Reklama

Reklama

  • 1 .Wisła Kraków (4 pkt.)
  • 2 .Jagiellonia Białystok (4 pkt.)
  • 3 .Lech Poznań (4 pkt.)
  • 4 .Pogoń Szczecin (4 pkt.)
  • 5 .Radomiak (4 pkt.)
  • 6 .Śląsk Wrocław (4 pkt.)
  • 7 .Lechia Gdańsk (4 pkt.)
  • 8 .Piast Gliwice (3 pkt.)

​Przemysław Trytko: Arka jest klubem fajniejszym od Lechii

Były napastnik Arki Gdynia, Przemysław Trytko, przed derbami Trójmiasta przypomina swą wypowiedź, dzięki której usłyszał o nim Donald Tusk. Był młodym, niedoświadczonym zawodnikiem, nie miał przetarcia medialnego. Ale dzięki temu na Wybrzeżu pamiętają go do dzisiaj.

Maciej Słomiński, Interia: Udzieliłeś ostatnio wywiadu dla lokalnego portalu trójmiasto.pl pod znaczącym tytułem: "Być może będę musiał pójść do normalnej pracy".

Przemysław Trytko, napastnik Bałtyku Gdynia: - Tak to jest, gdy ludzie czytają jedynie tytuł, treść była zgoła odmienna. Wywiad odbił się sporym echem, było kilkaset komentarzy, dostałem nawet na Facebooku wiadomość z firmy kolportującej odżywki, że jeśli chcę, mogę u nich dorobić. Powiedziałem jedynie, że w obecnej dobie niepewności, może zdarzyć się tak, że za jakiś czas zamiast grać w piłkę, pójdę do pracy. Żadna praca nie hańbi.

Reklama

Jaki jest twój obecny status zawodniczy?

- Miałem grać w rundzie wiosennej w Bałtyku Gdynia, ale zdążyłem zagrać w jednym meczu, wybuchła pandemia, rozgrywki zawieszono i więcej nie zagramy. Nie ma spadków, utrzymaliśmy się, mimo że byliśmy czerwoną latarnią tabeli.

W tym roku wkraczasz w chrystusowy wiek, jakbyś podsumował swą dotychczasową karierę?

- Podsumowywać jeszcze nie chcę, bo zamierzam kolejny rok-dwa pograć. W skrócie trzy kraje, dwa kontynenty.

Jako młody chłopak wyjechałeś do Niemiec, co prawda wschodnich, ale to zawsze zagranica. Są dwie szkoły: jedna mówi - wyjeżdżać jak najszybciej, a druga - zostać w kraju, coś osiągnąć i dopiero potem w świat.  

- W Cottbus byłem zbyt niecierpliwy. Nie grałem, więc dawałem do zrozumienia, że chcę odejść. Tomek Bandrowski wrócił stamtąd do Polski, zdobył mistrza kraju z Lechem, Łukasz Piszczek to samo z Zagłębiem, dokąd wrócił z Herthy - to motywowało do powrotu. Tak zrobiłem. Mając dzisiejszą wiedzę, postąpiłbym inaczej. Albo bym zagryzł zęby i walczył o swoje, albo w ogóle bym nie wyjeżdżał w tak młodym wieku.

Mieszkasz obecnie w Gdyni z Adamem Danchem, piłkarzem Arki, może nie pierwszoplanowym, ale bardzo doświadczonym. Czy po zmianie trenera i właściciela Danch odżył? Nie jest tajemnicą, że w pewnym momencie w szatni Arki nastroje były dość ponure.  

- Byt kształtuje świadomość. Ciężko się przychodziło do pracy, zawodnikom zagranicznym szczególnie. Po zmianach piłkarze dostali parę pozytywnych informacji, bodźców, ma być lepiej. A Adam? Chodzi, śpiewa, podskakuje (śmiech).

Ty, choć z drugiego końca Polski, mocno identyfikujesz się z Arką Gdynia. Jak oceniasz szanse Żółto-Niebieskich na utrzymanie?

- Nie ma co owijać w bawełnę - sytuacja jest bardzo ciężka. Pamiętam sezon 2009/10, gdy grałem w Arce, na trzy kolejki przed końcem mieliśmy pięć punktów straty do bezpiecznej strefy. Wygraliśmy u siebie w 94. minucie z GKS Bełchatów, wygraliśmy w "10" z Piastem Gliwice, przegraliśmy ze Śląskiem we Wrocławiu i cudem się utrzymaliśmy. Wtedy spadały dwie drużyny, teraz trzy, trzeba jednak walczyć i wierzyć póki są szanse na utrzymanie. Jeśli Arka wygra derby, jest mecz z Wisłą Kraków u siebie - z tej sytuacji można wyjść. Można też przegrać oba te mecze i będzie pozamiatane. Widmo I ligi jest realne.

Mówisz tak lekko o "wygranych derbach", ale w Ekstraklasie Arce nie udało się jeszcze pokonać Lechii. Większość tych meczów była na styku, ale w 14 dotychczasowych meczach Arka przegrała 10 razy, ledwie cztery razy remisując. O co tu chodzi? Za bardzo chcieliście wygrać?

- Logicznego wytłumaczenia nie ma. Grałem w czterech meczach derbowych, motywacja zawsze była na wysokim poziomie. Pamiętam pierwsze derby, u siebie przegraliśmy 0-1 po golu Pawła Buzały. Arka była wyżej w tabeli, grała u siebie, a jednak przegrała. Wtedy dostaliśmy mocny cios i odtąd wszystko się układa przeciw nam. Raz Arka prowadziła 2-0 u siebie i straciła wygraną w 95. minucie. Zawsze ten Paixao gdzieś głowę włoży. To jest niewytłumaczalne. Fortuna kołem się toczy i czuję, że gdy szala przechyli się na naszą stronę, długo będziemy niepokonani.

Myślisz, że ta niedziela będzie punktem przełomowym w trójmiejskiej rywalizacji?

- Ten mecz będzie specyficzny. Śmierdzi mi nudnym 0-0. Bardzo długa przerwa, nie było sparingów, nie będzie kibiców. Nie wiadomo jak będzie z kondycją zawodników, w 70. minucie zrobi się luka. Nie Luka Zarandia, który by się teraz przydał Arce. Ten mecz to równanie z wieloma niewiadomymi.

Strzeliłeś gola w Gdańsku, w meczu przegranym przez was 1-2.

- Nie będę udawał, że ta bramka mnie nie cieszyła. Napastnik z tego jest rozliczany. Wolałbym jednak nie strzelić, ale żebyśmy nie przegrali.

Jesteś w Gdańsku mocno pamiętany, ale nie z powodu tej bramki.

- Sam się zdziwiłem, że aż tak bardzo - myślałem, że o mnie zapomnieli. Przyjechałem już na nowy stadion w Gdańsku z Koroną Kielce. W przerwie zacząłem się rozgrzewać, nagle ktoś z kibiców Lechii zauważył, że to ten "łysy ch..." z Gdyni", cały sektor rzucił hot-dogi i "jechali" mnie ostro 15 minut. Przyjechałem jeszcze rok później z Koroną do Gdańska, zagrałem dobrze, miałem asystę, wygraliśmy 2-1. Wtedy nikt już mnie nie "jechał" (śmiech).

Nieuchronnie zbliżamy się do pamiętnej wypowiedzi, dzięki której w Gdańsku stałeś się wrogiem publicznym numer jeden i najbardziej znanym piłkarzem Arki.

- To stało się po tym meczu, w którym strzeliłem bramkę w Gdańsku. Miałem 21 lat, nie posiadałem zbyt wielkiego doświadczenia telewizyjnego. Kilka minut wcześniej przegraliśmy derby, przed którymi wszyscy w Gdyni mówili, że to najważniejszy mecz sezonu, dla klubu, kibiców i miasta. Derby były odmieniane przez wszystkie przypadki. Byłem zdobywcą honorowej bramki, dlatego poproszono mnie do pomeczowego wywiadu. Dużo myśli kłębiło się w głowie, wszystko działo się na gorąco i powiedziałem, że Arka dalej rządzi w Trójmieście. Zdecydowanie wybieram jasną stronę Trójmiasta, wolę miasto na północ od Sopotu, od tego na południe. Będę się tego trzymał. Uważam, że jeśli chodzi o Trójmiasto, dużo lepszym, fajniejszym klubem jest Arka Gdynia. Ktoś się z tym może zgadzać bądź nie. Nie mam z tym najmniejszego problemu. A że stałem się obiektem nienawiści w Gdańsku? Nic nigdy nie mówiłem bezpośrednio o Lechii. Pochwaliłem Arkę, dla mnie jest klubem numer jeden w Trójmieście.

Na jednym z meczów derbowych w Gdańsku kibice Lechii skandowali mało sympatyczną piosenkę o tobie. Na spotkaniu był ówczesny premier Donald Tusk, zapytał swoich doradców, co oni tam krzyczą. Można zaryzykować, że Tusk poproszony o wymienienie znanych mu piłkarzy Arki wymieniłby ciebie.

- Dobrze mieć znajomości (śmiech). Może jak będę miał kiedyś jakąś sprawę, to przychyli się do mojej prośby. On jest chyba zdeklarowanym "betonem"?

Zdecydowanie.

- Trudno, każdy ma jakieś wady.

Nie wiem, czy dzięki tym pamiętnym słowom, ale kilka lat później wróciłeś do Arki na pół roku i zdobyłeś w jej barwach Puchar Polski.

- W finale grałem od pierwszych minut, za mnie wszedł Luka Zarandia, a za Marcusa - Rafał Siemaszko. Niesamowita historia, bo obaj zmiennicy zdobyli gole, a my sensacyjnie pokonaliśmy faworyzowanego Lecha Poznań. Bez wątpienia najpiękniejszy moment w mojej karierze. Zdobyłem jeszcze Superpuchar Polski z Jagiellonią Białystok, ale przy garstce widzów w Płocku, a tu wypełniony Stadion Narodowy. Wracając do Arki, miałem ofertę, by zostać w Kazachstanie. Wróciłem, zaryzykowałem, nie zarobiłem sporych pieniędzy, ale nie żałuję. Ten finał to gotowy materiał na film.

Proponuję tytuł: "Pieniądze nie są najważniejsze".

- Są ważne, to jest sól życia. Nie zarobiłem pieniędzy, ale mam medal, którego nikt mi nie zabierze.

Opowiedz proszę o Kazachstanie, w którym grałeś w FK Atyrau.

- Kraj rozpostarty na dwóch kontynentach. W Atyrau ląduje się w europejskiej części na lotnisku, przejeżdżałem przez rzekę Ural, która stanowi kontynentalną granicę, baza klubowa znajdowała się w części azjatyckiej. Kraj przeogromny. Gdy przyjechałem, następnego dnia lecieliśmy na mecz. Samolotem trzy godziny, wsiadamy na lotnisku w autokar, myślałem że jedziemy do hotelu, nic z tego! Czekały nas cztery kolejne godziny jazdy drogą kiepskiej jakości! To był wyjazd do Żetysu Tałdykorgan, pod samą chińską granicę. Pierwszy wyjazd i szok, nie znałem geografii tego kraju. Sama jakoś życia jest na dużo niższym poziomie niż u nas. Galeria handlowa w Atyrau wygląda gorzej niż dom handlowy na Chylonii. Region przemysłowy, niedaleko wydobywa się ropę, no nie jest to Nowy Jork. Za to Ałmaty i Astana to piękne miasta.

Astana się inaczej teraz nazywa.

- Tak, szef Kazachstanu, Nursułtan Nazarbajew, nazwał stolicę swoim imieniem. Celowo nie mówię prezydent, bo to ktoś więcej. Nazarbajew jest kumplem Putina, wielu ludzi w Kazachstanie go popiera.

A co z kazachskim futbolem?

- Mistrz Kazachstanu nie jest w niczym gorszy od mistrza Polski, poziom lig jest bardzo wyrównany. U nas jedynie zainteresowanie mediów i kibiców jest większe. Przyjeżdżają trenerzy z Europy, mnie trenował Stojczo Mladenow, szkoleniowiec z przeszłością w lidze portugalskiej i reprezentacji Bułgarii. Wielu zawodników jest ściągniętych z ligi ukraińskiej, która - jak wiadomo - podupadła. Takiej bazy, jak ma Kajrat Ałmaty, nie ma nikt w Polsce i długo nikt nie będzie miał. W tej bazie można spędzić rok i masz podane na tacy wszystko, czego piłkarz potrzebuje. Kajrat jest jedynym klubem prywatnym, reszta jest sponsorowana przez samorządy lokalne. Może być tak, że szef jakiegoś regionu jest za piłką, wtedy jego klub idzie w górę i na odwrót. Ktoś może grać w pucharach, a zmieni się władza i go nie ma. Przed każdym meczem ligowym odśpiewywany jest hymn Kazachstanu. Ja nie śpiewałem, więc rozglądałem się wokoło. Akurat w Ałmacie było na co. Tam jak na meczu Benfiki albo Lazio wypuszczany jest orzeł, który robi rundkę po stadionie.

Rozmawiał Maciej Słomiński

Dowiedz się więcej na temat: Arka Gdynia | Przemysław Trytko | Lechia Gdańsk | PKO Ekstraklasa

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje