Reklama

Reklama

  • 1 .Legia Warszawa (22 pkt.)
  • 2 .Raków Częstochowa (21 pkt.)
  • 3 .Górnik Zabrze (17 pkt.)
  • 4 .Lechia Gdańsk (16 pkt.)
  • 5 .Pogoń Szczecin (15 pkt.)
  • 6 .Zagłębie Lubin (15 pkt.)
  • 7 .Śląsk Wrocław (14 pkt.)
  • 8 .Jagiellonia Białystok (14 pkt.)

Djurdjević: Spakowałem dwie pary butów, ochraniacze i pojechałem

Nasze kraje są do siebie podobne - uważa były serbski piłkarz Lecha Poznań Ivan Djurdjevic, który przed tygodniem zakończył karierę. Wyjaśnił też m.in., co sprawiło, że zdecydował się na grę w Polsce i po co czytał "Trylogię".

Przed tygodniem zakończył pan karierę. Które uczucie jest bliższe: smutek, że to koniec czy ulga, że to już?

Reklama

Ivan Djurdjevic: - I smutek, i ulga. Nie ukrywam, iż odczuwam to, że grałem przez prawie 20 lat w piłkę. Z kolei pewnie dopiero za miesiąc dotrze do mnie, że to już koniec. Piłka nożna jednak na zawsze pozostanie moją pasją i zamierzam z niej rezygnować. Będę trenerem.

To była kariera w pełnym znaczeniu tego słowa?

- Aby mówić o karierze, nie musisz grać w wielkich klubach i zdobywać najważniejszych pucharów. Myślę, że karierę miał każdy piłkarz, który grał na całego, ze wszystkich sił. Liczy się to, że jesteś zaangażowany w swój zawód. Gdy byłem młody, ciężko pracowałem na treningach. Nie dostawałem tego, co chciałem, to przyszło później. Zawsze miałem pod górkę. Z drugiej strony, jeśli jest trudno, to pojawia się motywacja, by z tym walczyć i jeszcze intensywniej pracować. Życie i piłka nożna są wobec ludzi uczciwe, oddają to, co człowiek w nie wkłada. A w swojej karierze nic bym nie zmienił.

Co wiedział pan o polskiej lidze zanim trafił do Poznania?

- Niewiele, praktycznie nic. Znałem historię kraju, bo się interesuję przeszłością i dużo czytam. O lidze nie wiedziałem nic. Andrzej Czyżniewski zaprosił mnie na testy. Znajomi mówili mi: "Ivan, grasz w Portugalii, daj sobie spokój z Polską". A ja spakowałem dwie pary butów, ochraniacze i pojechałem trochę jak junior.

Zaryzykował pan?

- Tak i to mi się zwróciło. Miałem łatwiejsze rozwiązania, ale wybrałem inaczej. To nie jest tak, że Polska była najgorszym wyborem, ale stanowiła wielką niewiadomą. Przyjechałem na testy i miałem wracać, ale trener Franciszek Smuda poprosił mnie, żebym został jeszcze na meczu. To było spotkanie z Zagłębiem Sosnowiec, którym Lech rozpoczynał sezon. Na meczu zobaczyłem kibiców, ich podejście do klubu i uświadomiłem sobie, że będę tutaj pasował. Pojawiła się motywacja, bo zobaczyłem oddanych fanów o wysokich wymaganiach, a to powoduje, że klub musi się rozwijać. Chciałem podjąć wyzwanie, bo - nie ukrywajmy - w Portugalii pieniądze były lepsze, ale chodziło o coś innego. Czasami mówi się, że to przeznaczenie.

Podobno, żeby poznać lepiej nowy kraj sięgnął pan po klasykę polskiej literatury?

- Przeczytałem "Trylogię". To znaczy opisów przyrody nie czytałem, ale skupiałem się na rzeczach, które pozwolą mi zrozumieć mentalność ludzi i kulturę kraju. "Pana Tadeusza" też próbowałem przeczytać, ale to było zbyt skomplikowane. Zauważyłem, że Polska to kraj podobny do Serbii. Niedoceniany i zawsze przez kogoś oszukiwany. Gdy była potrzebna pomoc, to jej zabrakło, ale gdy nas potrzebowali, to przychodzili.

Poznanie historii kraju ułatwia zrozumienie ludzi?

- Tak jest wszędzie. Widzę, jak wiele wspólnego Poznań ma z Guimaraes, gdzie grałem wcześniej. To była pierwsza stolica Portugalii, a w Poznaniu też dba się o historię. Kibice Lecha co roku pamiętają o rocznicy Powstania Wielkopolskiego. Jeśli przeczytasz trochę literatury, to nie tylko zdobędziesz wiedzę, ale wiele spraw będziesz lepiej rozumiał.

Z Lechem zdobył pan mistrzostwo, Puchar i Superpuchar Polski. Które z trofeów było najważniejsze?

- Każde było bardzo ważne. Dlaczego? Bo nawet, jeśli grałem w lepszych ligach, to nigdzie nie osiągnąłem tyle, co w Lechu. W Guimaraes zakwalifikowaliśmy się do europejskich pucharów, ale w nich nie zagrałem.

To udało się z Lechem...

- I mogliśmy rywalizować z dobrymi, wymagającymi rywalami. Udowodniliśmy wtedy wszystkim, że to jest możliwe. Daliśmy z siebie wszystko i tylko szkoda Bragi w 1/16 finału Ligi Europejskiej. Wszyscy wiemy, że wyjazdowy mecz można było inaczej rozegrać. A rywale później dotarli do finału. To pokazuje jak niewielka jest różnica między porażką a sukcesem. Potrzebujemy czasu, by to wypracować i zrozumieć.

Czuje się pan lechitą?

- Ja nie mogę tak o sobie powiedzieć. Jest wielu ludzi, którzy są wiele lat z tym klubem i to oni są lechitami. Poza tym nie pochodzę stąd. Lechitą jesteś, jeśli ciebie tak nazwą. Lech to ważny klub dla mnie, bo mnie wypromował.

W jakim sensie wypromował?

- Każdy nasz kibic chciałby zagrać w klubie, ale nie może. A piłkarz gra dla kibiców, dla siebie i dla klubu. Jeśli jesteś świadom tego, że pracujesz na dobro klubu, to możesz wiele osiągnąć. W takim zespole jak Lech uświadamiasz sobie, czego kibic oczekuje od piłkarza, m.in. agresji, walki. Myślę, że to kwestia ciśnienia, presji. Jeśli nie poradzisz sobie z nimi, to nie będziesz piłkarzem, bo się do tego nie nadajesz. To ciśnienie nie może źle działać, ono musi motywować. Kto poradzi sobie w Lechu, da radę i na Zachodzie. Jestem o tym przekonany.

Skąd ta pewność?

- Proszę popatrzeć na Roberta Lewandowskiego. Grał w Lechu nie dla pieniędzy, a dla nauki. Tutaj był pod presją i później nie miał z tym problemów. Atmosfera go nie zjadła, był na nią odporny, motywowała go i gdy przeszedł do Borussii, dał sobie radę. Jeśli się od zawodnika wymaga, to w pewnym momencie kształtuje się go i przygotowuje do dalszego rozwoju. Lech coś takiego robi. Jeśli czujesz presję, to zdajesz sobie sprawę, że robisz coś ważnego. Trzeba umieć to ciśnienie wykorzystać.

Rozmawiał Mateusz Szymandera

Dowiedz się więcej na temat: Ivan Djurdjević | Lech Poznań | Ekstraklasa | trylogia | Serbia

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje