Ekstraklasa. Trener mentalny Lecha Paweł Frelik: Sukces zaczyna się od głowy

Z Adamem Nawałką współpracuję już od pięciu lat. Jego wpływ na mentalność drużyny jest duży, ale trzeba też pamiętać, że liczy ona ponad 28 różnych osób. Dlatego wymieniamy spostrzeżenia i dlatego jestem w sztabie - mówi Paweł Frelik, trener mentalny, który pracuje na co dzień w dwóch polskich klubach, Lechu Poznań i Rakowie Częstochowa. W polskiej piłce to wciąż rzadkość.

Długo Lech pana przekonywał?

Reklama

- Nie, to była łatwa decyzja.

Czyli nazwisko Nawałka cały czas przyciąga?

- Tak. Trener odegrał tu kluczową rolę, ale nie tylko to zdecydowało. Lubię robić coś nowego, wytyczać drogę przyszłym trenerom mentalnym albo psychologom sportu. Dla mnie to też jest wyzwanie, bo mówimy przecież o klubie, w którym zawodnicy podlegają cały czas dużej presji, gdzie są jeszcze większe wymagania, a kibice mają ogromne oczekiwania.

W ilu klubach Ekstraklasy są dzisiaj tacy specjaliści?

- Jako członkowie sztabu - w dwóch. Lechia Gdańsk ma psychologa sportu i ja jestem w Lechu.

Dlaczego ciągle tak mało klubów przekonało się do współpracy z trenerami mentalnymi? A może nie chcą się do tego przyznawać?

- Trochę prawdy rzeczywiście w tym jest, bo w innych klubach też pojawiają się specjaliści od psychologii, ale nie pracują na pełny etat, nie siedzą na ławce trenerskiej, nie ma ich na treningach. U nas to nadal dziedzina, która ciągle raczkuje. Tak, jak kiedyś nie w każdym klubie był trener przygotowania fizycznego, a dzisiaj nikt nie potrafi sobie wyobrazić sztabu bez niego.

Z drugiej strony wiem, że w ostatnim czasie niektóre kluby przekonywały się do takiej współpracy, ale ich oczekiwania nie były spełniane. Zawodnicy nie korzystali, nie rozwijali się mentalnie, nie było widocznych efektów.

To proszę powiedzieć, jaką rolę w takim klubie jak  Lech odgrywa głowa? Albo mówiąc bardziej swojsko i kolokwialnie - "mental".

- Na pewno ważną, szczególnie w sytuacji, gdy drużyna musi się odbudować, nie tylko sportowo. Dla mnie ważne jest to, że Lechem zarządzają ludzie, którzy mają dużą świadomość we wszystkich dziedzinach związanych z życiem klubu. Także w kwestii przygotowania mentalnego zawodników. W akademii młodzieżowej od wielu lat pracują psychologowie sportu. W pierwszej drużynie nigdy nie było jednak takiej osoby, która pracowałaby z pierwszą drużyną i funkcjonowała w roli członka sztabu szkoleniowego.

Jak to się odbywa na co dzień?

- Jako członek sztabu jestem na treningach, meczach, uczestniczę też w odprawach przed- i pomeczowych, ale przede wszystkim prowadzę indywidualne rozmowy z zawodnikami tzw. sesje treningu mentalnego.

Z Adamem Nawałką znacie się od lat. Na pana stronie internetowej trener jest na pierwszym miejscu z informacją, że "warto czerpać inspirację". To miało decydujące znaczenie?

- Tak. Gdy Trener Nawałka dobierał sobie ludzi do współpracy, z pewnością nie decydowałby się wprowadzać mnie do sztabu, gdyby miał jakiekolwiek wątpliwości. Wie, jakie mam know-how. Miałem wielu zawodników z jego kadry. Przez trzy lata pracowałem w Wiśle Płock. Już trzeci rok jestem też w Rakowie Częstochowa.

Jak ta znajomość się zaczęła?

- Od listopada 2013.

Czyli od czasu, jak został selekcjonerem.

- Tak.

Na ile oceni pan swój wkład w lepsze funkcjonowanie drużyny?

- Dla mnie najważniejsze jest to, że wyniki w klubach, w których pracowałem były coraz lepsze. Piłkarze się rozwijali, wydobywali swój potencjał. W takim Rakowie mam około 300 sesji na sezon. W Lechu może to być nawet 400 ze względu na szerszą kadrę.

Gdzie jest granica między pracą pierwszego trenera, a trenera mentalnego? Da się ją wytyczyć?

Jeśli pierwszy trener nie miałby wiedzy i świadomości na wysokim poziomie w obszarze treningu mentalnego, to nie decydowałby się na współpracę z tego typu specjalistą. W sytuacji kiedy sam jest kompetentny, możemy mówić o uzupełnianiu się i pozytywnym oraz efektywnym oddziaływaniu na zespół. Drużyna jest najważniejsza.

Ja mogę operować innym słownictwem, innymi mechanizmami czy ćwiczeniami. Pierwszy trener ma bardzo duży wpływ na mentalność drużyny, ale trzeba też pamiętać, że liczy ona ponad 28 różnych osób, a jego czas ze względu na wielość obowiązków jest ograniczony, więc warto powiększać oddziaływanie mentalne choćby na zawodników młodych albo rezerwowych. Po to, żeby zwiększyć prawdopodobieństwo sukcesu. 

A w drugą stronę jak to działa? Pan oczywiście też wykorzystuje wiedzę uzyskaną od Nawałki.

- Taka jest zaleta pracy w jednym sztabie, w relacjach z konkretnym zawodnikiem. Rozmawiamy, wymieniamy spostrzeżenia. Wszyscy uczestniczymy w procesie rozwoju drużyny, z taką intencją, aby podczas sesji rozwijać mentalnie danego zawodnika.

I nacisnąć u niego odpowiedni przycisk?

- Dokładnie. Pracujemy pod kątem najbliższego meczu i bieżącego stanu zawodnika. Wiadomo, że zdarzają się kontuzje, bierzemy też pod uwagę aktualną formę. Generalnie - staramy się zwracać uwagę na miejsce i stan, w którym akurat znajduje się zawodnik.

A jak Pan reaguje na takie stwierdzenia, jak np. Michała Probierza, że nie dopuściłby trenera mentalnego zbyt blisko drużyny?

- Trener Probierz dodawał jednak, że akceptuje indywidualną współpracę.

Zgadza się, ale to jednak coś innego niż droga, którą obrał Lech po ostatnich zmianach.

- Każdy trener dobiera sobie własny sztab i ma swoją filozofię pracy. Szanuję to, ale standardy w ligach europejskich - a także faktyczne potrzeby zawodników - powodują, że warto jednak otwierać się na nowe doświadczenia. I zwiększać przez to prawdopodobieństwo, że podniesiemy jakość. Może trener Probierz nie trafił jeszcze na taką osobę, zajmującą się treningiem mentalnym, do której by się przekonał. Adam Nawałka poznał kogoś takiego, więc zdecydował się poszerzyć sztab.

Zawodnicy sami przychodzą, kiedy czują taką potrzebę czy sesje są regularne?

- Odbywają się regularnie, ale są na ochotnika. To znaczy - informuję zawodników, kiedy dokładnie jestem do dyspozycji. Kto chce, ten się zgłasza. Zainteresowanie jest bardzo duże.

Wcześniej pracował Pan na co dzień w Wiśle Płock...

- ...od 2015 roku, czyli od sezonu, kiedy drużyna awansowała z I ligi do ekstraklasy.

Oprócz awansu, było też wysokie, piąte miejsce w ostatnim sezonie. A dzisiaj, oprócz Lecha, współpracuje pan jeszcze z Rakowem Częstochowa.

- Od II ligi. Co ciekawe, to jedyny klub z I ligi, który ma dzisiaj trenera mentalnego zatrudnionego w sztabie, na kontrakt. Jeśli w innym klubie pierwszoligowym ktoś pracuje z drużyną w obszarze mentalnym, to tylko "z doskoku".

Nie od dzisiaj pojawiają się głosy, że trener Papszun ma duży potencjał, na lepszy polski klub. Potwierdzi pan?

- To bardzo pracowity trener, ale również "plastyczny". Ma swoje mocne zasady, ale potrafi też słuchać innych i wykorzystywać rzeczy, które uznaje za wartościowe. Dlatego mogę potwierdzić - posiada solidne fundamenty, aby osiągnąć sukces.

A jeśli Raków awansuje, będzie można uznać, że to również w dużej części pana zasługa?

- Cieszę się, że jestem częścią tego zespołu i że mogę rozwijać tych chłopaków. Ale przede wszystkim cały sztab wykonuje ogromną pracę. Pamiętajmy jednak, że jest jeszcze 13 kolejek, do których trzeba się optymalnie przygotować.

Ilu zawodników skorzystało dotychczas z pana wsparcia?

- Ponad 500.

Przychodzą tylko piłkarze?

- W 90 procentach skupiam się na piłce nożnej, ale współpracuję też z Wybrzeżem Gdańsk, drużyną piłki ręcznej z Superligi.

A są też tacy sportowcy, których niekoniecznie widać w gazetach, z niższych lig?

- Zajmuję się sportowcami wyczynowymi, choć mam również grupę młodych chłopaków, między 14. a 18. rokiem życia, którzy grają jeszcze w Centralnej Lidze Juniorów albo innych ligach wojewódzkich.

W sztabie polskiej reprezentacji jest od niedawna psycholog. To dobrze? Jest potrzebny?

- Przez ostatnie kilka lat nieoficjalnie byłem blisko kadry, bo współpracowałem z wieloma reprezentantami, dlatego od czasu, gdy Jerzy Brzęczek włączył do sztabu psychologa sportu powtarzam, że trzymam kciuki i bardzo się cieszę, że reprezentant tej specjalizacji jest na tym poziomie. Jeśli obecny selekcjoner znalazł osobę, której ufa i wierzy, że mu pomoże, to bardzo dobrze rokuje.

Jeden z pańskich podopiecznych, Adam Frączczak z Pogoni Szczecin, jest w szczególnej sytuacji, po ciężkiej operacji. Rozmawialiście?

- Wymieniliśmy kilka razy korespondencję smsową. Chciałem się upewnić, że Adam da sobie radę w tej nowej sytuacji, ale trzyma się bardzo dzielnie. I wie, że może na mnie liczyć w każdej chwili. To chłopak o naprawdę silnym charakterze. Bardzo dobrze, że operacja się powiodła.

To jeszcze słowo o Kamilu Grosickim, najbardziej znanym reprezentancie Polski w pańskiej "stajni".

- Tyle pracy wykonaliśmy wcześniej, że teraz te kontakty nie muszą być już tak częste. Jeśli dzisiaj się dobrze prezentuje, to zasługa jego kilkuletniej pracy nad rozwojem osobistego. Kamil nauczył się kontrolować swoje życie piłkarskie.

Kiedyś sam był Pan sportowcem, który nie we wszystkich sytuacjach potrafił sobie poradzić. Własne doświadczenia pomagają?

Niewątpliwie, tym bardziej, że w mojej specjalizacji bycie praktykiem jest kluczowe. Dlatego oprócz przygody ze sportem równie doceniam ponad 70 meczów spędzonych na ławce trenerskiej i w szatni jako członek sztabu, oraz udział w odprawach, a przede wszystkim doświadczenia zebrane podczas ponad 6000 indywidualnych sesji z piłkarzami. Rzeczywiście, zebrało się ich już trochę.

Rozmawiał: Remigiusz Półtorak

Dowiedz się więcej na temat: Adam Nawałka | Lech Poznań | Paweł Frelik

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje