Reklama

Reklama

60 lat temu byli mistrzem

5 grudnia mija sześćdziesiąt lat od zdobycia przez Cracovię ostatniego mistrzostwa Polski w piłce nożnej. To właśnie w 1948 "Pasy" po raz piąty w swojej historii zostały najlepszą drużyną piłkarską w Polsce. O tytule zadecydował dodatkowy mecz, rozegrany na stadionie krakowskiej Garbarni, w którym biało-czerwoni pokonali Wisłę 3:1.

Poniżej publikujemy ekskluzywny wywiad z 85-letnim Mieczysławem Kolasą, który zdobył z "Pasami" ten tytuł.

- To już sześćdziesiąt lat!

- Bardzo szybko minął ten czas. Jeszcze teraz, gdy ktoś pyta się mnie o tamten okres, to opowiadam o nim tak, jakby to było wczoraj. Przypominam sobie nasze treningi, ale też normalną pracę. Bo wtedy nie było zawodu piłkarza. Pracowaliśmy w różnych miejscach, a potem przychodziliśmy na treningi. To było męczące, ale kochaliśmy to, więc cieszyliśmy się idąc na ćwiczenia.

- Gdzie pan pracował?

Reklama

- W Zakładach Szatkowskiego na Grzegórzkach. Produkowaliśmy tam prawie wszystko: narzędzia, maszyny, nawet mosty (śmiech). To był taki specyficzny zakład. Krążył w tamtych czasach żart, że kto nie mógł czegoś wykonać, przychodził do nas i my to robiliśmy.

- I pan był jednym z tych fachowców.

- Tak. Byłem starszym mistrzem narzędziowni. Był kierownik, zastępca kierownika i starszy mistrz. W sumie w zakładach pracowało około stu osób.

- Z klubu nie dostawało się wtedy żadnych pieniędzy?

- Były jakieś premie, najczęściej za wygrane spotkania. Czasem była to jakaś rzecz, czasem jakieś pieniążki. Wtedy nie było takiej gotówki, jaka jest teraz. Gdy była zima, to klub dawał nam 500 zł na dożywianie.

- Ile to wtedy wynosiło?

- Miesięcznie zarabiało się 2000 zł, więc to była jedna czwarta wypłaty. Nie było tego dużo, ale ważne, że coś się dostawało. To było amatorstwo. Dla nas nagrodą było to, że gramy w Cracovii, bo wtedy "Pasy" były sławne, znane na cały kraj. Nawet w Warszawie mieliśmy swoich kibiców, którzy nie mogli się doczekać meczu z Legią.

- Co klub dał zawodnikom po wygraniu z Wisłą i zdobyciu mistrzostwa Polski?

- (chwila zastanowienia) To były złote pierścionki z chorągiewką Cracovii. Męskie oczywiście.

- Jak rozpoczęła się pana przygoda z Cracovią?

- Przyszedłem do "Pasów" w 1947 roku i muszę panu powiedzieć, że na początku ciężko było przebić się do pierwszego składu. Miałem wtedy dwadzieścia cztery lata. Wielu zawodników szybko opuściło drużynę, ale mnie udało się zostać na dłużej. Rozegrałem w Cracovii ponad dwieście pięćdziesiąt spotkań i w ramach podziękowań otrzymałem od klubu zegarek na rękę, który chodzi do dziś! W klubie byłem dziesięć lat, więc ma on ponad pół wieku. I nic z nim nie robiłem.

- Zaraz po przyjściu do Cracovii, zdobył pan z drużyną tytuł mistrza Polski!

- Wisła zajęła na koniec ligi pierwsze miejsce, a my drugie. Mieliśmy taką samą zdobycz punktową, a wtedy w regulaminie nie było uzgodnione, kto w takiej sytuacji zostaje mistrzem. Podjęto więc decyzję, że odbędzie się dodatkowe spotkanie na neutralnym boisku.

- Wybrany został stadion Garbarni Kraków.

- Tak, ale samo spotkanie było kilka tygodni po zakończeniu rozgrywek. Przez dłuższy czas nie wiedzieliśmy, czy będziemy grali, więc nie trenowaliśmy. Dopiero potem wznowiliśmy ćwiczenia i przygotowywaliśmy się do tego spotkania.

- Nastał ten wielki dzień. Kto uważany był za faworyta?

- Wisła, która przecież wygrała całą ligę. Był to grudzień, a więc pora zimowa. Śnieg co prawda jeszcze nie padał, ale był już mróz.

- Był pan zawodnikiem Cracovii, ale w tym meczu pan nie zagrał.

- Zgadza się. Trzeba powiedzieć, że w tamtych czasach nie było zawodników rezerwowych. Trener na mecz zabierał dziesięciu graczy z pola i dwóch bramkarzy. Reszta zawodników oglądała spotkanie z trybun. Zabrakło wtedy dla mnie miejsca w składzie i mecz oglądałem z boku razem z pozostałymi kolegami.

- Dziwny to był przepis.

- Jeżeli ktoś złapał kontuzję i nie mógł grać, to drużyna występowała w osłabieniu. Pamiętam, jak raz pojechaliśmy do Warszawy na mecz z Legią i w hotelowym pokoju spałem z Edwardem Mazurem. Rano się obudziliśmy i Edziu oświadczył mi, że nie będzie mógł grać, bo ma bóle żołądka. Musieliśmy więc wystąpić w dziesięciu.

- Kartek też wtedy nie było.

- Występowały jedynie słowne upomnienia. To były inne czasy, w walce o piłkę nie było złośliwości, brutalności. Było bardzo mało przerw w grze, za to dużo składnych akcji, strzałów, parad bramkarzy.

- Wróćmy do spotkania na stadionie Garbarni. Jak pan je wspomina?

- Fantastycznie. Były prawdziwe tłumy na trybunach. Dwadzieścia tysięcy! Wyobraża pan to sobie? Wszystkie bilety zostały wyprzedane i nie było gdzie szpilki włożyć. Dużo kibiców przyjechało też spoza Krakowa.

- A jeżeli chodzi o sam przebieg spotkania? To Wisła jako pierwsza strzeliła bramkę.

- Dokładnie. Nie zaczęło się najlepiej. Legutko uderzył półgórną piłkę z około trzydziestu metrów, a stojący wtedy w naszej bramce Heniu Rybicki troszeczkę zaspał. Był to strzał do obrony. Kapitan Wisły, Gracz podszedł wtedy do naszego zawodnika, Mariana Jabłońskiego i powiedział: Marianku, tu macie prezent na Mikołaja.

- Słaby to musiał być prezent, skoro potem Cracovia dała Wiśle trzy razy większy.

- (śmiech) Tak. Zbysiu Szeliga zdobył gola wyrównującego, a potem prawdziwy popis dał Stasiu Różankowski, który strzelił dwie bramki i wygraliśmy 3:1. Piłkarze Wisły nie mogli się z tym pogodzić. Flanek, zresztą mój kuzyn, powiedział mi, że trzy noce nie spał, bo tak przeżywał porażkę. Zdobyliśmy tytuł i bardzo mi smutno, że czekam już sześćdziesiąt lat i nie mogę się doczekać kolejnego mistrzostwa Polski.

- W tym roku raczej to już nie jest możliwe.

- Jesteśmy w dole tabeli i bronimy się przed spadkiem. Na mecze jednak chodzę systematycznie i dziękuję panu prezesowi Filipiakowi, że jako członek Rady Seniorów mogę za darmo przychodzić i oglądać spotkania "Pasów".

- Mistrzowski tytuł Cracovia zdobyła w 1948 roku. Czy wcześniej, po wojnie, rozgrywano już spotkania?

- Oczywiście! Graliśmy zaraz po wyzwoleniu. Pamiętam, jak pojechaliśmy do Warszawy na mecz z Legią. Wyszliśmy z pociągu na Dworcu Głównym i szliśmy Alejami Jerozolimskimi do hotelu. Nie było ani jednego zachowanego domu! Ludzie mieszkali na parterach oddzieleni jedynie deskami, czy dyktami. Coś okropnego. To było w 1947 roku.

- Ile trwała taka podróż do stolicy?

- To była wyprawa na cały dzień, przynajmniej osiem godzin. Nie dość, że pociąg był wolny, to jeszcze zatrzymywał się na wszystkich stacjach. Siedzieliśmy na twardych, drewnianych listwach. Ja wtedy wychodziłem na górę, tam, gdzie kładzie się walizki.

- A co robił pan w czasie wojny?

- Pracowałem z Zakładach Szatkowskiego i konspiracyjnie grałem w piłkę. Nie było wtedy żadnej ligi, a wszystkie spotkania były meczami sparingowymi rozgrywanymi w ukryciu. Myślę jednak, że Niemcy wiedzieli o naszych meczach, bo wtedy było mnóstwo donosicieli, ale jakoś przymykali na to oko.

- Walczył pan na froncie?

- Nie, ale pamiętam historię z września 1939 roku, czyli zaraz na początku wojny. Była wtedy propaganda, że Niemcy będą łapali wszystkich młodych chłopców, więc trzeba było uciekać. Miałem wtedy szesnaście lat i udałem się na wschód. Doszedłem aż do Janowa Lubelskiego. I to na nogach! Stamtąd z kolei musieliśmy wracać, bo szli na nas Rosjanie. Maszerowaliśmy z naszym wojskiem i w Biłgoraju nadleciały dwadzieścia cztery niemieckie bombowce, które podzieliły się na dwie grupy.

- I co było potem?

- Zdążyliśmy uciec z pól i pochowaliśmy się po rowach. Niemcy latali wkoło, strzelali z karabinów maszynowych i zrzucali na nas bomby zapalające. Cała wioska została spalona, a nasze wojsko zostało całkowicie rozbite. Pamiętam, jak jeden z żołnierzy rzucił się koło nas i zapytaliśmy go, co ma nad uchem. Co to za ślad? Odpowiedział, że właśnie w tej chwili przeszła mu kula. Miał sparzony bok głowy, ale i ogromne szczęście. Zresztą ja też je miałem, bo spadało tyle bomb, że nie wiadomo było, gdzie uciekać. Rodzice myśleli, że już nie wrócę, ale dotarłem do domu po miesiącu.

- Okropność. Wróćmy jednak do przyjemniejszego tematu. Kim był piłkarz w tamtych czasach?

- Osobą obdarzoną ogromnym szacunkiem. Praktycznie na każdym kroku było przyjemnie. Kibice zaczepiali i zapraszali na obiady, na kawę.

- Grał pan na lewej pomocy.

- Tak, ale czasem również w napadzie. Wszystko zależało od tego, jaka była sytuacja kadrowa i gdzie potrzeba było zawodnika.

- A występował pan gdzieś poza Cracovią?

- Nie, bo w tamtych czasach było tak, że zawodnik emocjonalnie związany był ze swoim klubem. Przez dziesięć lat mojej gry w "Pasach" nie pamiętam przypadku, by ktoś przeszedł do innego zespołu.

- Potem był pan też trenerem "Pasów".

- Tak, ale tylko przez rok. Awansowaliśmy wtedy z trzeciej ligi do drugiej. To był sezon 1977/78 i po siedmiu latach Cracovia zaliczyła upragniony przez wszystkich awans. W decydującym spotkaniu wygraliśmy z Sandecją 2:0, a po końcowym gwizdku kibice ściągnęli z zawodników prawie wszystko. Zostali w samej bieliźnie. Na rękach zanieśli nas do szatni.

- Czemu trenował pan "Pasy" tylko przez rok?

- Taki jest już los trenera. Gdy się wygrywa to jest się kimś wielkim, ale zupełnie odwrotnie jest w przypadku porażek. Wygraliśmy cztery mecze, ale potem coś się zacięło i uzgodniliśmy z zarządem, że czas się rozstać. Zresztą chciałem to uczynić zaraz po awansie, bo przeczuwałem, że ta drużyna nie jest gotowa na grę w drugiej lidze.

- Ma pan jakieś swoje skryte marzenie związane z Cracovią?

- Doczekać chwili, gdy znowu zdobędziemy mistrza! O niczym innym nie śnię.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL