Reklama

Reklama

Mistrz Polski w końcu nie przegrał. Szaleństwo w końcówce

Zagłębie Lubin to pierwszy zespół w Ekstraklasie, który nie zdołał pokonać w tym sezonie Lecha Poznań, tylko zremisował 1-1. "Miedziowi" prowadzili po pięknym strzale z dystansu Łukasza Łakomego, ale wyrównał z rzutu karnego Mikael Ishak. Trwa więc kiepska seria trenera Johna van den Broma - z dziewięciu meczów w tym sezonie, w których prowadził zespół, Lech wygrał... dwa.

Mocno poraniony po starciu na Islandii mistrz Polski mógł być dziś dla Zagłębia Lubin dość łatwym kąskiem. Wskazywały na to choćby osłabienia w linii defensywnej, w której zabrakło już nie tylko Bartosza SalamonaĽubomíra Šatki i Antonio Milicia, ale także i Pedro Rebocho oraz ściągniętego niedawno Filipa Dagerståla. Trener John van den Brom musiał więc klecić środek defensywy z młodzieżowca Maksymiliana Pingota oraz Alana Czerwińskiego, ale nie to było największym problemem Lecha Poznań. Tu nic się nie zmienia - Lech zatracił umiejętność kreowania akcji i tworzenia sytuacji bramkowych. Rok temu oddawał nawet po 30 strzałów w meczu. Dziś w pierwszej połowie starcia z Zagłębiem statystycy naliczyli dwa strzały, oba niecelne.

Reklama

Afonso Sousa się starał, reszta - statystowała

Nic więc dziwnego, że Zagłębie nie mogło po 45 minutach przegrywać. Mogło z to prowadzić, bo w ofensywie wyglądało po prostu lepiej. Oba zespoły zaczęły zresztą ten mecz w niezłym tempie, ale z czasem trochę jednak spuściły z tonu. W Lechu jedynie niektóre akcje Afonso Sousy mogło dawać jego półtoratysięcznej grupie kibiców nadzieje na większy wybuch radości.

Tak było m.in. w 27. minucie, gdy Portugalczyk zakręcił rywalami, wypatrzył Mikaela Ishaka, ale Szwed - zamiast w piłkę - wpakował się w Aleksa Ławniczaka. Zagłębie przede wszystkim dość wysoko przerywało akcje poznaniaków, ale miało też jeszcze jeden atut. To oczywiście stałe fragmenty, po których czasem w polu karnym "Kolejorza" było gorąco.

W pierwszych 30 minutach dwukrotnie okazję miał Martin Doležal, który uciekał spod opieki młodemu Pingotowi. Najpierw po wrzutce Filipa Starzyńskiego posłał piłkę nad poprzeczką, później dośrodkowanie Cheikhou Dienga wykończył już celnym uderzeniem, ale Filip Bednarek przerzucił piłkę nad poprzeczką. Najlepszą szansę gospodarze mieli jednak w 45. minucie, czyli wtedy, gdy w ostatnim czasie Lech regularnie traci gole.

Kacper Chodyna pognał z kontratakiem, wyprzedził Pingota, a już w polu karnym uderzył po ziemi w kieruinku dalszego słupka. Bednarek zachował się jednak bez zarzutu - odbił piłkę, a potem złapał ją jeszcze przed nacierającym Starzyńskim. Wtedy nie wytrzymali kibice Lecha - wykrzykując wulgaryzmy, domagali się lepszej gry swojej drużyny.

Łakomy huknął z dystansu - Zagłębie prowadzi!

Po przerwie Zagłębie też było lepsze. Już w 49. minucie źle piłkę wybił Pingot, dla którego Ekstraklasa to wciąż jednak zbyt wysoki poziom, a po dośrodkowaniu z prawej strony Doležal został zablokowany przez Czerwińskiego, a upadając - oddał jeszcze niecelny strzał. Schemat gry Lech był dość prosty: pomocnicy zagrywają kilka podań między sobą, gdy są atakowani, oddają piłkę do obrońców. Ci też kilka podań, a w przypadku pressingu rywali - podanie do bramkarza Bednarka, który wybija piłkę daleko przed siebie.

Za to Zagłębie, po przejęciu, starało się albo szybko oddać strzał, albo przegrać akcję bokami. To dawało dużo lepszy skutek, choćby celny strzał Tomasza Makowskiego z dystansu. A najlepszy dało w 58. minucie, gdy Łukasz Łakomy dostał piłkę od Dienga i huknął z ponad 20 metrów w dalszy róg. Piłka otarła się o słupek i wpadła do bramki obok wyciągniętego Bednarka.

João Amaral odmienił Lecha Poznań

 Lech grał koszmarnie, tu niemal wszyscy piłkarze ofensywni powinni zostać zmienieni, a już w szczególności Kristoffer Velde. Van den Brom na roszady zdecydował się dopiero po stracie gola, choć - o dziwo - został na murawie Norwega. Wpuścił wtedy na boisko Michała SkórasiaJoão Amarala i Nikę Kwekweskiriego. Amaral zaraz po wejściu oddał dwa uderzenia, tyle co cały zespół do tej pory. A w kolejnej akcji dostał piłkę na wolne pola od Skórasia i został sfaulowany przez Kacpra Bieszczada, zupełnie niepotrzebnie. Ishak wyrównał więc z jedenastu metrów, a już za chwilę Bieszczad znów musiał się wyciągnąć po zagraniu Amarala i rykoszecie.

Zagłębie przyjęło kilka mocnych ciosów w krótkim odstępie czasu, ale zdołało się otrząsnąć. Szansę na gola zmarnował debiutujący w Ekstraklasie Szymon Kobusiński, źle przyjął piłkę po zagraniu Dienga, później Bednarek odbił potężny strzał Starzyńskiego. Mecz się otworzył, wreszcie był atrakcyjny dla kibiców. Dwukrotnie Chodyna uderzał zza pola karnego, ale w obu przypadkach bez zarzutu spisywał się bramkarz Lecha. Goście odpowiedzieli dośrodkowaniem Joela Pereiry, zagraniem Douglasa i strzałem w słupek Amarala. Ten mecz wreszcie się bardzo dobrze oglądało!

Widać było, że jednym i drugim zależało na trzech punktach. Końcowe minuty należały do gospodarzy, ale wygrać Zagłębie nie było już w stanie.

Zagłębie Lubin - Lech Poznań 1-1 (0-0)

Bramki: 1-0 Łukasz Łakomy 58., 1-1 Mikael Ishak 66. z karnego

Zagłębie: Bieszczad - Kopacz Ż, Ławniczak, Bartolewski - Chodyna (86. Pieńko), Makowski, Łakomy (86. Woźniak), Starzyński (75. Poletanović), Dieng (75. Ratajczyk) - Doležal (68. Kobusiński).

Lech: Bednarek - Pereira, Czerwiński, Pingot, Douglas - Velde (79. Marchwiński), Karlström Ż, Murawski (63. Amaral), Citaiszwili (63. Skóraś) - Sousa (62. Kwekweskiri) - Ishak (76. Szymczak).

Sędzia: Bartosz Frankowski (Toruń).

Widzów 11039.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL