Reklama

Reklama

  • 1 .Lech Poznań (41 pkt.)
  • 2 .Pogoń Szczecin (37 pkt.)
  • 3 .Raków Częstochowa (35 pkt.)
  • 4 .Radomiak (35 pkt.)
  • 5 .Lechia Gdańsk (33 pkt.)
  • 6 .Wisła Płock (29 pkt.)
  • 7 .Górnik Zabrze (28 pkt.)
  • 8 .Stal Mielec (28 pkt.)

Wielki powrót Heńka

Ma 65 lat lecz przez minione pięć nic nie osiągnął. Bez wahania nowy pracodawca - Górnik Zabrze płaci mu jednak kilkaset tysięcy euro rocznie i pozwala na porzucenie pracy, gdy wezwie reprezentacja Polski. Na czym polega magia Henryka Kasperczaka?

Kasperczak to żywa legenda polskiej piłki. Trudno znaleźć drugiego Polaka, który osiągnąłby tak wiele jako piłkarz, a później trener. Był wybitnym zawodnikiem, choć karierę reprezentacyjną zaczął dość późno, bo wieku 26 lat. Trafił na "złoty" okres kadry Kazimierza Górskiego. Wraz z Kazimierzem Deyną i Zygmuntem Maszczykiem tworzył znakomitą drugą linię biało-czerwonych na mistrzostwach świata w 1974 roku. Z kolei wspólnie z Grzegorzem Lato prowadził Stal Mielec do największych sukcesów w historii klubu. W 1978 roku Kasperczak wyjechał do Francji, ale w piłkę pograł tam przez rok w FC Metz i został trenerem tego klubu. W Polsce zdobył dyplom magistra na warszawskiej AWF. We Francji wzbogacił wykształcenie w tamtejszej słynnej trenerskiej szkole. Przez ponad 10 lat był cenionym szkoleniowcem francuskich klubów. Prowadził m.in: Montpellier, Racing Club de France, St. Eteiene, Lille. Jednak na początku lat 90. jego kariera we Francji załamała się. Potrafił jednak odnaleźć się, jako selekcjoner w krajach afrykańskich. Z sukcesami prowadził Tunezję, Wybrzeże Kości Słoniowej czy Mali. Nie udał mu się powrót do ligi francuskiej (Bastia w 1998 roku) i coraz konkretniej zaczął myśleć o powrocie do Polski, zwłaszcza że był kuszony przez właściciela Wisły Kraków - Bogusława Cupiała.

Reklama

Przełamał marazm

Jego ofertę przyjął ostatecznie w marcu 2002 roku, kiedy prowadzona przez Franciszka Smudę drużyna kiepsko wystartowała do rundy wiosennej. Gdy Kasperczak przychodził do Wisły, polska ligowa piłka tkwiła w marazmie. Ostatnim nowatorem w naszym futbolu był wspomniany Smuda, który nauczył prowadzone przez siebie drużyny, jak się zakłada pressing, wprowadził też, przeniesiony z Niemiec, interwałowy sposób przygotowania fizycznego zawodników. Ale w 2002 roku to były metody już przestarzałe. Sukcesy święciła francuska szkoła trenerska. Dlatego Kasperczak miał ogromne pole do popisu, zwłaszcza że od razu dysponował silnym zespołem. Piłkarze urodzeni w drugiej połowie lat 70. zaczęli przejmować stery w drużynie. Określano ich "Młodymi Wilczkami". I faktycznie, patrząc na grę Mirosława Szymkowiaka, Macieja Żurawskiego, Kamila Kosowskiego, Marcina Baszczyńskiego, Arkadiusza Głowackiego, Kalu Uche, Maura Cantoro otrzymywało się obraz drużyny z innej bajki, która niewiele miała wspólnego z polską szarzyzną ligową. Kasperczak nauczył ich nowoczesnej taktyki - krycia strefą, odbierania piłki w tzw. strefie bazowej, a przede wszystkim fantastycznego ataku oskrzydlającego.

Kasperczak nie miał ważnej rzeczy - dobrych warunków treningowych. Jeszcze za czasów Smudy zespół najczęściej trenował na tzw. poletku - dużym trawniku między topolami a linią tramwajową do Cichego Kącika. Musiało minąć nie mało czasu, zanim stara murawa ze stadionu została przeniesiona na boczne boisko i wreszcie można było w godziwych warunkach uczyć piłkarzy nowoczesnej gry w piłkę.

Jeśli w Górniku Zabrze ktoś liczył na to, że pan Henio odmieni zespół w kilka dni jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, musiał zapomnieć, co działo się z Wisłą w pierwszych miesiącach z Kasperczakiem. Z jego nastaniem drużyna miała jeszcze szanse na zdobycie mistrzostwa Polski, ale traciła punkty ze słabeuszami: GKS-em Katowice i Odrą Wodzisław. Dlatego tytuł trafił w ręce Legii. Przestawienie piłkarzy na nowy system gry zajęło trzy-cztery miesiące. Dopiero od nowego sezonu 2002/2003 drużyna zaczęła grać, jak nigdy dotąd.

Pan Henryk jest dumny ze swego pseudonimu "Henry". - Thierry Henry to świetny zawodnik. Nie wiem, czy wiecie, ale mnie też nazywają "Henry" - powiedział nam kiedyś.

Miał dwie mocne strony. Szkolenie - pod jego batutą piłkarze robili niesamowite postępy zwłaszcza w technice. Działo się to wbrew teorii, która głosi, że technicznie piłkarz przestaje się rozwijać po osiągnięciu pełnoletności. Widząc, że metody działają, zawodnicy zaczynali szanować trenera i jeszcze bardziej mu ufać.

Kasperczakowi pomagały też jego sukcesy, które odnosił z Orłami Górskiego, a zwłaszcza srebrny medal na MŚ 1974 r. "Nieźle wyglądał ten ich mecz z Włochami. Już wtedy futbol był szybki i twardy" - cmokał z podziwem Tomasz Frankowski po tym jak obejrzał powtórkę z gatunku "przeżyjmy to jeszcze raz".

Myślał po francusku

Nie wiadomo, czy to dzięki kontaktom z czarownikami (tak, tak prowadząc np. reprezentację Mali, czy WKS pan Henio musiał mieć w sztabie i takich fachowców), jednak z pewnością nasz bohater miał zdolności uzdrawiania. Do dzisiaj w szatni Wisły krążą legendy o tym, jak to jeden z lekarzy zgłosił, że do najbliższego meczu nie jest zdolnych czterech piłkarzy. Trener szybko ich wyleczył. Wpłynął na ich samopoczucie tekstem w stylu: "Jak to?! Przecież Tobie nic nie jest! Ty jesteś zdrowy i możesz grać!". Sprzeciwu nie było.

U Kasperczaka szatnia jest świętością i to się również podoba piłkarzom. Tam nigdy nie miał wstępu nikt spoza teamu. Nie dochodziło do żadnych pokazówek przed kamerami, które nie są obce niektórym młodszym trenerom.

Na początku powrotu do Polski pan Henryk posługiwał się naszym językiem, ale myślał wciąż po francusku. Dlatego dochodziło do wielu śmiesznych zdarzeń. Jak powiedziałby Kasperczak zdanie: "Nie wiem jakie są jego zamiary"? Zupełnie oryginalnie: "Nie wiem jaka jest jego linia prowadzenia". Piłkarze też mieli masę ubawy, gdy trener pokrzykiwał na nich po francusku: "Allez chłopaki! Gramy w piłę!".

W bulwarówkach głośno było o rzekomej awanturze, jaką miał Kasperczak sprawić ówczesnej narzeczonej ówczesnego bramkarza "Białej Gwiazdy" Radosława Majdana - "Dodzie". Faktem jest jednak, że pan Henio zrugał kiedyś sympatię obrońcy Kamila Kuzery, za pojawienie się pod budynkiem klubowym w zbyt kusej spódniczce, co rozpraszało piłkarzy. "Może jeszcze chce Pani wejść z nimi pod prysznic?!" - napominał blondynkę "Henry".

Miał wielką władzę

Kasperczak miał w Wiśle taką władzę, jakiej nie będzie miał już żaden trener w tym klubie. Teoretycznie był tylko trenerem, ale w praktyce był ważniejszy od prezesa. Był dyrektorem sportowym i menedżerem. To on decydował kogo oglądać, kogo sprowadzać na testy, kogo kupić i za ile. Gdy władze klubu zatrudniły na stanowisko menedżera łowcę talentów z Wodzisławia, Edwarda Sochę, "Henry" go odprawił, zanim ten podjął się pracy. Gdy ówczesny wiceprezes Wisły Zdzisław Kapka na polecenie rady nadzorczej poszedł zwolnić Kasperczaka, wyleciał z jego pokoju za drzwi. "Nie ty mnie zatrudniałeś i nie ty mnie będziesz zwalniał" - miał usłyszeć Kapka.

Paradoksalnie Kasperczak w Wiśle stał się ofiarą swej mocnej pozycji. Jego pomysły transferowe coraz częściej były chybione. Michał Wróbel, Edno, Lantame Ouadja, Wyn Belotte - to tylko jaskrawsze przykłady. W Wiśle "Henry" osiągnął apogeum w drugim sezonie. Po pół roku pracy z Kasperczakiem w wielkim stylu drużyna przeszła w Pucharze UEFA jesienią 2002 r. AC Parmę i FC Schalke 04, by w lutym 2003 r. odpaść z rzymskim Lazio. W kolejnych sezonach przygoda pucharowa "Białej Gwiazdy" kończyła się znacznie wcześniej i to w spotkaniu ze słabymi rywalami - Valerengą Oslo i Dinamem Tbilisi. Porażki z takimi rywalami nie dało się wytłumaczyć nawet odejściem z drużyny Kamila Kosowskiego i Kalu Uche.

Żałosna szopka

Kasperczak, niepowodzenia menedżerskie, nadrabiał warsztatem szkoleniowym. Oszlifował talent Kalu Uche, stworzył - choć z ogromnymi problemami - z Mauro Cantoro świetnego defensywnego pomocnika. Przekwalifikował też na typowego rozgrywającego Szymkowiaka. Potrafił zrobić dobrego piłkarza z Damiana Gorawskiego. Z drugiej strony nie udało mu się doprowadzić do wysokiego poziomu żadnego z młodych zawodników, których w Wiśle nie brakowało. Początkowo wydawało się, że takim jego odkryciem będzie Paweł Strąk, lecz im dłużej grał w Wiśle, tym spisywał się gorzej. Kasperczak nie zdołał znaleźć wspólnego języka z takimi talentami jak bracia Brożkowie czy Kamil Kuzera. Generalnie liczył się dla niego wynik pierwszej drużyny. Rzadko więc stosował rotację w składzie, eksploatował przede wszystkim zaufanych zawodników.

Porażki w pucharach i nietrafione transfery kosztowały Kasperczaka utratę posady przy Reymonta, a był przecież moment, że proponowano mu kontrakt do 2011 r. Na pewno cieniem na historii o nazwie "Przygody Kasperczaka z Wisłą" kładzie się styl, a raczej jego brak podczas rozstania z krakowskim klubem. Przychodzenie na konferencję prasową z nowym trenerem Wernerem Liczką, przyjazd na pierwszy trening po nowym roku - wszystko to powodowało żałosną szopkę.

Marzy o kadrze

Niespełnionym marzeniem Kasperczaka jest praca z reprezentacją Polski. Miał okazję zostać selekcjonerem biało-czerwonych w grudniu 2002 roku, gdy nieoczekiwanie zrezygnował Zbigniew Boniek. Wiązał go jednak wtedy kontrakt z Wisłą. Potem wydawało się, że zostanie następcą Pawła Janasa. Michał Listkiewicz wybrał Leo Beenhakkera. Rozgoryczony wrócił do pracy w Afryce, lecz z reprezentacją Senegalu rozstał się w burzliwych okolicznościach podczas tegorocznego Pucharu Narodów Afryki, gdy drużyna straciła szanse na wyjście z grupy. Teraz miał rozterki, czy przyjąć ofertę Górnika, bo przecież - po pierwszych eliminacyjnych meczach - walizki mógł spakować Beenhakker. Tak się nie stało, ale Kasperczak czeka na swój czas. Zanim ten nadejdzie zamierza zbudować wielki klub w swoim rodzinnym mieście. Zadanie ma trudniejsze niż w Wiśle, ale właśnie dlatego będzie miał okazję wykazać się swoimi umiejętnościami. Bo te niewątpliwie posiada. Na pewno też uczyni naszą ekstraklasę barwniejszą.

Michał Białoński, Grzegorz Wojtowicz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje