Reklama

Reklama

​Arka Gdynia. Wojciech Pertkiewicz: Piłka to ciągłe zarządzanie kryzysowe

Wojciech Pertkiewicz przez siedem lat był prezesem zarządu Arki Gdynia. Z ogromnych długów wyprowadził ją na prostą, do największych sukcesów w historii klubu - Pucharu Polski i dwóch Superpucharów. W nagrodę został zwolniony przez państwa Midaków.

Maciej Słomiński, Interia: Wyleczyłeś się z piłki na dobre?

Wojciech Pertkiewicz, były prezes zarządu Arki Gdynia: - Miałem oferty pracy od razu po zwolnieniu z Arki. Dałem sobie trochę odpocząć. Nie da rady funkcjonować na dłuższą metę wciąż na skręconych kiszkach. Każdy prezes robi dobrą minę do złej gry, ale każdemu ciężko się mecze ogląda. Nie wyleczyłem się. Nadal jestem blisko klubu, ludzie do mnie dzwonią, gdy mogę, pomagam. Jestem na meczach, które ogląda się już inaczej. Kupiłem też 1 proc. akcji klubu.

Podeprę się cytatem z "Psów" - posiedzimy rok na bezrobociu, to inaczej będziemy śpiewać.

Reklama

- Nie byłem i chyba wciąż nie jestem gotów wyjechać z Trójmiasta. Nie możesz być prezesem na pół gwizdka. To jest praca 24/7. Weekend wiadomo, mecz. Poniedziałek - obojętnie jaki wynik - dzień kryzysowy. Jak grałeś w poniedziałek, to się przesuwa na wtorek. Zaraz znów weekend. Gdy wchodzisz w nowe środowisko, potrzeba minimum roku, żeby poznać wszystkie frakcje. Sponsorzy, kibice, szkółki piłkarskie, regionalny związek piłkarski.

A gdyby zadzwoniła Arka Gdynia?

- Nie zadzwoni.

Gdyby łodzi nie budowano z drewna można by powiedzieć, że zastałeś Arkę drewnianą, a zostawiłeś murowaną. Gdy opuszczałeś gdyński klub rok temu miał on solidne fundamenty finansowe. Dziś spada z Ekstraklasy, a jego przyszłość jest niepewna.

- Czasem niezbędne jest wykonanie kroku do tyłu, by potem móc wykonać dwa skoki naprzód. Oby to był ten przypadek, choć na ten moment tego nie czuję. Pięć lat zbieraliśmy się, by do Ekstraklasy awansować. W najwyższej klasie funkcjonowaliśmy z jednym z najniższych budżetów w lidze, a mimo wszystko cztery sezony w niej byliśmy. Trzeba sprawdzić, czy to nie jest najdłuższy pobyt Arki w Ekstraklasie.

Drugi najdłuższy. Rekord to sześć sezonów w latach 1976-82.

- Szanuję tamtą drużynę pod wodzą Janusza Kupcewicza. Mogę mówić o naszych osiągnięciach: mistrzostwo I ligi, Puchar Polski, finał Pucharu Polski i dwa Superpuchary. Szczerze życzę powodzenia moim następcom.

Czemu zatem Arka spada z ligi?

- Przyczyn należy szukać na wielu płaszczyznach. Na koniec dnia na boisko wychodzą piłkarze, ale dzieje się to w określonych okolicznościach. Jakbym miał opisać sezon 2019/20, narysowałbym piorun skierowany w dół. Nie chodzi jedynie o finanse, chociaż te zostały szybko popsute. Gdy odchodziłem w sierpniu ubiegłego roku przekazywałem następcy zbilansowany budżet. On był do zrealizowania, gdyby nie zaczęło się nieodpowiedzialne zarządzanie klubem. Począwszy od zbudowania komina płacowego dla Marko Vejinovicia po brak poszanowania oraz współpracy z lokalnym środowiskiem. Pomysły właścicielskie były podejmowane ze szkodą dla spółki. Zaciąganie zobowiązań bez pokrycia tego przychodami jest takim właśnie działaniem. Właściciel musiał zmienić prezesa na takiego, który takie rzeczy podpisze. Nie znam się dobrze z Grzegorzem Stańczukiem, ale jestem przekonany, że działał w dobrej wierze. Fakt jego rezygnacji po trzech miesiącach, może świadczyć o tym, że nie do końca wiedział w co się pakuje.

Na 16 maja 2020 roku był szykowany wniosek o upadłość piłkarskiej spółki.

- To niewiele zmienia. Tak długo jak spółka istnieje wiążą ją kontrakty z pracownikami. To nie jest tak, że wieszamy kłódkę i udajemy, że nas nie ma. W skrócie: na to, żeby upaść też trzeba mieć pieniądze.

Mówi się, że Kołakowscy uratowali Arkę.

- Gdyby nikt Arki nie kupił, w końcu by upadła, to fakt. Nie jest natomiast prawdą, że pan Kołakowski był jedynym oferentem. Był drugi kontrahent i to lokalny, który zamierzał włożyć w Arkę więcej swoich pieniędzy. Kołakowski na dziś wyłożył 750 tysięcy. O 250 tysięcy kapitał uzupełnił Ejsmond Club i cztery osoby prywatnie, w tym ja. Lokalni biznesmeni byli gotowi na większą inwestycję i to wynikającą z pobudek wyłącznie emocjonalnych. Przygotowałem dla nich analizy, wariant optymistyczny i pesymistyczny. Na samym końcu o sprzedaży decydował Włodek Midak i akcje trafiły do Michała Kołakowskiego, a klub de facto do jego ojca. Teraz wyzwanie przed nimi.

Polubiłeś excela przez te lata?

- Bez kontroli finansów trudno planować i rozliczać, co zresztą pokazało życie w ostatnich miesiącach. Poza tym musisz jeszcze znać realia funkcjonowania firmy/klubu. Musisz wiedzieć ile co kosztuje, jakie są zarobki zawodników itd. Gdy robiłem analizy, o których wspomniałem musiałem obdzwonić kilku prezesów z I ligi, bo straciłem kontakt z tym poziomem rozgrywek.

Czy spodziewałeś się, że niemal dekadę życia zwiążesz z piłką nożną?

- Prezes Ryszard Krauze poprosił mnie o poprowadzenie koszykarskiego projektu Startu Gdynia, w rok przy przeciętnym budżecie awansowaliśmy do koszykarskiej Ekstraklasy. Równolegle z ramienia Prokomu współpracowałem z Arką na odcinku organizacyjno-marketingowym. Po sukcesie w koszykówce prezes Krauze zaproponował mi objęcie szefostwa i uporządkowania sytuacji w Arce. Kilku znajomych prawników, gdy przedstawiłem im sytuację spółki radziło mi nie przyjmować tej oferty. Jednak ją wziąłem. Krauze uspokajał. "Wojtek, weź to poukładaj, o pieniądze się nie musisz martwić". Za dwa tygodnie dostałem ostatni do dziś telefon od prezesa - "o pieniądze też się martw". To było osiem lat temu. Było ponad siedem milionów zobowiązań na już. W tym ZUS czy Urząd Skarbowy, komornik na koncie itd. Nie byłem jednak sam. Wielkie wsparcie ze strony prezydenta Szczurka i nie mówię tylko o finansach. Fantastyczna współpraca ze strony członków Rady Nadzorczej z Tomaszem Banelem, Piotrem Wesołowskim, Romanem Walderem na czele. Do tego kilka prywatnych osób uwierzyło w projekt i szansę uratowania klubu. Wielkie dzięki dla Waldka Dampca i Mariusza Czoski. I dla wszystkich, z którymi w tych trudnych warunkach przyszło pracować. Dzięki za waszą wyrozumiałość i wiarę we wspólny cel. Z takimi ludźmi można się wiązać na dużo więcej niż dekadę.

Prokom Krauzego popadł w tarapaty finansowe.

- Wciąż był właścicielem bezpośrednio lub poprzez inne spółki, ale te akcje były w szufladzie. Działaliśmy w sytuacji, jakby właściciela nie było. Byłem jednoosobowym zarządem, co dawało spory komfort funkcjonowania.

W teorii tak. W praktyce to zapewne spora odpowiedzialność.

- Jednoosobowe zarządzanie miało plusy i minusy. Przez moje ręce musiała przejść każda faktura. Wiedziałem ile kosztuje toner do drukowania biletów, ile tasiemki zaciskowe do wieszania banerów itd. To daje pełną wiedzę o klubie, nie tylko to ile zarabiają piłkarze, co wiadomo, że "waży" najwięcej w budżecie. W Arce schodziliśmy z wysokiego pułapu i doszliśmy do poziomu, w którym wydatki na wynagrodzenia stanowiły nieco ponad połowę budżetu.

Czyli jak w książkach o ekonomii.

- Były kluby, w których wynagrodzenia wynosiły ponad 100 procent budżetu. A gdzie administracja, ubezpieczenia, wyjazdy? Budżet klubu to jest mała książka. Pozycji w nim są setki.

Jak wspominałem już, uważam, że sukces osiągnęliśmy dzięki wspólnocie celu jaki wszystkim przyświecał. Nikt nie miał w kontrakcie zapisane, że dostanie podwyżkę jak awansujemy do Ekstraklasy, ale to się rozumiało samo przez się. Trenerzy młodzieży pracowali za tysiąc złotych z hakiem, bo mieli z tyłu głowy, że pracują dla Arki. Kwestia wzajemnego zaufania, które nie zostało podważone.

Dziś szkoleniowcy młodzieży otrzymali propozycje na podobnym poziomie.

- Spadek to dramat dla klubu. Właściciel nie deklaruje jakiegoś poważnego zaangażowania finansowego więc nieuchronna jest restrukturyzacja i oszczędności, cięcia. To jest oczywiste także dla pracowników, jednak niesamowicie istotne jest to jak się te zmiany komunikuje.

Z pracownikami rozmawia właściciel czy jego ojciec?

- Z tego co słyszę to różnie. Raz rozmawia Michał, raz Jarosław Kołakowski, jednak decyzje podejmuje starszy z klanu.

Ty na starcie miałeś minus siedem milionów.

- W I lidze nie ma takiego luzu, że w lipcu wpływają cztery miliony z Ekstraklasy i masz trzy miesiące spokoju. Miesiąc w miesiąc stawaliśmy na głowie, przesuwaliśmy płatności tak, by zawodnicy dostali środki. I to się udawało! W najgorszym momencie mieliśmy pół miesiąca obsuwy. Piłkarz z natury jest podejrzliwy wobec zarządu, zwłaszcza w klubie, w którym wcześniej wielu zostało zrobionych w konia. Do dziś spotykam się z piłkarzami z tamtego okresu i doceniają, że byliśmy szczerzy wobec nich. Płaciliśmy po kilka tysięcy złotych, największa pensja to bodaj 14 tysięcy brutto. Arka była ideą, która łączyła. Były górki i dołki, koniec końców szliśmy w jednym kierunku. Piłkarze, a z czasem chyba także kibice, widzieli, że nie gramy pod siebie. Do Arki, zresztą do każdego klubu piłkarskiego, można dopisać hasło Barcelony, że jest to "więcej niż klub". Właściciele, zarząd klubu są tylko na chwilę, ich obowiązkiem jest przekazać go następnym pokoleniom. Dziś niepokoi mnie, gdy słyszę: "dla mnie mają trenować" czy "kto ma mi dać". Za dużo "ja", za mało "Arka".

Król Ludwik XIV. Nawet podobny.

- Może to pokazuje intencje, ale może to tylko lingwistyczne przyzwyczajenia, a ja jestem przewrażliwiony. Czas pokaże.

Kiedy udało się wyprowadzić Arkę na prostą? Spłacić Marcinów Chmiestów i posprzątać bałagan?

- W sezonie, gdy awansowaliśmy do Ekstraklasy, czyli 2015/16. Powiedziałem wtedy, że gdybyśmy mieli po jednym sezonie opuścić szeregi elity, byłoby to przykre, ale ten kto miałby walczyć o powrót, miałby czystą kartę. Udało się utrzymać więc zaczęliśmy notować zyski. Jak sprawdzisz kwity zobaczysz, że trzy czy cztery kolejne lata kończyliśmy z zyskiem.

A mówią, że nie da się na piłce w Polsce zarobić.

- Pamiętając co było kiedyś, zdecydowaliśmy się trzymać bufor bezpieczeństwa. Raczej nie groziła nam walka o mistrzostwo i spokojny byt w górnej "ósemce", a bardziej trzeba było zakładać wariant walki o utrzymanie. Trzeba mieć parę groszy w skarpecie na ciężkie czasy. Te środki zostały jednak z czasem przejedzone.

Ani razu nie było pokusy szarpnięcia lejców, wydania środków na transfery?

- To zostało zrobione po moim odejściu. Efekt znamy. Mówi się, że kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana. Jak się nie uda, to nie będzie jednak szampana, będzie za to B klasa. Zanim porwiesz się na szampana, mocno się zastanów jaka jest szansa, że w ogóle obok niego się znajdziesz i co się stanie jak się rozminiesz z bąbelkami. Każdy patrzy na boisko i przez pryzmat sportu ocenia funkcjonowanie firmy. Jak jest źle na murawie, to okazuje się, że nawet sprzątaczka źle sprząta. Zarządzanie klubem to spoglądanie częściej poza boisko i działanie kryzysowe wynikające z wydarzeń właśnie na boisku.

Znajomy menadżer opowiadał, że jesteś jednym z najcięższych partnerów do negocjacji.

- Mam nadzieję, że to nie zarzut? Jeśli udawało się znaleźć kompromis to znaczy, że obie strony rozchodziły się z umiarkowanym zadowoleniem. Z większością "przeciwników" negocjacyjnych mam do dziś dobre relacje. Nigdy też nie zgodziłem się na jakiekolwiek korzyści w zamian za, uwaga ciekawostka, obniżenie pensji zawodnika kosztem wyższej prowizji dla pośrednika, a i takie sytuacje się zdarzają, co też niech daje do myślenia zawodnikom. Funkcjonowaliśmy w ścisłym reżimie budżetowym.

Czy publiczne pieniądze w sporcie zawodowym nie pachną systemem słusznie minionym?

- Zależy w jakiej skali. Miasto Gdynia było i jest największym partnerem Arki. Arka to największy klub w Gdyni, z potężną bazą kibiców, budzi zainteresowanie dziesiątek tysięcy mieszkańców miasta i okolicy. "Chleba i igrzysk!" - hasło towarzyszy nam od starożytności. Gminy słusznie wspierają m.in. ośrodki kultury, a sport zawodowy, jego otoczka, infrastruktura to poza igrzyskami samymi w sobie tworzą przestrzeń i dają bodziec do rozwoju sportu młodzieżowego, propagowania kultury fizycznej. I jak wspomniałem wszystko zależy od skali zaangażowania. Współpraca Arki i Gdyni w którymś z sezonów została oceniona przez audytorów Ekstraklasy jako nr 1 w Polsce.

Przemysław Trytko mówił, że zwycięski finał Pucharu Polski to najpiękniejszy dzień jego kariery. Jako beniaminek broniący się rękami i nogami przed spadkiem zdobywaliście cenne trofeum. Niesamowita historia.

- Piękne chwile, o których już chyba wszystko zostało powiedziane. Utrzymaliśmy się w lidze, w perspektywie była gra w pucharach. Budżet zrównoważony.

Zaraz potem Arka zmieniła właściciela.

- Zmiana nastąpiła chyba już po sezonie. Zadzwonił do mnie Mariusz Piekarski. Wiedział, że szukamy wsparcia. "Jedź, pogadaj, może go przekonasz". Poszukałem w sieci informacji o Włodku Midaku, wiele tam nie było, ale widać, że osoba majętna. Pojechałem przygotowany przedstawić różne warianty, by zachęcić do współpracy. Spotkaliśmy się w Sofitelu, dawnym Hotelu Victoria.

"Hotel moich snów", śpiewał zespół Kombi.

- Pierwsze słowa Włodka: "Panie Wojtku, ja już ten klub kupiłem". Pokazuje papiery, faktycznie, kupił Arkę. Wszystkie warianty, które miałem w głowie - na bok. Co teraz powiedzieć? Dopiję kawę i do domu. Myślałem, że ma swoich ludzi, poprosi żebym przekazał tematy, ale o dziwo nie. "Sprawdziliśmy co i jak robiłeś. Rób tak dalej".

Dla ciebie bez zmian.

- Akcje "przeparkowują się" z jednej szuflady do drugiej. Nowy właściciel nie deklaruje jakiegoś zastrzyku gotówki więc rzeczywiście niewiele się zmienia. Przez rok z hakiem było uczenie się siebie nawzajem.

I co się stało potem?

- Potem niestety doszliśmy do tego czego się obawiałem. Do momentu, gdy Midakowie poczuli, że już wiedzą, jak to wszystko działa. Gdy podszepty z zewnątrz zaczęły być dla nich bardziej wiarygodne niż zdanie osób z wewnątrz klubu. Tak długo jak nie wykraczało to poza ramy finansowe, można było negocjować, przekonywać czy być elastycznym.

Za Leszka Ojrzyńskiego Arce dogryzano, że największe zagrożenie stwarza po dalekich wrzutach z autu. Wyniki jednak były przyzwoite. Była szansa, żeby Ojrzyński został w Gdyni po sezonie 2017/18?

- Wygasł mu kontrakt. Dyskutowaliśmy m.in. z Piotrem Włodarczykiem i Włodkiem Midakiem. Ten ostatni miał jeszcze doradców z zewnątrz, którzy mówili jak ma być w klubie, w którym nigdy nie byli. Z wielu przyczyn zapadła decyzja o zmianie.

Styl Ojrzyńskiego nie był piękny, ale okazało się, że lepsze jest wrogie dobrego.

- Latem 2018 roku wybieraliśmy między Smółką i Rogiciem. Doszliśmy do wniosku, że obaj mają zbliżoną filozofię futbolu. Postawiliśmy na Polaka. Przyznaję, że po serii spotkań z pełnym przekonaniem podpisałem nominację Zbigniewa Smółki na trenera Arki Gdynia. Przeszło mi miesiąc później.

Tak szybko? Przecież wygraliście Superpuchar, gra nie wyglądała najgorzej.

- Kompletnie nie chodzi o tematy sportowe. Pierwszym, który to wyczuł był Michał Globisz. Michał słabo widzi, ale dobrze słyszy.

Brałeś udział w zwolnieniu trenera Smółki, dwie godziny przed derbami?

- Nie. Kuriozalna sytuacja. Dowiedziałem się przed meczem o tej decyzji, mimo że formalnie to prezes podejmuje taką decyzję. Okazało się, że wtedy już też byłem "na wylocie". Co do trenera Smółki to wnioskowałem, żeby go zwolnić jeszcze przed wyjazdem na obóz zimowy. Mimo nie najgorszej sytuacji w tabeli.

Po co Midakom była Arka?

- Midakowie dostali Arkę w spadku. Z tego co słyszałem Ryszard Krauze zalegał pieniądze Włodkowi i rozliczył to m.in. udziałami w Arce, ot cała historia. A być właścicielem klubu i to ekstraklasowego, pucharowicza itd. to chyba fajna sprawa...

Smółkę zastąpił Jacek Zieliński i uratował ligę dla Arki.

- Zieliński był ostatnią deską ratunku. Nie było chętnych do rozmowy. Odmówił Jan Urban, to samo Dariusz Wdowczyk i Radek Latal. Każdy zrobił wywiad środowiskowy, wiedział co się w klubie działo i w jakim miejscu byliśmy. Jacek Zieliński to porządny facet, wykonał robotę, utrzymał klub w Ekstraklasie. Wraz z Michałem Globiszem udało się go przekonać do podjęcia rękawicy. Jeśli ktoś uważał, że z tym składem da się walczyć o medale, to bujał w obłokach.

Jeden albo dwa dni po twoim zwolnieniu Arka ogłosiła powrót Marko Vejinovicia.

- Wiedzieli, że ja tego nie podpiszę. Atmosfera wokół była dość gęsta i taki ruch sportowy, a przede wszystkim PR-owy był niezbędny. Tyle, że było to zrobione bez zabezpieczenia strony finansowej. Prosta droga do katastrofy i to na wielu poziomach. Mówiono, że klub ma mieć większe ambicje. Ambicje trzeba mieć, ale mierzyć je trzeba na możliwości. Chyba, że ktoś wierzy w totolotka. Życie pokazało, że totolotek się nie wydarzył. Skończyło się spadkiem z Ekstraklasy i zadłużeniem znów na poziomie siedmiu milionów. Oczywiście sytuacja jest dziś nieco inna. Jest tarcza antykryzysowa, miasto wróciło do współpracy. Zadłużenie jest niższe, ale jest.

Największy sukces twoich rządów w Arce?

- Udana restrukturyzacja przy utrzymaniu akceptowalnego poziomu sportowego i finał w postaci awansu do Ekstraklasy i zdobycia pucharu. Najbardziej mnie cieszy, że była to naprawdę wspólna praca, z której wszyscy zaangażowani możemy być dumni.

Największa twoja porażka?

- Wybory personalne.

Nazwiska?

- Nazwisk nie będzie. Te osoby wiedzą, że o nie chodzi.

Żal ci tego wszystkiego?

- Niech podsumowaniem będą słowa trenera Zielińskiego, który powiedział w jednym z wywiadów, że przychodził do innego klubu, niż ten z którego odchodził. Nie daje mi to satysfakcji.

Wiele twoich obietnic spełniłeś, ale jednej nie - obiecałeś, że zrobisz dla kibiców jajecznicę po wygranych derbach.

- Gdy byłem w klubie nigdy nie wygraliśmy z Lechią i Pogonią. Inna sprawa, że od roku mnie nie ma i bilans się nie poprawił. Prawo serii? Nie wiem, to jest niewytłumaczalne. Historycznie bilans w derbach Trójmiasta jest w miarę wyrównany. W latach 70. XX wieku to Arka była górą, wtedy mogłeś mnie pytać.

Rozmawiał Maciej Słomiński

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL