Reklama

Reklama

  • 1 .Lech Poznań (18 pkt.)
  • 2 .Lechia Gdańsk (16 pkt.)
  • 3 .Zagłębie Lubin (15 pkt.)
  • 4 .Śląsk Wrocław (14 pkt.)
  • 5 .Raków Częstochowa (14 pkt.)
  • 6 .Pogoń Szczecin (13 pkt.)
  • 7 .Jagiellonia Białystok (12 pkt.)
  • 8 .Wisła Kraków (11 pkt.)

Duże Pe, agent piłkarski, raper: Zdarzają się kanalie, ja chcę być przyzwoitym

Marcin Matuszewski przez kilkanaście lat znany był bardziej jako Duże Pe – raper, dj, radiowiec i muzyczny aktywista. Od 2015 roku – nie bez sukcesów – działa też jako piłkarski agent, który każdego dnia próbuje „przeżyć w tej dżungli...”, o czym mówi w rozmowie z Interią.


Olgierd Kwiatkowski, Interia: Magazyn "France Football" opisując świat agentów piłkarskich, określił go słowem "dżungla". Czy tak jest rzeczywiście?

Marcin Matuszewski, agent piłkarski: - Cały świat jest dżunglą. Świat menadżerów piłkarskich nie jest więc wyjątkiem. Tak jak w dżungli - jest w nim trochę pięknej zieleni i kwiatów, ale jest też trochę błota i rozkładu. Są zwierzęta drapieżne, są padlinożercy, są zwierzęta łagodne. To dobre porównanie, ale nie zawężałbym go do jednej dziedziny.

Często spotyka się pan w świecie menadżerów piłkarskich z drapieżnikami i padlinożercami?

Reklama

- Nie raz i nie dwa. Kontaktujemy się czasami z zawodnikami żeby zapytać ich o możliwość współpracy, po czym okazuje się, chłopak jest już związany z agentem - i jest głęboko nieszczęśliwy. Ktoś naobiecywał mu bowiem złote góry, później nie zrobił dla niego dokładnie nic - ale w myśl prawnie wątpliwej umowy pobiera od chłopaka z niższej ligi 250 zł miesięcznie za sam fakt bycia jego agentem. Na dodatek ma z nim podpisaną umowę bezterminową, ważną "do końca świata" - bo naiwny dzieciak mu zaufał. Jeśli chłopak wypłynie - bo na przykład klub z wyższej ligi sam go dostrzeże i zadzwoni w jego sprawie, to taki pseudo-menago mówi dumnie "załatwiłem ci klub, młody!". A jak nikt się nie zgłosi, to i tak "kasa płynie". Słowem, gość nic nie robi, a bierze pieniądze od chłopaka, który często musi dodatkowo pracować, żeby wiązać koniec z końcem. Zdarzają się takie kanalie. Tacy ludzie to hańba dla naszej profesji.

Są w tym świecie również szlachetne jednostki?

- Oczywiście, na przykład ja (śmiech).

Tylko pan jeden?

- W żadnym wypadku! Jestem przeciwnikiem demonizowania piłkarskich agentów z założenia. Wbrew podanemu przed chwilą negatywnemu przykładowi, wielu z nas naprawdę ciężko pracuje, nie mając przy tym absolutnie żadnej pewności, czy z tej ciężkiej pracy wyniknie jakikolwiek zarobek. Piłkarzy jest mnóstwo, miejsc w klubach - niewiele. W dobrych 90 procentach przypadków długi czas spędzony na wyszukanie zawodników, próbę dogadania z nimi współpracy i próbę wypromowania ich w klubach idzie z różnych przyczyn na marne. Jeśli ktoś przy tego rodzaju pracy postępuje etycznie, to jest bardzo porządnym człowiekiem, bo wymaga to bardzo dużo odporności psychicznej. Szybko pojawia się pokusa próby "oszukania systemu", żeby poprawić swoją "stopę zwrotu".

Wynika z tego, że pracujecie dla idei. Odczuwa pan satysfakcję materialną czy tylko zawodową?

- Satysfakcję zawodową mam właściwie zawsze. Satysfakcję materialną - niekoniecznie, choć też absolutnie nie narzekam, bo biorąc pod uwagę relatywnie krótki staż naszego samodzielnego działania, idzie nam naprawdę dobrze. Wiele ruchów, które wykonujemy i które są kluczowe dla karier młodych zawodników z małych klubów, to działania darmowe albo płatne symbolicznie. A jednocześnie przy tego rodzaju transakcjach trzeba się najmocniej napracować.

Jeśli mam piłkarza 28-letniego, który w ostatnich pięciu latach strzelił 40 bramek w relatywnie poważnych ligach, to mogę się nim pochwalić, są materiały video, a przy użyciu nowoczesnych narzędzi jak WyScout czy InStat klub może go kompleksowo prześwietlić bez wychodzenia poza własny stadion. W wypadku piłkarza z niższych lig, wschodzącej gwiazdy przysłowiowego Orkanu Kozia Wólka, trzeba znacznie więcej czasu i energii by przekonywać trenera czy prezesa większego klubu, że warto go sprawdzić, bo faktycznie coś potrafi. A w tym samym czasie swoich zawodników w podobnym wieku, często cieszących się już większą sławą, próbuje umieścić w tych samych klubach 50 innych agentów.

Zdarza się, że po roku czy dwóch nastoletni zawodnik nad którym się tak napracowało dochodzi do wniosku, że jednak nie będzie piłkarzem. Albo staje się łupem większej agencji, która przychodzi "na gotowe" akurat w momencie, kiedy z pracy z danym piłkarzem zaczynają się pojawiać jakieś profity. To nie jest lekki rynek, zwłaszcza jeśli podchodzi się do sprawy trochę "ideowo".

Ma pan już na koncie sukcesy zawodowe?

- Nie patrzę na to w ten sposób. Powiedziałbym raczej, że wykonałem kilka drobnych kroków we właściwym kierunku. Nasza agencja - samodzielnie lub w kooperatywie z innymi agentami - sprowadziła między innymi Igora Angulo i Daniela Smugę do Górnika Zabrze, Daniego Ramireza do ŁKS-u Łódź czy Bodvara Bodvarssona do Jagiellonii, który - mam nadzieję - na wiosnę 2018 zadomowi się tam w końcu na dłużej w pierwszym składzie. Myślę, że to dobra wizytówka. A to tylko kilka z kilkudziesięciu - w przeważającej części udanych - ruchów transferowych.

Igor Angulo był królem strzelców I ligi, w ekstraklasie przez półtora sezonu strzelił 32 gole. To chyba najlepszy pana transfer?

- Nie ma wątpliwości, że był to dla nas przełomowy moment w menadżerskiej działalności, po którym kluby zaczęły postrzegać naszą firmę trochę inaczej.




Jak pan wypatrzył Igora Angulo?

- Mógłbym zażartować, że po prostu mam lepsze oko niż pozostali. Znalazłem doświadczonego zawodnika, który we wcześniejszych kilku latach strzelał dużo bramek na Cyprze i w Grecji. Posprawdzałem bardziej szczegółowo materiały video - i doszedłem do wniosku, że warto spróbować. Nawiązałem kontakt z zawodnikiem, udało mi się go namówić na współpracę. Zdawał się nam idealnie "skrojony" pod zapotrzebowanie Górnika Zabrze. Igor nie chciał przyjść do I ligi, ale przekonaliśmy go, że Górnik to na tyle wielki klub, że nie ma co patrzyć na jego ligowy poziom. Finansowo też wymagało to trochę na przeciąganie liny, ale się udało. Koniec końców Górnik dał trochę więcej niż planował, zawodnik dostał trochę mniej niż oczekiwał, ale wszystko pospinaliśmy tak, że udało się tę transakcję dopiąć. I chyba nikt tego z dzisiejszej perspektywy nie żałuje.

W tej rundzie sprowadził do Polski innego Hiszpana.

- Z naszej rekomendacji umowę z Wisłą Płock podpisał Angel Garcia Cabezali, wychowanek Realu Madryt, który przez całą karierę był skrzydłowym a niedawno zaczęto go ustawiać na lewej obronie. Chciałem, by pojawił się w Wiśle już wcześniej, gdy odchodził Arkadiusz Reca, bo miałem wrażenie że to podobny typ zawodnika o podobnej historii i charakterystyce. Teraz niecierpliwe czekam, żeby potwierdził dobre rzeczy, które o nim mówię w wywiadach.

Czy wytransferował pan piłkarza z Polski?

- Nie były to jednak "wielkoformatowe" ruchy, a i my nie graliśmy w nich pierwszych skrzypiec - więc w tej dziedzinie wszystko jest jeszcze przed nami. Między innymi z myślą o takich ruchach staramy się "budować od podstaw" kariery młodych, polskich zawodników. Flagowym przykładem jest tu zauważony przez nas podczas test-meczu "Ty Też Masz Szansę" skrzydłowy Daniel Smuga. Długi czas grał w niższych ligach, nawiązaliśmy współpracę, udało nam się go dość szybko wytransferować z III ligi do czołowego wówczas klubu Ekstraklasy - co nie zdarza się zbyt często. Na tle rówieśników radzi sobie na tym poziomie bardzo dobrze, a wierzymy że wszystko jeszcze przed nim. Pod naszymi skrzydłami jest wielu takich zawodników - młodych, zdolnych, przeoczonych przez system.

Ile dziennie wykonuje pan telefonów, pisze maili, kiedy organizuje pan transfer?

- Nigdy nie liczyłem, ale podejrzewam że w najgorętszym okresie dzienna liczba telefonów, wiadomości i maili oscyluje w okolicy setki.

Dużo pan za to płaci.

- Mam dobry plan taryfowy - dostosowany do zawodowej specyfiki.

Muzykuje pan jeszcze?

- Od niemal 20 lat aktywnie działam artystycznie jako wokalista, raper, autor tekstów, dj, radiowiec czy promotor kultury. Wyrosłem z kultury hip-hop'owej i na zawsze będą to moje korzenie, ale potem konsekwentnie się rozwijałem, łamiąc konwencje i śmiało wykraczając poza gatunkowe ramy. Kiedyś to transferowa działalność w piłce nożnej była moim hobby - spędziłem tysiące godzin pracując w tej dziedzinie jako wolontariusz, terminując w klubach czy w menadżerskich agencjach z kraju i z zagranicy. Bardzo dużo się w tym okresie nauczyłem, kilka sukcesów też udało się w nim osiągnąć, nawet jeśli nie przyniosły one wymiernych korzyści.

Teraz to muzyka powoli schodzi na drugi plan - choć cały czas gram imprezy i koncerty, prowadzę audycję w Polskim Radio, partycypuję jako organizator czy dyrektor artystyczny w dużych projektach, również międzynarodowych. Zaliczyłem już ponad 100 występów zagranicą. I to nie dla Polonii, ale dla lokalnej publiki - więc podejrzewam, że jestem na tym polu najbardziej utytułowanym okołohip-hop'owym artystą w kraju. Z własnej woli nie działam artystycznie tak intensywnie jak kiedyś, ale nie powiedziałem jeszcze na tym polu ostatniego słowa. Dalej "się kręci", więc chyba nadal całkiem dobrze się w tym sprawdzam.

W branży muzycznej też są menadżerowie. Oni też popełniają grzechy?

- Te dwa rynki funkcjonują w całkiem podobny sposób, a ja od początku muzycznej kariery stawiałem na "self-management" - dlatego przechodząc do piłki byłem już nieźle zaprawiony w bojach w pokrewnej dziedzinie. Niezależnie od tego, czy masz firmę budowlaną, czy prowadzisz agencję artystyczną, czy promujesz piłkarzy - musisz kombinować, żeby być lepszym od całej reszty - więc tych, którzy posuwają się w kombinowaniu o krok czy dwa za daleko, jest całkiem sporo. Ja natomiast staram się wyróżnić tym, żeby przy wspomnianym kombinowaniu zawsze zachowywać umiar i pozostać jednoznacznie przyzwoitym.

Ma pan swoją wizję co będzie robił za pięć lat.

- Ta wizja jest zawsze taka sama: osiągnąć sukces przez duże S, wyjechać gdzieś daleko i do końca życia już nic nie musieć. Gdyby udało się ją zrealizować, pewnie leżałbym z ukochaną na plaży gdzieś bardzo daleko, sączyłbym wodę kokosową prosto z kokosa i cieszył się życiem bez żadnych zobowiązań. Byłoby tak aż do momentu, w którym przyszłoby nam do głowy co fajnego można w tej okolicy zrobić, żeby świat był trochę lepszy. Czyli pewnie przez jakiś miesiąc - bo mało czego nie znoszę tak, jak nudy.

Rozmawiał Olgierd Kwiatkowski



 


 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje