budowy zespołu, które różnią te dwie epoki. Są pieniądze, nie ma nic w gablocie, więc ten model B mnie nie przekonuje.

To znaczy, że obecny Lech nie ma szans na sukcesy, jakie odnosił ten sprzed kilkunastu lat?

- Nie ma. Przy tego typu podejściu może odnieść sukces tylko przypadkiem i to sobie trzeba otwarcie powiedzieć. Nie będzie to żadna wypadkowa przygotowania i działania, ale przypadek.

Ale za pańskiej kadencji Lech też był tylko raz mistrzem Polski, w 2010 roku.

- Mistrzem był raz, ale grał pięknie w europejskich pucharach i to z wielkimi firmami. Poza tym wszystkie sukcesy tamtego Lecha przypadły na okres 2009-2011. Wówczas właśnie kończył się proces budowy zespołu przygotowanego do gry o wysokie cele. W ciągu tych dwóch lat nastąpiło pasmo dobrze zapowiadających się sukcesów, czyli kolejno zdobycie Pucharu Polski, mistrzostwa Polski i udana gra w europejskich pucharach z nie byle jakimi firmami. Bez żadnych kompromitacji.

Lech grał w pucharach regularnie, a ja ciągle jeździłem na jakieś losowania. Liczyliśmy się forum międzynarodowym. Pamiętam, że krótko po meczu z Juventusem miałem nawet z ramienia Lecha wystąpienie na międzynarodowym forum na stadionie Camp Nou w Barcelonie i słuchali mnie wtedy przedstawiciele 50 klubów. Nie czekali wtedy na Kasprzaka z Poznania, ale na Lecha z Poznania.

Przeszedł pan do legendy tekstem powiedzianym zresztą mi przez telefon zaraz po wylosowaniu przez Lecha "grupy śmierci" Ligi Europy w 2010 roku, z Manchesterem City, Juventusem Turyn i Red Bullem Salzburg. Pamięta pan, co wtedy powiedział?

- Pamiętam. Że my z tej grupy wyjdziemy.

Uznałem to za mało śmieszne żarty. Co panu wtedy do głowy strzeliło? Mnie się nogi ugięły, nie wiedziałem, o której gwieździe rywali najpierw pisać, a pan mi opowiada przez telefon, że Lech wyjdzie!

- No i wyszliśmy. I to nie był żart, bo Lech był wtedy bardzo silny.

Ale bez przesady.

- Nie było w tym przesady. Był silny fizycznie i mentalnie, gotowy do podjęcia takich wyzwań. Nie posiadał luk, dysponował zawodnikami zastępowalnymi, miał pomysł na grę. Miał wszystko, co powinna mieć drużyna, która pragnie coś znaczyć. No i miał w sobie i wokół siebie dobrego ducha. Wszyscy mu dobrze życzyli, w tym kibice, media, sponsorzy, miasto Poznań, zewsząd szła pomoc. To była zupełnie inna atmosfera niż obecnie.

Dlaczego wywaliliście jesienią 2010 roku trenera Jacka Zielińskiego?

- Dlaczego... cóż... w sumie to nie wiem. Aż tak blisko personalnych decyzji sportowych nie byłem. Jakoś widocznie nie pasował właścicielowi klubu.

A skąd się wziął pomysł z zatrudnieniem trenera Jose Bakero, byłej gwiazdy FC Barcelony?

- To już wiem. To już powiem. To był już pomysł młodego Piotra Rutkowskiego powzięty wespół z Jackiem Rutkowskim. Uważali oni, że zagraniczny trener z Hiszpanii, gwiazda FC Barcelony wniesie do Lecha know-how i umiejętności, których - według nich - nasi trenerzy jeszcze nie posiadali. Piotr mocno był zapatrzony w drużyny z pierwszej ligi europejskiej, pełen fascynacji i wiary w to, że przychodzi naprawdę fachowiec dużej klasy i zrobi duży wynik.

Czy to była pierwsza pomyłka Piotra Rutkowskiego?

- Tak, ale jak mogło nie być pomyłek, skoro rzucony został na tak głęboką wodę? Miał się zajmować czymś, czym do tej pory się nie zajmował. Tak postanowił jego ojciec, Jacek Rutkowski. Piotr był w tym zielony, kompletnie.

Od tamtej pory zrobił postępy?

- Jakieś tam zrobił, ale do pełni szczęścia jest jeszcze bardzo daleko. Żeby zajmować się sportem, trzeba na nim zęby zjeść, czy to jako prezes klubu, czy trener, czy także dziennikarz. Który dziennikarz jest najlepszy? Ten z największym doświadczeniem, który poświęcił pisaniu o sporcie i analizowaniu go mnóstwo godzin. Z prezesem czy dyrektorem sportowym jest podobnie. Tu nie ma drogi na skróty, nie może tego ogarnąć człowiek świeży, wsadzony nagle z zewnątrz do najważniejszej części klubu, czyli sportu. Jacek Rutkowski postanowił decydować żółtodziobowi zbyt szybko i w zbyt dużym zakresie, zanim ten się nauczył tego, co wiedzieć powinien. Zrobiono mu krzywdę, bo powinien przez kilka lat pracować i podpatrywać pracę np. w klubach europejskich. Gdyby tam zaczął i z wiedzą wrócił do Lecha, byłoby inaczej.

A skąd się wziął prezes Karol Klimczak?

- Nie spadł z Marsa. Był doradcą finansowym prezesów w klubie Amica Wronki SSA, a także kontrolerem finansowym w naszym Lechu, za mojej kadencji. A potem został prezesem.

Potężny awans. Potężne zaufanie Jacka Rutkowskiego.

- Jacek Rutkowski chciał mieć w Lechu kogoś, kto tylko wszystko  przelicza. To było dla niego bardzo ważne, bo Lech miał działać jako duży, korporacyjny klub o zdrowych finansach. Taki był plan. Trzeba jednak pamiętać, że korporacje nie za dobrze sprawdzają się w futbolu. Nie ma w nich takiej atencji dla sportu, dla ludzi, dla efektu piłkarskiego, nie ma takiej relacji ze sponsorami, miastem czy kibicami. To ma swoje konsekwencje, bo sponsorzy traktują taki klub jedynie jako pomysł biznesowy, a kibice odpływają. Tracą więź.

Cały czas mówię o pewnym dobrym duchu, który łączył kiedyś wszystkich interesariuszy wokół Lecha. Dzisiaj ich zaangażowanie jest o wiele mniejsze niż kiedyś, a dzieje się to na skutek takiego, a nie innego prowadzenia Lecha, czyli finansowego spojrzenia na klub.

Przecież prezes Klimczak też nie miał wielkiego pojęcia o piłce. Jak mieli zbudować klub liczący się na płaszczyźnie sportowej? Jeszcze bez dyrektora sportowego. To niemożliwe.

A może czasy się zmieniły? Kiedyś polskie kluby były mniejsze, biedniejsze, łatwiejsze do ogarnięcia przez kilku ludzi. Wyszkolonych dyrektorów sportowych nie było w ogóle, co najwyżej byli piłkarze po zakończeniu kariery. Lech miał mniejszą konkurencję, mało który klub był w stanie dorównać mu wtedy organizacyjnie. Minęła dekada, a to sporo. Teraz takich klubów jest więcej.

- Idziemy w tym kierunku i takie zmiany zachodzą. Rzeczywiście korporacje będą dominowały w polskim futbolu, jednakże wtedy muszą mieć wybitnych fachowców na stanowiskach związanych ze sportem, bo to newralgiczna część ich działalności. W moich czasach takim dyrektorem był Marek Pogorzelczyk i w tej roli się sprawdzał.

Ale też nie miał doświadczenia. Pochodził z fabryki we Wronkach. Też człowiek znikąd.

- Z fabryki, ale czuł. Czuł to wszystko, tego bluesa i miał dobre rozeznanie w świecie futbolu. Nie popełniał błędów i na pewno nie wydawał takich ogromnych kwot pieniężnych na zakup zawodników,jak się czyni obecnie. Do tego dochodził duży autorytet, jaki miał wówczas prezes Andrzej Kadziński. Jaki on był, taki był, ale wszyscy się go w klubie bali. Jak ryknął, huknął, to była reakcja.Prezes cieszył się dużym autorytetem w klubie. Dzięki temu wszystkiemu  Lech miał silny i skuteczny dział sportu.

Ja tworzyłem tę drugą nogę, czyli kontakty zewnętrzne klubu. Też silne. Do tego dochodził silny marketing, dobre relacje z miastem i kibicami. To trybiło.

Lech dostał to jednak w spadku po Amice, także ludzi, bo oni budowali przez lata klub we Wronkach. Z czasem zaczął i dotąd tworzy nowe kadry.

- Tworzy, ale ma w nich olbrzymią rotację. Nie tworzy długofalowych więzi, ale opiera się na krótkich strzałach. Dzisiaj pracujesz, jutro cię nie ma. Trzeba by sprawdzić, ile osób w jego kadrach oddałoby serce za Lecha.

Kadry z Amiki Wronki były gotowe oddać serce za Lecha?

- Były. I oddawały. Ci ludzie przejmowali się tą pracą, poza tym każdy wtedy był na swoim, odpowiednim miejscu. Karol Klimczak jest świetnym finansistą i kimś takim powinien zostać, np. dyrektorem finansowym. Aby być jednak prezesem klubu trzeba mieć cechy i charyzmę, których on nie ma. Prezes musi umieć rozmawiać z ludźmi, budować relacje i zaufanie, tworzyć grunt, nie traktować wszystkich jak petentów, nie chować się. Zadaniem prezesa klubu nie jest tylko współpraca z PZPN, WZPN i Ekstraklasą, ale to konieczność wejścia w dobre relacje z mnóstwem podmiotów. To trzeba umieć, mieć to w sobie.

Mówiło się, że zmiany w 2011 roku zostały podyktowane załamaniem się finansów klubu. Przesadziliście, a Jacek Rutkowski połapał się, że go nie stać na tak prowadzony klub.

- Tak się do tego odniósł, bo trzeba było sporo zainwestować w zakup nowych zawodników. Powiedział: stop. Gdyby jednak tego nie zrobił, to Lech grałby regularnie w Lidze Mistrzów, jestem o tym przekonany. Nastąpiło jednak wycofanie się i poniekąd zmarnowanie wcześniejszego dorobku.

Liga Mistrzów powinna być już w 2010 roku, a nie była. Prezes Rutkowski pewnie na to liczył. Manchester City i Juventus tego do końca nie rekompensowały. Wtedy przyszła refleksja?

- To by trzeba spytać Jacka Rutkowskiego, ale nie zmienia to faktu, że Lech w tamtym okresie był tak silny sportowo, że wystarczyło go tylko wzmacniać, a nie osłabiać. Zmiany z 2011 roku oznaczały budowanie wszystkiego od zera, a byliśmy przecież jak BATE Borysow. I osiągnęlibyśmy w 2011-2012 roku tyle, co oni.

Powiedział pan jednak, że Jackowi Rutkowskiemu zależało na policzeniu pieniędzy. No to policzył i może wyszło mu, że ich aż tyle nie ma, a Polska to nie Białoruś.

- Chyba miał, skoro był właścicielem tak prężnej firmy. Ale cóż, zostawmy to, może uznał, że nie ma i Lech najpierw musi sam środki zdobyć. Chciał doprowadzić do tego, by sam się finansował i sam przynosił zyski. Po to potrzebny był Karol Klimczak.

Prezes Rutkowski widział w Lechu dobrze prosperująca firmę, bo przecież jego firmy dobrze prosperują.

- Tak, podszedł do tego typowo biznesowo. Ale sport to nie tylko biznes. Na klub trzeba patrzeć inaczej niż klasyczne firmy.

Lech z pańskich czasów mocno działał na ludzką wyobraźnię. Byliśmy w Poznaniu po latach posuchy i trudnego życia z Lechem, po czym nagle wjeżdża nowy właściciel, o którym mówiło się, że "sky is the limit". Jego możliwości, jak na polskie warunki, były potężne. Widzieliśmy Lecha jako zespół, który przejmuje hegemonię w Polsce.

- My robiliśmy swoje. Zasuwaliśmy przy tym projekcie. Nakręcało nas to, że tak rosła popularność Lecha. A ona zwiększała się w oparciu o dobrze prowadzoną politykę wewnętrzną, ale przede wszystkim politykę zewnętrzną. Klocki do siebie pasowały i bardzo mi szkoda tej nagłej zmiany kursu przed dziesięciu laty.

Mieliśmy jednak wtedy przy Bułgarskiej powiew wielkiego świata.

- Mieliśmy, ten powiew hulał po korytarzach. Przyjeżdżali do Poznania ważni ludzie z dużych klubów, chociażby prezes honorowy Manchesteru City. Po co przyjechał? Bo słyszał tak wiele dobrego o Lechu, że chciał sam zobaczyć. Widzi pan, potrafiliśmy imponować potęgom.

Skoro padło stwierdzenie o popularności, to czy dzisiaj Lech nie jest popularny? Popularny w sensie - lubiany przez swoich kibiców?

- Nie, uważam, że jest lubiany i popularny, ale zawęża się grono ludzi, którzy się z nim w pełni identyfikują. Kiedyś na mecz szli wszyscy, na jakikolwiek mecz. Trzeba było pomagać załatwiać bilety. Dzisiaj wiele osób nie ma na to ochoty, panuje zniechęcenie, atmosfera siadła. Nic dziwnego, klub nie jest budowany dla kibiców.

Dlaczego pan wyleciał z Lecha w sierpniu 2012 roku?

- Powiedzmy, że nie pasowałem już do nowej konstrukcji firmy. Nikt z dawnej gwardii. Pasował tylko Klimczak.

Może byliście zbyt rozrzutni?

- Nieprawda, też byliśmy bardzo oszczędni. Nie szastaliśmy pieniędzmi, wbrew temu, co się teraz mówi. Po prostu wizja się zmieniła. Młody pan Rutkowski miał inny pomysł na klub, sporo się naczytał i zamierzał wcielać to w życie. Myślał, że będzie to dalej świetnie funkcjonować.

A co teraz pan robi?

- Znowu robię to co lubię. Najpierw praca na wysokim managerskim stanowisku w potężnym koncernie logistycznym a teraz dyrektor rozwoju w  prężnie działającej, nowoczesnej firmie multimedialnej, będącej liderem w zakresie wdrażania nowych technologii multimedialnych w całej Europie. Buduję relacje businessowe, które są tak ważne w każdej działalności gospodarczej.

Macie ze sobą kontakt z prezesem Andrzejem Kadzińskim i prezesem Jackiem Rutkowskim?

- Nie, bo się poróżniliśmy na końcu naszej współpracy. To znaczy, ja się obraziłem i za dużo powiedziałem na koniec. Żałuję tego pożegnania, bo w żadnej dotychczasowej mojej firmie nie potraktowano mnie w taki sposób.

Rozmawiał Radosław Nawrot

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje