Reklama

Reklama

Górnik Zabrze. Lider zbudowany na zgliszczach

Kluczowy piłkarz się rozpłakał, najwierniejszy kibic tylko machnął ręką, a jeden z zawodników powiedział wprost: - Tu się może wydarzyć wiele, łącznie z najgorszym. Taka atmosfera panowała w Górniku Zabrze półtora roku temu. W Górniku Zabrzu, który dziś jest liderem Ekstraklasy.

14 maja 2016 r. Górnik jedzie do Niecieczy, a za nim najwierniejsi fani. Plan jest prosty - wygrać, utrzymać się i zapomnieć o paskudnym sezonie. Ten sezon nie dał jednak o sobie zapomnieć, bo po 1-1 z Termalicą 14-krotni mistrzowie Polski spadli z ligi.

Nawet dzwonek nie pomógł

Bramkarz Grzegorz Kasprzik zalany łzami przepraszał kibiców, przed kamerą łamał mu się głos, a w Zabrzu wszyscy wiedzieli, że dla Górnika idą bardzo ciężkie dni.

I takie rzeczywiście były, bo na Roosevelta byłem dokładnie dwie doby później. Przez zabłocony parking przechodził właśnie Stanisław Sętkowski, wierny kibic zabrzan, którego nawet słynny dzwonek nie pomógł w utrzymaniu. - Nie, nie będę nic mówił. Nastroje są straszne - przyznał i zniknął w klubowym budynku.

Reklama

- Tragedia, katastrofa. Nikt nie wie, co tu się teraz wydarzy. Scenariusze mogą być różne, łącznie z tym, że ta drużyna rozwali się na dobre - mówił z kolei jeden z piłkarzy, który szedł na trening, choć wyglądał, jakby ktoś prowadził go na ścięcie.  

Wielkie obawy

I gdyby wtedy ktoś powiedział, że półtora roku później w tym samym miejscu spotkania będzie rozgrywał lider Ekstraklasy, to zostałby potraktowany tak poważnie jak Krzysztof Kononowicz w wyborach na prezydenta Polski.

Ba, nawet pół roku temu taka wizja była marzeniem ściętej głowy. Przecież na cztery kolejki przed końcem rozgrywek I ligi Górnik był na dziewiątym (!) miejscu, czyli w dolnej połowie tabeli.

Wówczas jednak wydarzył się cud nr 1, czyli niesamowity skok na 2. miejsce. Cud, któremu Górnik pomógł sześcioma zwycięstwami z rzędu.

Cud nr 2 zaczął się na samym początku tego sezonu i trwa nadal. Drużyna bez gwiazd na przywitanie z Ekstraklasą pobiła u siebie Legię na oczach blisko 23 tys. widzów zasiadających na stadionie. Tym samym stadionie, który rok wcześniej był chyba najsmutniejszym miejscem w Polsce.

Wówczas w Górniku wszyscy obawiali się bowiem najgorszego - że zostanie zakręcony kurek z pieniędzmi, że miasto definitywnie odwróci się od klubu, że drużyna popadnie w marazm, a wtedy na stadionie zostaną najwierniejsi sympatycy, których uzbiera się może kilka tysięcy.

Cuda, którym Górnik mocno pomógł

Mimo to udało się Górnikiem pokierować mądrze (kluczowe było zatrudnienie trenera Marcina Brosza), a szczęściu mocno pomóc. Przykłady? Igor Angulo poza Polską nigdy nie strzelił w sezonie więcej niż 14 bramek, a teraz, nawet nie na półmetku rozgrywek, ma ich już 16!

Damian Kądzior, kluczowy zawodnik Górnika w tym sezonie, nie trafiłby do Zabrza, gdyby w Cracovii niespodziewania nie zmienił się trener. Z Jackiem Zielińskim był już dogadany, z Michałem Probierzem po drodze mu nie było i w ostatniej chwili zmienił kurs na Zabrze, co Górnik momentalnie wykorzystał. Efekt? Cztery gole, dwie asysty i powołanie do reprezentacji Polski.

Szczęściem jest też pierwsze miejsce Górnika, bo w tym sezonie konkurencja do fotela lidera po prostu mocno kuleje. Górnik w 15 spotkaniach zdobył 29 punktów, a w ostatniej dekadzie taki dorobek tylko raz dawał szczyt tabeli (w sezonie 2014/2015 tyle samo uzbierała Legia).

Tyle, że to szczęście, któremu Górnik znów mocno pomógł, bo z górnej połowy tabeli dał się pokonać tylko Jagiellonii i Zagłębiu, a ograł m.in. Lecha i Legię.

A wszystko to zostało zbudowane na obrazie katastrofy po remisie w Niecieczy. Gdyby wówczas ktoś przewidział tak optymistyczny scenariusz, pewnie nie zarobiłby mniej niż ci, którzy obstawili mistrzostwo Anglii zdobyte przez Leicester.

Piotr Jawor

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL