Reklama

Reklama

"Gość spiep... i trzeba ratować"

Sobotni mecz Piasta Gliwice z Cracovią był dla Marcina Bojarskiego podróżą sentymentalną. "Bojar" spędził pod Wawelem wspaniałe i owocne 4,5 roku, więc krakowscy kibice zgotowali mu bardzo ciepłe przywitanie na stadionie przy ul.Kałuży.

Sobotni mecz Piasta Gliwice z Cracovią był dla Marcina Bojarskiego podróżą sentymentalną. "Bojar" spędził pod Wawelem wspaniałe i owocne 4,5 roku, więc krakowscy kibice zgotowali mu bardzo ciepłe przywitanie na stadionie przy ul.Kałuży.

- Powrót był przykry, ponieważ moja drużyna przegrała. Jestem zawodnikiem Piasta. Bardzo mi przykro, że te dwie drużyny walczą o życie. Mam nadzieję, że w przyszłym sezonie spotkamy się znowu w tej klasie rozgrywkowej - podzielił się wrażeniami z meczu Bojarski i dodał: - Dziękuję kibicom za bardzo miłe i ciepłe przyjęcie. Rzadko się zdarza, by zawodnik rywali był tak witany. Dziękuję kibicom za to, że docenili to, co tutaj zrobiłem.

Piast uległ Cracovii, ale przy odrobinie szczęścia mógł osiągnąć korzystny rezultat. - To był mecz o życie. Cracovia wygrała 1:0, była skuteczniejsza. Obie drużyny stworzyły po trzy stuprocentowe sytuacje i Cracovia była lepsza o tą jedną bramkę. Mecz był wyrównany, mieliśmy niefart i przez to jesteśmy teraz na straconej pozycji.

Reklama

"Bojar" wrócił do sytuacji z 81. minuty kiedy Piotr Prędota będąc oko w oko z Marcinem Cabajem nie opanował piłki. - Nie miał nikogo przed sobą oprócz bramkarza. Marcin Cabaj zawahał się i został w bramce. Wystarczyło tylko przyjąć tą piłkę. Niestety taki jest futbol. Nie udało mu się tego zrobić i nie znalazł się w sytuacji stuprocentowej - skomentował. - To jest sport zespołowy i nikt nie ma do niego pretensji. W szatni po spotkaniu było trochę gorąco, ale już o tym zapominamy. To jest dobry chłopak i ważne, że znajduje się w tych sytuacjach i w końcu się przełamie - zapowiedział pomocnik Piasta.

Mimo porażki na inaugurację Bojarski z optymizmem patrzy na perspektywę walki o utrzymanie w ekstraklasie. - To dopiero pierwszy mecz. Najgorzej by było gdybyśmy nie stworzyli sobie żadnych okazji, a na tym trudnym terenie mieliśmy sytuacje bramkowe. Mamy ten problem, że je stwarzamy, ale ich nie wykorzystujemy. Walka dopiero się zaczęła. Między nami, a Cracovią są teraz ledwie dwa punkty różnicy. Sprawa spadku rozstrzygnie się dopiero 30 maja - stwierdził.

Przebojowy skrzydłowy wbrew przyjętemu trendowi nie narzekał na zły stan boiska. W wybudzonej z zimowego snu murawie znalazł handicap dla swojej drużyny. - Po kilkunastu minutach z murawy zrobiło się kartoflisko, co nam sprzyjało, bo to utrudnia konstruowanie koronkowych akcji, więc ograniczyliśmy środek Cracovii, czyli Darka Kłusa i Arka Barana. Nie mogli luźno rozgrywać akcji, to nam sprzyjało - przyznał.

Bojarski czuje duży sentyment do Cracovii, którą opuścił ze względu na antypatyczną postać Stefana Majewskiego. Zasługą "Doktora" jest to, że Cracovia broni się teraz przed spadkiem z ligi. "Bojar", który jest bardzo zżyty z "Pasami" nazywa rzeczy po imieniu. - Jeden gość rozpieprzył tutaj wszystko i ma teraz ciepłą posadkę w Warszawie. Trener Płatek musi teraz to ratować - przyznał. - Miałem kontrakt do 30 czerwca 2009 roku, ale nie wytrzymałem. Losy się tak potoczyły, że teraz jestem w Gliwicach - dodał. - Dobrym ruchem Cracovii jest ściągnięcie Ślusarskiego. Ten chłopak potrafi przyjąć piłkę i znaleźć się w polu karnym - twierdzi wychowanek Rakowa Częstochowa.

W sobotnim meczu z Cracovią "Bojar" pojawił się na boisku drugiej połowie. Chwilę po tym bezpardonowo potraktował go Dariusz Pawlusiński. Kilka minut później starł się z Arkadiuszem Baranem. - To jest walka o życie, więc nikt się nie oszczędzał - mówi Bojarski.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL