Reklama

Reklama

  • 1 .Raków Częstochowa (24 pkt.)
  • 2 .Legia Warszawa (23 pkt.)
  • 3 .Górnik Zabrze (20 pkt.)
  • 4 .Zagłębie Lubin (18 pkt.)
  • 5 .Śląsk Wrocław (17 pkt.)
  • 6 .Pogoń Szczecin (16 pkt.)
  • 7 .Lechia Gdańsk (16 pkt.)
  • 8 .Jagiellonia Białystok (14 pkt.)

Górnik Zabrze. 50 lat po największym sukcesie polskiej piłki klubowej

50 lat temu jedenastka z Zabrza odniosła największy sukces w historii naszego klubowego futbolu. Rywalizacja Górnika z AS Roma w półfinale Pucharu Europy Zdobywców Pucharów trwała... 5,5 godziny! Wszystko skończyło się losowaniem, gdzie szczęśliwą rękę miał kapitan górniczej jedenastki Stanisław Oślizło.

W pucharowej edycji PEZP sezonu 1969/70 Górnik szedł jak burza. W pierwszej rundzie nasza eksportowa wtedy jedenastka pewnie uporała się z greckim Olympiakosem. Na wyjeździe było 2-2, a na Stadionie Śląskim aż 5-0.

Autokar nie przyjechał...

Reklama

Potem przyszły dwie efektowne wygrane z Glasgow Rangers. U siebie 3-1, a na wyjeździe na Ibrox Stadium padł taki sam rezultat. Szalał wtedy najskuteczniejszy zawodnik Pucharu Europy Zdobywców Pucharów edycji 1969/70 Włodzimierz Lubański, który łącznie zanotował siedem trafień. W rywalizacji ze Szkotami trzy razy wpisywał się na listę strzelców.

W ćwierćfinale "górnicy" okazali się lepsi od Lewskiego Sofia, choć łatwo nie było. Po porażce w stolicy Bułgarii 2-3 przyszła wygrana na Stadionie Śląskim, w obecności 100 tys. widzów, 2-1.

No i wreszcie półfinałowa rywalizacja z AS Roma, która przeszła do historii nie tylko polskiej piłki. W pierwszym meczu w Rzymie 1 kwietnia 1970 roku remis 1-1. Na listę strzelców wpisał się Jan Banaś. W rewanżu na Śląskim dwa tygodnie później dogrywka i remis 2-2 (bramki strzelone wtedy w dogrywce na wyjeździe nie liczyły się podwójnie). No i wreszcie trzecie spotkanie na neutralnym terenie w Strasburgu.

Jak opowiada dzisiaj o tym meczu Stanisław Oślizło, jedna z legend polskiej piłki, wtedy kapitan zabrzan i ostoja defensywy, mało nie brakowało, a Górnik na ten mecz by... nie dojechał! Roma prowadzona była wtedy przez słynnego argentyńskiego szkoleniowca Helenio Herrerę, który w połowie lat 60. do wielkich triumfów w europejskiej i światowej piłce prowadził Inter Mediolan (dwa klubowe mistrzostwa Europy, dwa zdobyte Puchary Interkontynentalne). Ten słynny mag, bo tak go zwano, znany był z niecnych sztuczek. Zabrzanie przekonali się o tym na własnej skórze...   

- Czekając w hotelu na autokar, który miał nas zawieźć na stadion, zaczęła się nerwówka i stres, a na końcu była już panika. Czekamy, a autokaru nie ma, komórek wtedy nie było. Całe szczęście, że mieliśmy tam swoich kibiców. Polacy, którzy tam byli i mieszkali, wiedzieli, gdzie jesteśmy ulokowani i podjeżdżali pod nas swoimi samochodami. Byli tam przypadkowo, bo chcieli jeszcze przed meczem zdobyć jakiś autograf, porozmawiać. Na naszą prośbę zaczęli nas podwozić, biorąc jednego, dwóch czy trzech. Ja dojechałem na stadion jako ostatni, na piętnaście czy dwadzieścia minut przed rozpoczęciem meczu. Wchodzę na obiekt do środka, a tam Roma już przebrana, w gotowości, bo była tam taka salka przeznaczona dla rozgrzewki, którą oczywiście rywal wcześniej zajął. Tymczasem ja w cywilnym przebraniu, dosłownie w biegu się przebierałem, żeby zdążyć na czas. W korytarzu zrzucałem marynarkę i ubierałem się w piłkarski strój. Nie było możliwości rozgrzewki. Od razu zaczął się mecz - relacjonuje pan Stanisław.

Szczęśliwe losowanie

Potem w trakcie gry dwa razy gasło światło. Ostatecznie po 120 minutach morderczej walki kolejny remis  1-1 i kolejna bramka stracona przez zabrzan z rzutu karnego. W tej sytuacji prowadzący spotkanie francuski arbiter Machin zarządził losowanie.

- W ręce trzymał nie monetę, a żeton. Często to prostuję. To był taki specjalny żeton o dwóch kolorach. Z jednej strony był zielony, z drugiej czerwony. W momencie kiedy doszło do losowania, sędzia pokazywał nam ten żeton. Wskazałem na zielony i w tym momencie był to kolor szczęśliwy, bo wygrany - opowiada z uśmiechem Stanisław Oślizło.

Zaraz potem komentujący mecz niezapomniany Jan Ciszewski (obecni komentatorzy mogą się tylko od niego uczyć...) krzyknął do mikrofonu: "Polska, Górnik, brawo! Sprawiedliwości stało się zadość. Kochani chłopcy, macie jednak szczęście!" - radował się legendarny komentator.

A sprawa z autokarem i dojazdem piłkarzy Górnika na stadion? - Nasze kierownictwo poszło potem do kierowcy autokaru z pytaniem, dlaczego po nas nie przyjechał do hotelu. Była wersja, że najpierw miał zawieźć na stadion jedną drużynę i wrócić do hotelu po drugą. Kierowca tłumaczył się tym, wskazując na opiekuna Romy, ale nie wiem, czy powiedział trener, że kazał mu czekać na stadionie do końca meczu... Domyślaliśmy się, że był to Herrera. Nie wiem, czy była to jakaś perfidna gra ze strony tego człowieka? Może myślał, że jak będziemy czekać na przyjazd na stadion i denerwować się wszystkim, to oni na tym skorzystają. Trudno dziś dociec, jak faktycznie było - kwituje wszystko Oślizło.

29 kwietnie 1970 roku rywalem Górnika w finale PEZP na wiedeńskim Praterze był Manchester City, ale to już inna opowieść...

Michał Zichlarz


Dowiedz się więcej na temat: Górnik Zabrze

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje