Reklama

Reklama

  • 1 .Wisła Kraków (4 pkt.)
  • 2 .Lech Poznań (4 pkt.)
  • 3 .Pogoń Szczecin (4 pkt.)
  • 4 .Radomiak (4 pkt.)
  • 5 .Piast Gliwice (3 pkt.)
  • 6 .Raków Częstochowa (3 pkt.)
  • 7 .Zagłębie Lubin (3 pkt.)
  • 8 .Legia Warszawa (3 pkt.)

Zagłębie Lubin. Piotr Stokowiec: Nie było czasu na pożegnania

O odmienieniu oblicza klubu, zaskakującym rozstaniu z Zagłębiem, wprowadzaniu młodych zawodników i pracy na solidnych fundamentach, dzięki której w polskiej piłce też można zarabiać miliony. - Odszedłem trochę z zaskoczenia, ale tak naprawdę z podniesioną głową. Rzadko zdarza się, aby trener zostawiał zespół mogący walczyć o najwyższe cele – mówił w rozmowie z eurosport.interia.pl Piotr Stokowiec były szkoleniowiec Zagłębia Lubin.

Ekstraklasa: wyniki, terminarz, strzelcy, gole

Adrianna Kmak, eurosport.interia.pl: Na początek zadam pytanie, które chyba wszyscy chcieliby zadać. Był pan zaskoczony zwolnieniem z Zagłębia?

Piotr Stokowiec, były trener Zagłębia Lubin: - Nie ukrywam, że było to dla mnie zaskakujące. Może jestem zbyt mało doświadczonym trenerem, dlatego mnie to zaskoczyło.

Nie otrzymywał pan żadnych sygnałów, żeby móc się domyślić, że coś jest na rzeczy?

Reklama

- Spotykaliśmy się sukcesywnie na radach nadzorczych i sygnałów nie było. Nie miałem stawianych celów wynikowych. Przez te 3,5 roku byłem częścią pewnej wizji. Zadań było kilka m.in. wprowadzanie młodych zawodników. Dzisiaj niewiele osób pamięta, jakie było Zagłębie cztery lata temu, co tam się działo, jaka była struktura drużyny i klubu. Budżet był dwa razy większy a trzon zespołu stanowili zawodnicy z zagranicy. Wizerunkowo Zagłębie nie prezentowało się najlepiej, tamten sezon zakończył się spadkiem, a kibice byli sfrustrowani. Klub był postrzegany jako taki bankomat, skąd tylko pobiera się pieniądze. Myślę, że jednym z sukcesów tego projektu było odmienienie Zagłębia wizerunkowo. Od razu odeszło 12-15 zawodników głównie z zagranicy, a zostało sprowadzonych  12 piłkarzy z akademii, trzecioligowych rezerw.

Przychodził pan do Zagłębia w trudnym momencie, to fakt.

- Byli pobici piłkarze, rozbite samochody, walkower na koniec rozgrywek po wrzuconych racach i przerwanym meczu. Sytuacja była naprawdę nieciekawa. Atmosfera w szatni, wokół klubu była fatalna. Zagłębie teraz jest postrzegane jako klub mądrze zarządzany, stabilnie się rozwijający, wprowadzający młodych zawodników, dbający o infrastrukturę i rozwój akademii. Patrząc na czas w Lubinie, przede wszystkim wyróżnia się liczba młodych piłkarzy wprowadzonych do drużyny.

To zauważyli chyba wszyscy.

- Udało się wprowadzić do pierwszego zespołu przez ten okres około 30 zawodników. 13 zadebiutowało na poziomie Ekstraklasy, wielu z nich w reprezentacji Polski w różnych kategoriach wiekowych.  To duża rzecz przeprowadzić zawodnika od poziomu trzeciej ligi przez I ligę, Ekstraklasę, reprezentację młodzieżową do pierwszej reprezentacji Polski.

Kilku wychowanków  odbudowaliśmy, bo nie cieszyli się dobrą sławą w Lubinie: Arkadiusz Woźniak, Adrian Błąd, Adrian Rakowski, Konrad Forenc. Wcześniej byli wypożyczani po różnych klubach lub nie grali zbyt wiele. Okazaliśmy im zaufanie i oni się odpłacili awansem w świetnym stylu do Ekstraklasy. Na wiosnę mieliśmy rekordową liczbę 77 punktów, straciliśmy tylko dwie bramki, były trzy remisy. To było naprawdę świetne osiągnięcie. W kolejnym sezonie był medal, trzy rundy w europejskich pucharach z wyeliminowaniem Partizana Belgrad.

Zagłębie zaskoczyło wszystkich. Przeszło dużą transformację i wypromowało wiele nazwisk.

- Takim pozytywnym aspektem było też odbudowanie zawodników powiedzmy, że po przejściach, którzy przez dłuższy okres nie byli w formie, nie grali - Filip Starzyński, Maciek Dąbrowski czy ostatnio Jakub Świerczok i Bartek Pawłowski.  Pomimo obciętego o połowę budżetu okazało się, że osiągnęliśmy jeden z najlepszych od dziesięciolecia wyników sportowych.

Dlaczego ten budżet został obcięty?

Wiązało się to ze spadkiem do Ekstraklasy. Główny sponsor o połowę obciął dotacje i trzeba było mocno zacisnąć pasa, co nie przeszkodziło zainwestować w akademię. Klub wziął pożyczkę na rozbudowanie bazy treningowej, akademii, postawienie bursy. Cieszę się że mój sztab był częścią tego projektu. Nasza współpraca na wszystkich frontach dobrze się układała.

Co dało panu największa satysfakcję we współpracy z akademią?

- Myślę że rozwinęliśmy zawodników z akademii, jak Jarosław Kubicki, Jarosław Jach, Krzysiek Piątek, Filip Jagiełło czy wielu innych, którzy już zdążyli zagrać w Ekstraklasie, ale nie byli czołowymi postaciami drużyny (Andrzejczak, Żyra, Jończy, Bonecki, Hładun,  Sobków). Na samych transferach klub zarobił już ponad milion euro. Wiemy również, że są potencjalni kupcy na Jacha, Świerczoka i to są kolejne miliony euro. Za występ w pucharach też  zarobiliśmy około trzech milionów. 

Jak pan ocenia swoją pracę w Zagłębiu?

- Zostawiłem ten klub w bardzo dobrym stanie. Ma naprawdę mocne fundamenty, o które dbaliśmy. Mówiąc kolokwialnie, przywróciliśmy normalność.  Mam poczucie bardzo dobrze wykonanej pracy. Odszedłem trochę z zaskoczenia, ale tak naprawdę z podniesioną głową. Rzadko zdarza się, aby odchodził trener zostawiając zespół w miejscu, które umożliwia mu grę o najwyższe cele w lidze i Pucharze Polski. To drużyna dobrze wyselekcjonowana i wytrenowana. Ten zespół ma podstawy do tego, żeby bić się o czołowe miejsca w tym sezonie.

Pana zwolnienie z Zagłębia odbyło się w trochę dziwnych okolicznościach. Pan prowadził jeszcze trening, a media już huczały, że klub się z panem rozstał. Pan się o tym dowiedział zaraz po zajęciach?

- Myślę, że na tym polu mamy jeszcze wiele do poprawy jako polska piłka, dlatego nie chciałbym tego podgrzewać. Wszyscy odpowiadamy za wizerunek naszej dyscypliny i ja nie chciałbym jej psuć dodatkowym znęcaniem się nad tą sytuacją. To są wnioski do wyciągnięcia dla wszystkich, nie tylko dla Zagłębia. Z pracownikiem zawsze można się rozstać, ale trzeba to robić w taki sposób, żeby nie psuć wizerunku polskiej piłki.

Wiedział pan przy rozmowie z zarządem, kto pana zastąpi w Zagłębiu?

- Nie chciałbym wracać do tego, co było i jak to się odbyło. Wiele rzeczy zostaje w gabinetach i to jest postawa fair. Wolę poświęcić czas na dobrą książkę, kino, coś bardziej kreatywnego, co mnie rozwinie, niż na patrzenie w przeszłość. Mam poczucie dobrze wykonanej pracy, a obecny czas też chce maksymalnie wykorzystać. Ostatnio zaczytuje się w książkach Nurowskiej, Grzebałkowskiej czy Myśliwskiego na co nigdy nie było czasu.

Jakieś ciekawe refleksie?

- Pierwsza sentencja z książki Marii Nurowskiej: "lepiej być nieszczęśliwym człowiekiem niż być szczęśliwą świnią".

To prawda. Wracając jeszcze do naszego wcześniejszego tematu, chciałabym zweryfikować u źródła, czy to prawda, że Mariusz Lewandowski uczestniczył w treningach i gdzieś tam podglądał pana pracę?

- Porozmawiajmy o dobrej książce i dobrym kinie.

Dla wielu wybór Mariusza Lewandowskiego na trenera Zagłębia był zaskakujący.

- Nie chcę się na ten temat wypowiadać. Nie chciałbym schodzić do poziomu jakiejś tam narracji, bo szkoda na to energii. Ja mam w sobie dużo entuzjazmu, pasji i jestem gotowy na kolejne wyzwania. Moje życie trenerskie dopiero się zaczyna. Mam mocne fundamenty w postaci dobrego wykształcenia, doświadczenia piłkarskiego i przygotowania merytorycznego. Poza tym mam mocna bazę w postaci życia rodzinnego. Jestem w tym względzie stabilny, co daje mi wewnętrzny spokój, bo mogę się skupić na mojej pasji. Moja rodzina ją podziela i rozumie.

To bardzo ważne.

- Bez tego funkcjonowanie i osiągnięcie sukcesu byłoby niemożliwe. Bez pasji, stuprocentowego zaangażowania, dobrego nastawienia do pracy, sukces jest niemożliwy. Cieszę się, że we mnie jest dużo pozytywnej energii i nie chce się bawić w jakieś dywagacje o tym, co było. Wolę iść do przodu.

Zdradzi pan chociaż jak pożegnali pana zawodnicy w Zagłębiu? Z niektórymi spędził pan sporo czasu.

- Tak, ale nie było czasu na pożegnania. Za dwa dni był już kolejny mecz w Pucharze Polski. Dostałem wiele smsów ze wsparciem, podziękowaniami za pracę. Zresztą są rzeczy, które się czuje. Nie o wszystkim trzeba powiedzieć, żeby coś zrozumieć. Myślę, że nie zamknąłem tam sobie żadnej drogi. Przeżyłem świetne chwile, które zainspirowały mnie do kontynuowania dalszej kariery. Nie chodzi tylko wynik sportowy, ale rozwijanie i wprowadzanie nowych zawodników. Przeprowadzenie piłkarza od najniższych szczebli do reprezentacji, rzadko się zdarza. Pokazuje to jednak, że przy odpowiedniej wizji, komunikacji i zaufaniu, wszystko jest możliwe do osiągnięcia.

Wróćmy jeszcze do samej pracy w Zagłębiu. Od początku miał pan nakreślone te wszystkie cele, o których rozmawiamy czy one się pojawiały stopniowo?

- Kiedy przychodziłem do Zagłębia w 2014 roku, ówczesna rada nadzorcza miała sprecyzowaną wizję funkcjonowania klubu. Następnie, przez te cztery lata miałem czterech szefów w radzie nadzorczej, dwóch prezesów, trzech dyrektorów sportowych, dwóch dyrektorów akademii i dwóch dyrektorów marketingu. Z tymi wszystkimi ludźmi musiałem nawiązać dobrą. Zatrudniając mnie rada nadzorcza razem z zarządem nakreśliła mi pole do działania, wizję. Oczekiwano ode mnie, że będę po części sam ją kreował. Eksponowanie akademii, poprawa wizerunku i rozwój klubu - to są rzeczy niepoliczalne i były one nakreślone od początku. Tego się trzymaliśmy i to wspólnie realizowaliśmy.

Rzeczy niepoliczalne są najtrudniejsze do osiągnięcia, a często wielu ich nie zauważa.

- Kibice nie zawsze wiedzą o długofalowych celach, często od razu chcą sukcesu. Ja jasno wiedziałem, czego chcemy i tego się trzymałem, ale podkreślam to jeszcze raz, to nie była wizja tylko Stokowca, ale grupy ludzi która mnie zatrudniała, a później przedłużała ze mną kontrakt.

Nie jesteśmy w stanie założyć, ilu zawodników z akademii przebije się do pierwszego zespołu, zadebiutuje w reprezentacji itd. Wiele rzeczy wykreowało się przez pracę mojego sztabu, ale ta wizja, rozumienie celów było cały czas jasne i klarowne.

Zagłębie pokazało przede wszystkim, że można wprowadzać swoich zawodników z akademii, co w Polsce delikatnie rzecz ujmując kuleje. Wiem, że początkowo mieliście koordynatora z Holandii. To było takie ważne, żeby pokazać system?

- Zagłębie jest naprawdę dobrym przykładem do naśladowania dla innych klubów. Pokazuje, że ważne jest postawienie na silny fundament akademii, rozbudowanie infrastruktury treningowej, stworzenie godnych warunków do rozwoju. Zagłębie traktowane jest jak jakieś pozytywne wynaturzenie. Tak powinno dziać się w każdym klubie, przynajmniej ekstraklasowym czy pierwszoligowym. Pierwszym dyrektorem akademii był Richard Grootscholten, teraz jest Krzysztof Paluszek. Moja rola polegała na ścisłej współpracy z akademią. Pełniłem też funkcję edukacyjną. Można powiedzieć, że wiedziałem o akademii, każdej grupie, programie szkolenia wszystko. Tworzyliśmy jedność i tutaj nie było żadnych tajemnic. Wiele rzeczy konsultowaliśmy, czy to odnośnie rozwoju indywidualnego zawodników, systemów gry itp. Zagłębie organizowało staże podczas których trenerzy mieli okazję przypatrywać się funkcjonowaniu akademii oraz pracy pierwszego zespołu. Przez ten okres prawie czteroletniej pracy, na stażach trenerskich w klubie było około 300 trenerów.

Ścisła współpraca z akademią to w Polsce rzadkość...

- Trener w Zagłębiu nie ogranicza się tylko do funkcjonowania przy pierwszej drużynie. Nieskromnie powiem, że kompetencje i zaangażowanie mojego sztabu  podniosły  standardy pracy Zagłębia. Przyciągnąłem do klubu wielu wartościowych ludzi, jak Miłosz Stępiński, Paweł Habrat, Remigiusz Rzepka nie wspominając o moim sztabie Smolarow, Bako, Szymkiewicz. Wielu trenerów i pracowników akademii włączyliśmy do współpracy z pierwszą drużyną. Wiadomo, że kibice chcą sukcesu tu i teraz. My też chcemy sukcesów, ale przynajmniej, kiedy ja siadałem do podpisywania kontraktu, był one rozłożony w czasie. Miały wynikać z solidnej pracy.

Wspomniał pan o tym, że to kibice zawsze chcą od razu tego sukcesu, ale patrząc na realia polskiej piłki, ma się wrażenie, że dotyczy to także włodarzy klubów. Jak to się stało, że w Zagłębiu postawiono sobie tak rozsądne cele?

- Generalnie polska piłka jest zbudowana zbyt mocno na oczekiwaniach kibiców. Mamy trudności z oszacowaniem potencjału drużyny, klubu i odpowiednim dobraniem celów, szczególnie tych wynikowych. Wiadomo, że oczekiwania zawsze są duże, ale jeśli nie są one poparte odpowiednim budżetem, koncepcją, to wcześniej czy później, doprowadzi to do frustracji. Trzeba umiejętnie dobrać cele i zaplanować ich realizacje. Proszę mi powiedzieć czy samo mistrzostwo Polski coś zmieni?

W gablocie z trofeami pewnie tak.

- Każdy chce grać o mistrzostwo Polski i każdy o nie gra, ale nie każdy ma do tego warunki. Ci, którzy zarządzają klubem, muszą sobie zdawać sprawę, że trzeba patrzeć na niego nie tylko oczami kibica, ale też przedsiębiorcy. Co da samo zdobycie mistrzostwa Polski? Godzinną przejażdżkę po rynku miasta otwartym autobusem? Ok, ale co dalej? Jeśli nie ma do tego solidnych podstaw, to później rodzą się frustracje, bo sukces trzeba umieć odpowiednio skonsumować i go wykorzystać. Sportowo również jestem ambitnym człowiekiem i chcę grać o najwyższe cele, ale wszystko musi mieć mocne argumenty. Sam byłem zwolennikiem tego, żeby grać w pucharach. Nie zgadzam się z teorią o pocałunku śmierci.

Zagłębie grało w pucharach i to z nie najgorszym skutkiem.

- Tak i mimo takiej zadyszki, która przyszła w pewnym momencie, wszystko udało się wyprowadzić na prostą. Z tego sezonu popucharowego też dostałem dobrą lekcję. Przez 29 kolejek  byliśmy w pierwszej ósemce, ale w 30. kolejce w doliczonym czasie gry w Gdyni z niej wylecieliśmy. Ta sytuacja miała trochę szerszy kontekst. Sprzedaliśmy Piątka i Dąbrowskiego, Starzyński miał kontuzję, a w zimie nie zrobiliśmy transferów.  Mam dużą satysfakcję, że potrafiliśmy wyjść z tego kryzysu i nim zarządzać. Zagłębie jest drużyną, która wygrała najwięcej meczów w fazie play-off, w całej historii istnienia systemu ESA37.  Za kilka miesięcy znowu byliśmy liderami, a ja odbierałem statuetkę z tytułem trenera września.

Co dla pana było najtrudniejsze w czasie pracy w Zagłębiu?

- Często trudno jest połączyć te wszystkie światy, o których mówiłem przy zmieniających się prezesach, dyrektorach, zawodnikach. To były setki trudnych decyzji, kogo wstawić, kogo zakontraktować, z kim się pożegnać, jak zbilansować drużynę, żeby wprowadzać młodych zawodników i utrzymywać tych wartościowych. Często do klubu przychodzą ludzie, którzy nie są złymi  pracownikami, ale po prostu brakuje im doświadczenia, nie przeżyli jeszcze wielu porażek i jest w nich trochę takiej brawury.

Były takie sytuacje, w których musiał pan bardzo walczyć o swoje i tłumaczyć pewne kwestie osobom zarządzającym klubem?

- Myślę, że jednym z zadań trenera i dyrektora sportowego jest tłumaczyć i edukować osoby współzarządzające  klubem. W sposób racjonalny i używając rzeczowych argumentów przekonywać do kierowania środków finansowych, realizacji procesu szkoleniowego, pozyskiwanie tego czy innego zawodnika. Nie wszyscy muszą się znać na piłce czy na treningu. Od tego jest trener i sztab. W Zagłębiu można było dostrzec proces wymiany starszych zawodników na młodszych. Często byli to bardzo wartościowi piłkarze, jak odchodzący w ostatnim czasie Michal Papadopulos, Dorde Czotra,  Łukasz Piątek. Zdawaliśmy sobie jednak sprawę, że chcemy rozwijać Filipa Jagiełłę, Adama Buksę, Alana Czerwińskiego, Jarosława Kubickiego czy Jarosława Jacha. Chcieliśmy dla nich robić miejsce i to było bardzo ryzykowne. Bezpieczniej byłoby jeszcze tych zawodników utrzymywać, co też kosztuje. Tę wymianę trzeba robić z wielkim wyczuciem i to jest ogromna odpowiedzialność. W wielu przypadkach to były świetne osobowości piłkarzy. Z ciężkim sercem żegnało się każdego z nich, ale realizowaliśmy założoną wizję.

W przypadku trenera wymaga też to dużej odwagi.

- Ja mam dużo satysfakcji, bo jeszcze w Polonii Warszawa wprowadzałem do zespołu młodych nieznanych zawodników. Pamiętam jakie larum było podniesione, jak odstawiłem od składu Ebiego Smolarka kosztem Pawła Wszołka, a Edgara Caniego kosztem Łukasza Teodorczyka. Teraz też odkryliśmy wielu młodych zawodników. Na pytanie, czy jestem odważny lepiej odpowiedziałby trener Adama Nawałka albo Marcin Dorna, czy też  trenerzy młodszych reprezentacji. W 2017 roku Zagłębie Lubin dostarczyło do reprezentacji wszystkich kategorii wiekowych 21 zawodników.

Co jest najtrudniejsze w procesie wprowadzania nowych zawodników?

- Odwaga i cierpliwość. Dbanie o indywidualny rozwój zawodnika . O jego przygotowanie na wielu płaszczyznach. Ważny jest moment kiedy się takiego zawodnika wprowadza, czy jest już odpowiednio przygotowany fizycznie, technicznie, taktycznie i mentalnie. Trzeba przy tym mieć dużo wyczucia. Uważam , że młody zawodnik powinien stopniowo wchodzić do drużyny. Wprowadzenie Filipa Jagiełło było długie, zajęło trzy lata. Ciekawe zjawisko jest takie, że wprowadzaliśmy młodych zawodników jak Sobków, Andrzejczak, Żmijewski do I-ej drużyny dając im jakieś minuty gry a po sezonie oni sami i ich menagerowie nalegali na wypożyczenie do niższych lig. Okazywało się, że u nas dostawali więcej grania niż grając dwie klasy niżej.

Dlaczego odchodzą dobrzy zawodnicy z klubu czy nawet  z naszej Ekstraklasy?

- Trzeba sobie zdawać sprawę, jakim się jest klubem, w którym miejscu drogi, klub się znajduje. Większość klubów w Polsce nie jest w stanie finansowo rywalizować z Legią czy Lechem.  My jako Ekstraklasa nie jesteśmy w stanie finansowo utrzymać drogich i wartościowych zawodników jak np. Odjidja-Ofoe. Nie jesteśmy konkurencyjni, nie wytrzymujemy finansowo. Trzeba się z tym pogodzić, im szybciej to zrozumiesz i zaczniesz szukać swojej szansy, swoich rezerw gdzie indziej tym lepiej. Zdarza się, że klub wpłaca klauzulę odstępnego i po prostu zabiera zawodnika.

Wtedy już nie mamy nic do powiedzenia.

- Wtedy już nie ma wyjścia, ale od trenera oczekuje się wyniku i nikt nie patrzy na to, że tak się dzieje. Tak było wypadku Maćka Dąbrowskiego. Odszedł kilka dni przed meczem do mocniejszego finansowo rywala.  Ja na pewno mam satysfakcję dobrze wykonanej pracy w Zagłębiu. Jest wiele rzeczy pomiędzy wierszami, o których się nie mówi.

Na przykład?

- Chodzi o te rzeczy, które są pomiędzy, czyli kontuzje, relacje, choroby, stosunki interpersonalne w drużynie. Zagłębie cały czas się zmieniało. Robiło się miejsce dla młodszych ale oni najpierw korzystali z doświadczenia tych starszych. Okres w Zagłębiu naprawdę wspominam bardzo pięknie. To był świetny czas, zdobyłem wielkie doświadczenie i na pewno jestem lepszym trenerem niż gdy przychodziłem do Zagłębia. Posmakowałem sukcesu i wiem, że stać mnie i polskie drużyny na więcej. Dla mnie to nie jest tylko jakaś tam praca. To jest pasja, część życia, coś więcej niż tylko pieniądze.

Rozmawiała: Adrianna Kmak

W II części wywiadu, która ukaże się jutro Piotr Stokowiec wyjaśnia, czemu tak rzadko rozmawia z mediami oraz opowiada o początkach trenerskiej kariery w Polsce.

Dowiedz się więcej na temat: Piotr Stokowiec | Zagłębie Lubin

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje