Dlaczego dla Lecha nie ma miejsca w Europie?

Lech Poznań nie zagra nawet w czwartej rundzie eliminacji Ligi Europejskiej, a przecież celem tego klubu był awans do fazy grupowej. Co doprowadziło do kompromitacji w potyczkach z Żalgirisem Wilno?

Odpadnięcie z rozgrywek z zespołem tej klasy co Żalgiris to blamaż. Cofnijmy się trzy lata wstecz. Mamy fazę grupową Ligi Europejskiej - Lech znajduje się w niej po bardzo słabych występach w kwalifikacjach Ligi Mistrzów (rzuty karne z Interem Baku, bezpłciowe mecze ze Spartą Praga, prawie sześć godzin bez gola) i bardzo szczęśliwym wyeliminowaniu mocniejszego finansowo i kadrowo Dnipro Dniepropietrowsk (jedyny gol Arboledy). - No to trzy punkty będą sukcesem - pomyślałem wówczas, gdy Lech wylosował w jednej grupie Manchester City, Juventus Turyn i FC Salzburg. 

Reklama

Rzeczywistość pokazała coś zupełnie innego - w lidze lechici zawodzili, w pucharach ambicja i wola walki pozwalała im dokonywać rzeczy niewyobrażalnych. Awans do 1/16 finału na kolejkę przed końcem zmagań był czymś z pogranicza baśni i science-fiction. Niestety, zatrudnienie trenerskiego szarlatana, a takim był Jose Mari Bakero, jego błędy kadrowe, nie pozwoliły tej drużynie na dalszą wspaniałą przygodę i rywalizację choćby z Liverpoolem.

Zatrzymajmy się jednak na fazie grupowej i drużynie Juventusu. "Stara Dama" przechodziła wtedy najtrudniejsze chwile w tym wieku, nie licząc oczywiście afery korupcyjnej i karnej degradacji do Serie B. Trener Luigi Delneri miał wspaniałych zawodników: duet reprezentacyjnych stoperów Bonucci - Chiellini, legendarnego Alessandro Del Piero, reprezentanta Brazylii Felipe Melo, kilku innych włoskich kadrowiczów. A jednak przegrał wszystko, w fazie grupowej Ligi Europejskiej nie wygrał nawet meczu, w lidze Juventus zajął siódme miejsce. Delneri został wygoniony z klubu, przez ponad rok nie mógł znaleźć pracodawcy, a gdy już zatrudniła go Genoa, szybko i tam się pożegnał z robotą.

W Turynie rozpoczęto przebudowę drużyny, choć jej filary (Buffon, Bonucci, Chiellini, Iaquinta) zostały. Efekty przyszły szybko - Juventus zdobył 28., a ostatnio 29. tytuł mistrzowski. Znów jest czołową drużyną Europy, choć daleko mu do potęgi Bayernu Monachium, z którym przegrał w ćwierćfinale Ligi Mistrzów. Tego nie da się zbudować w rok czy dwa.

Lech jest teraz w podobnej sytuacji, jak Juventus pod koniec 2010 roku, czy nawet kilka miesięcy później - oczywiście zachowując pewne proporcje. Tylko czy ktoś w tym klubie potrafi dostrzec błędy, jakie popełniono? A tych jest sporo:

1. Fatalne przygotowanie drużyny do sezonu - i to już po raz drugi z rzędu. Rok temu piłkarze Lech nie mieli nic do powiedzenia w starciach z AIK Solna - przegrali wysoko na wyjeździe, w rewanżu byli bezradni przy mądrze grających rywalach. Szczęśliwe zwycięstwo 1-0 po golu Możdżenia z 30 metrów niczego w tej ocenie nie zmieniło. Chwilę później przyszła klęska w Pucharze Polski w Grudziądzu. Lech odżył dopiero, gdy nadeszła jesień, ale na zmazanie plamy było już za późno.

Teraz jest podobnie. Piłkarzom brakuje szybkości, świeżości. Forma ma niby przyjść we wrześniu czy październiku, ale po co? Na starcia z Pogonią, Widzewem czy Podbeskidziem? Czas specjalnego przygotowywania kondycji w okresie letnim to przeżytek, przynajmniej w polskich warunkach. Właśnie latem, gdy trzeba grać w upałach, ważniejsza jest świeżość. Gdzie jest ta świeżość u Hamalainena czy Lovrencicsa z pierwszego spotkania sparingowego?

2. Nieumiejętność przygotowania zespołu do tzw. starć kluczowych, z silnymi rywalami. Odkąd trenerem jest Mariusz Rumak, Lech wygrał tylko dwa mecze z czołowymi drużynami i to na początku jego pracy. Szczęśliwie pokonał 2-0 Śląsk w Poznaniu, a później 1-0 Legię przy Łazienkowskiej. W poprzednim sezonie zdobył w meczach z tymi zespołami tylko jeden punkt, o meczach ze Szwedami było wcześniej. Dlaczego tak się dzieje? Czy piłkarze nie są odpowiednio zmotywowani, czy też zawodzi taktyka?

3. W Poznaniu wszyscy żyją chyba jeszcze w przeświadczeniu, jaki to wspaniały scouting jest w tym klubie. Lech ma może jakiś pomysł na swój rozwój, którego się konsekwentnie trzyma: obserwujemy młodych zawodników, nie kupujemy drogich, twardo negocjujemy, najlepsi są ci bez kontraktu. Nie różni się w tym od wszystkich innych polskich klubów, może z wyjątkiem, że nie bierze przypadkowych graczy. Wydawało się jednak, że miesiące obserwacji mają powodować realne wzmocnienia drużyny przed sezonem. A jak jest?

Do Lecha trafił Szymon Pawłowski, który kilka tygodni stracił z powodu kontuzji, a teraz próbuje odzyskać formę. Barry Douglas jeszcze nawet nie zadebiutował, choć miał być podstawowym lewym obrońcą. Tymczasem na samym początku zaaplikowano mu tyle dośrodkowań jedną nogą, że nie wytrzymały mięśnie. Później uraz się pogłębił i w efekcie Douglas znowu zamiast na boisko trafił do gabinetu fizjoterapeutów. O Finie Arajuurim nie ma co wspominać, bo też jest kontuzjowany i do Poznania przyleci w styczniu. Lech chce pozyskać jeszcze jednego piłkarza - kibice już się zastanawiają, jaką tym razem będzie leczył dolegliwość.

4. Błędy taktyczne trenera Rumaka. Młody szkoleniowiec nie ma jeszcze wielkiego doświadczenia, ale sprawia też wrażenie, jakby przyswajanie pewnych rzeczy przychodziło mu z trudem. Uparcie stawia na duet defensywnych pomocników Trałka - Drewniak, choć gdy przychodzi taki mecz, że to Lech musi atakować, to obaj w kreowaniu akcji są kompletnie nieprzydatni. Z Żalgirisem aż się prosiło, by od początku zagrać jednym defensywnym pomocnikiem, może trochę cofnąć Hamalainena, a przed nim ustawić drugiego napastnika lub Pawłowskiego (wtedy na skrzydło powędrowałby np. Lovrencics).

Stawianie pod kątem tworzenia europejskiej drużyny na takich ludzi jak Trałka mija się z celem - to solidny ligowiec, ale nic więcej. Nawet w meczu z Litwinami to pokazał - nie ma nawyku, by uderzać z pierwszej piłki, w efekcie był blokowany. Kończy się także czas Arboledy, z kolei Możdżeń w tym klubie pewnie już nic nie osiągnie. Do tego błędne i zbyt późne zmiany. Przecież w 30. minucie meczu z Żalgirisem, po stracie gola, powinna zostać zrobiona zmiana, a na boisko wejść Teodorczyk lub Ślusarski! Obaj wtedy ruszyli dopiero do rozgrzewki.

Po spotkaniu z Litwinami Rumak zadeklarował, że teraz pewne roszady muszą nastąpić. Czas najwyższy na odstawienie kilku zawodników, którzy poziomem nie pasują do celów "Kolejorza". A Rumak, jeśli chce być w ogóle trenerem, musi znaleźć sposób do na wyciągnięcie piłkarzy z wielkiego dołka psychicznego.

Lech miał pewne rozstawienie w czwartej rundzie eliminacji, w losowaniu fazy grupowej mógł znaleźć się ze swoim wysokim współczynnikiem nawet w drugim koszyku. Wszystkie marzenia odebrała kompromitacja w meczach z Żalgirisem. Czy klub czeka teraz droga wskazana przez Juventus, czyli zmiana trenera i wymiana kilku piłkarzy na lepszych? Wątpię, szefowie Lecha powiedzą pewnie, że na to nie ma pieniędzy. Mogą jednak nie mieć wyjścia, bo za dziewięć dni w Niecieczy "Kolejorz" zagra w Pucharze Polski. Jeśli i z niego odpadnie, rewolucję wymuszą kibice. Takie są już polskie realia.

Andrzej Grupa

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje