Reklama

Reklama

  • 1 .Lech Poznań (27 pkt.)
  • 2 .Raków Częstochowa (24 pkt.)
  • 3 .Lechia Gdańsk (23 pkt.)
  • 4 .Pogoń Szczecin (22 pkt.)
  • 5 .Śląsk Wrocław (20 pkt.)
  • 6 .Piast Gliwice (17 pkt.)
  • 7 .Cracovia (17 pkt.)
  • 8 .Radomiak (16 pkt.)

Bartosz Kapustka - tak narodził się największy talent ostatnich lat

- Przesympatyczny chłopak, głowa mu się nie grzeje. Cały czas mamy dobry kontakt. Przyjeżdża do nas, do Tarnovii, dość często. Czasem rozda dyplom, przywiezie piłkę z autografami... - opowiada Interii Krzysztof Świerzb, pierwszy trener Bartosza Kapustki, odkrycia jesieni.

Gdy Lech Kaczyński został zaprzysiężony na urząd prezydenta RP, Bartosz Kapustka właśnie jadł tort na dziewiąte urodziny. A tuż po przyjęciu, pewnie poszedł pograć z kolegami w piłkę. Minęło dziewięć lat, w Polsce urzęduje już trzeci prezydent, a młody Kapustka ma na koncie trzy występy w reprezentacji Polski, dwa gole i oferty z najlepszych klubów na świecie.

Trafił do Tarnovii ze starszym bratem Mateuszem. Już na starcie był młodszy i słabszy fizycznie od wielu kolegów z drużyny. Dlaczego nie grał z rówieśnikami? Powód był prozaiczny - ojciec nie chciał wozić synów na dwa różne treningi, więc od początku trenowali razem.

Reklama

- Najpierw trochę odstawał, przede wszystkim fizycznie, ale nie ma się co dziwić, bo niektórzy z kolegów byli od niego o kilka lat starsi. Później wyglądał coraz lepiej - opowiada Interii Krzysztof Świerzb, pierwszy trener Kapustki. Jak go zapamiętał?

- Przesympatyczny chłopak, głowa mu się nie grzeje. Cały czas mamy dobry kontakt. Poza tym przyjeżdża do nas, do Tarnovii, dość często. Czasem rozda dyplom, przywiezie piłkę z autografami... - cieszy się Świerzb.

Równie ważny, jeśli nie ważniejszy, jest dla Bartka tata. Ojciec zresztą jest pierwszym recenzentem jego gry i... najsurowszym krytykiem.

- No nie ma co go za bardzo chwalić, bo obrósłby w piórka. Obaj zachowujemy spokój. Na razie wszystko idzie super, ale przyjdzie gorszy okres, a z nim krytyka. Na to też trzeba być gotowym. Ale ogólnie to rzadko mu doradzam. Piłka ma go cieszyć i to jest najważniejsze - uważa pan Kazimierz Kapustka.

Tak samo jak wtedy, gdy pojawił się na pierwszym treningu Tarnovii. Teraz ten klub wygląda tak, jakby czas się tam zatrzymał. Obiekt w centrum Tarnowa niszczeje, jest ponury, a przy stadionie, na którym tuż po wojnie gościła ekstraklasa, straszą odrapane budynki. Nie ma tu wielkiego zaplecza, bo niemal wszyscy grają i trenują na głównej płycie. Korzystają też z wynajmowanych boisk, np. w Wojniczu.

Ale to właśnie tutaj trener Świerzb wychował dwóch reprezentantów Polski - Kapustkę i Mateusza Klicha. Klimat do piłki jest więc odpowiedni, a dzieci garną się, by pójść w ich ślady. Zresztą przed wejściem do klubowego biura wisi plakat - "Chcesz pójść w ślady Kapustki i Klicha? Dołącz do nas".

10-letni Bartek z drużyną Świerzba pojechał na obóz do Limanowej. A byli tam chłopcy z rocznika 1992, a Kapustka urodził się w 1996 roku! Na ich tle radził sobie nadspodziewanie dobrze i już wtedy wróżono mu dużą karierę.

Przynajmniej taką, jaką kilka lat później zrobił Mateusz Klich. To pierwszy idol Kapustki, a poza tym... podopieczny trenera Świerzba. Zresztą droga obu zawodników jest podobna. Klich z Tarnovii trafił do Cracovii, a później wyjechał za granicę.

Według ekspertów Kapustka ma większy potencjał i prawdopodobnie niedługo także wyjedzie. Podobno interesują się nim: Inter Mediolan, AS Roma, Borussia Dortmund czy Fenerbahce Stambuł. A niemal z każdym kolejnym dniem pojawiają się nowe spekulacje.

Sam piłkarz nie potrafi się określić. Mówi, że chciałby jeszcze udowodnić swoją wartość, a o zagranicznym wyjeździe nie myśli. Nie da się jednak całkowicie wyciszyć, a sam przyznał, że coraz mniej czasu spędza w internecie tylko po to, by nie zaprzątać sobie głowy spekulacjami. Temat transferu jednak istnieje.

Bo o młodym pomocniku zrobiło się głośno po debiucie w reprezentacji. Szum medialny nie zawrócił mu jednak w głowie.

- Bartek zna swoje miejsce w szeregu - niemal na każdym kroku podkreśla jego trener klubowy Jacek Zieliński. A Kapustka, wraz z innymi młodymi piłkarzami, po meczach i treningach Cracovii wciąż nosi sprzęt. Nie ma statusu gwiazdy. Zresztą - wcale go nie chce.

Gdy widzi dziennikarzy, to tak jak wcześniej grzecznie mówi "dzień dobry" i głęboko się kłania. Z lekkim uśmiechem podejdzie, przywita się, zamieni dwa słowa i wraca do obowiązków. A te traktuje bardzo poważnie.

I to nie od wczoraj, ale odkąd przyjechał do Krakowa w wieku 12 lat. Zamieszkał w internacie, równo 100 km od rodzinnej Pogórskiej Woli. Życie wśród wielu chłopców z różnych środowisk go nie zmieniło. A jeśli już, to pomogło dojrzeć i ukształtować charakter.

- Bartek poszedł do internatu, a wiadomo jak to jest w internatach. Czasem idzie się za głosem kolegów, robi się żarty, a potem efekt jest, jaki jest. W Tarnovii mieliśmy wielu naprawdę bardzo dobrych chłopaków. Ale żaden z nich nie miał tak ułożonej głowy jak Bartek - uważa Świerzb.

Dlaczego więc w przypadku Bartka stało się inaczej? Dlaczego nie pochłonęło go życie w wielkim mieście i nie przepadł jak wielu przed nim? Świerzb ma prostą odpowiedź.

- Dużo wyniósł z domu. Jego tato grał w piłkę, doskonale wie, na czym to wszystko polega. Zresztą często z ojcem Bartka rozmawiamy. Mówi, że nie zawsze go głaszcze. Wie, że trzeba wiele rzeczy jeszcze poprawić. To miało wielki wpływ na rozwój tego chłopaka. Bez zdrowego podejścia z domu, trudno oczekiwać, by nawet bardzo zdolny zawodnik nie poszedł za głupotą, kolegami - ocenia Świerzb.

Adam Nawałka, który dał zadebiutować Kapustce w kadrze, nazywany jest często "ojcem" kilku piłkarzy, m.in. Arkadiusza Milika. Takie określenie pojawiało się też w kontekście piłkarza Cracovii, ale było kilku innych szkoleniowców, którym młody piłkarz wiele zawdzięcza.

Świerzb: - Udział w rozwoju piłkarza ma każdy trener, który go prowadził. Może być teraz u mnie, a za parę miesięcy u kogoś innego. Nie jest moim graczem. Mam jedynie satysfakcję, że byłem pierwszy. Na sukces nie pracują jednak tylko trenerzy, a przede wszystkim sam piłkarz.

Do pierwszej drużyny Cracovii Kapustkę włączył Wojciech Stawowy. Dał też mu zadebiutować w lidze. Regularnie kreatywny pomocnik zaczął grać pod wodzą Roberta Podolińskiego, ale wówczas cała Cracovia prezentowała się słabo. Pierwszorzędną rolę zaczął rozgrywać dopiero u Zielińskiego. Któremu z nich Kapustka zawdzięcza najwięcej?

- Trudno mi się wypowiadać, ale mam wrażenie, że jednak Podolińskiemu. To on zdecydowanie na niego postawił - uważa Świerzb. Zresztą tuż po zwolnieniu z Cracovii, Podoliński mówił Interii, że w kolejnym sezonie chciał przekazać Kapustce kapitańską opaskę.

Tak naprawdę to wtedy zrobiło się o nim głośniej. Pozostał jednak sobą, do niedawna mieszkał jeszcze w budynku klubowym Cracovii, a pod nosem miał wszystko, czego potrzebował. Dużo pracuje w siłowni, bo przygotowanie fizyczne to jego najsłabsza strona. Często przed albo po treningu ćwiczy indywidualnie.

Zdał też egzamin na prawo jazdy i wreszcie może się poruszać po mieście samochodem. Łatwiej też wrócić do rodzinnej Pogórskiej Woli. Szlifuje angielski, bo wie, że przed ewentualnym wyjazdem musi być dobrze przygotowany.

Pod Wawelem młody piłkarz już staje się ulubieńcem trybun. Od jakiegoś czasu zawsze, gdy schodzi z boiska w trakcie meczu, żegnają go ogromne brawa, a kibice skandują jego nazwisko.

- Mam tu jeszcze sporo do udowodnienia. Mamy świetny zespół i nie ma się co zastanawiać nad transferem - mówi piłkarz.

Kazimierz Kapustka: - Doradzam Bartkowi, by się nigdzie nie spieszył i na razie został w Cracovii. On zresztą myśli tak samo.

Krzysztof Świerzb: - Zgadzam się z tym, co mówi sam Bartek, ale też jego tato. Powinien jeszcze w polskiej lidze udowodnić, że zasługuje na to, co ma. Mógłby zostać przynajmniej do końca sezonu. Ewentualnie potem rozważyć oferty. Tylko nie patrzeć na kasę, a na to, czy będzie grał.

- Z niektórymi konsultuję tę sytuację. Nie jest jednak tak, że rozmawiamy o tym cały czas. Temat był podjęty może raz, może dwa razy - przyznaje zawodnik.

Zamieszanie może jednak przytłoczyć. Kapustka zresztą sam mówi, że szum medialny zaczyna go trochę męczyć.

- To normalna kolej rzeczy. Każdy, kto gra w piłkę musi się z tym liczyć. Trzeba się tylko cieszyć, że zainteresowanie mną rośnie. Czasem jest to jednak uciążliwe. Zachowuję chłodną głowę i staram się spędzać czas tak jak wcześniej - zapewnia Kapustka.

- Szczerze? Masakra z tym jest, to trochę chore. Powiem krótko - dużo w tym przesady i na pewno trochę to Bartkowi przeszkadza. Za dużo tego wszystkiego - kończy ojciec największego polskiego talentu od lat.

Łukasz Szpyrka, współpraca Piotr Jawor

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje