Reklama

Reklama

​Anatomia upadku Górnika Zabrze

Ani pod względem budżetu, ani pod względem potencjału kadrowego Górnik Zabrze nie był w lidze ostatni, czy przedostatni. Wcale nie musiał spaść, a jednak do tego doszło. Klubu z nowym, pięknym stadionem i wspaniałymi kibicami nie zobaczymy w Ekstraklasie.

Najoględniej ujmując, zabrakło zasłużonemu klubowi fachowości w budowie zespołu.

Jeśli już ktoś powierzył zespół Leszkowi Ojrzyńskiemu, to powinien znaleźć się też dyrektor sportowy, który byłby zwązany z klubem na lata, na dobre i na złe i weryfikowałby transfery. Nie pojawialiby się wówczas napastnicy noszący znamiona oldbojów (łysinka i brzuszek), a regularność zdobywanych goli dorównuje regularności świąt Wielkanocy i Bożego Narodzenia (jedno trafienie na pół roku).

Gdy już paliło się, bo od czwartej kolejki konsekwentnie zabrzanie oblegali ostatnie miejsce, rolę strażaka powierzono Janowi Żurkowi. Trenerowi trochę z minionej epoki. Wielu uznało, że oto Górnik wywiesza białą flagę w boju o utrzymanie. Mniej więcej w tym samym czasie Śląsk zatrudniał Mariusza Rumaka, a Wisła - Dariusza Wdowczyka i akcja ratunkowa w obu przypadkach się udała.

Reklama

- Popełniliśmy błąd przy stałym fragmencie gry - żałował po remisie 1-1 w Niecieczy Jan Żurek. Panie trenerze, to nie tak. Jedną bramkę można zawsze strzelić, o ile strzela się przynajmniej dwie.

Tymczasem największą bolączką Górnika była bezpłodność w ofensywie. Stwarzanie sytuacji przypominało orkę na ugorze, strzelanie bramek - koszmar. 38 zdobytych goli bramek w całym sezonie - tak słabo pod tym względem nie wygląda nikt inny.

Górnik nie wypracował skutecznej ofensywy. Zbyt łatwo przesunął do rezerw najbardziej kreatywnego zawodnika - Łukasza Madeja. Nie spełnił oczekiwań Michał Janota, którego postrzegano jako człowieka Ojrzyńskiego, więc ostatnio częściej grywał w rezerwach niż w pierwszej drużynie.

Gdy jeden z dziennikarzy w Niecieczy upomniał się o Madeja, Żurek wypalił: - A zna pan go jako człowieka?! Grupa jest, jaka jest.

Nie chodzi o to, by Żurek z Madejem chodzili na piwo i się lubili. Wystarczy, by się szanowali, bazowali na zawodowych układach: trener i jego zawodnik. Wiadomo, że Łukasz nie zachował się wzorowo, bluzgając, gdy Jan Żurek zmienił go w 77. min meczu z Wisłą. Ale tak szczerze, to sam bym się zdenerwował na miejscu Madeja. Walczył, biegał, dryblował, był najjaśniejszą postacią zespołu i "w nagrodę" został posłany na ławę.

Nawet po wybuchu piłkarza można było konflikt inaczej rozwiązać, porozmawiać, ukarać symboliczną naganą finansową, a nie zsyłać go do rezerw. Tym bardziej, że - podkreślam - Górnik nie ma nadmiaru kreatywnych zawodników. 

Jan Żurek powtarza w koło "Nie ja sprowadzałem tych piłkarzy, Górnik to mój klub". To dobre, chwytliwe hasło dla kibiców, ale dobrej gry się na nim nie zbuduje. Wdowczyk i Rumak też nie sprowadzali piłkarzy do Wisły i Śląska, a żaden z nich nie jest urodzonym wiślakiem, czy "Wojskowym".

 

Kontuzja Erika Grendela, słaba forma strzelecka Romana Gergela - to wszystko były gwoździe do trumny Górnika. Ale ten najważniejszy, najbardziej dołujący tkwi w strukturze klubu. Brakuje w nim człowieka z piłkarskim know-how. Dobrego i uczciwego dyrektora sportowego.


Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL