Reklama

Reklama

Wierietielny: Kowalczyk zadowolona z ciężkich treningów

Mistrzyni olimpijska w biegach narciarskich Justyna Kowalczyk po prawie miesięcznym pobycie w Nowej Zelandii z trenerem Aleksandrem Wierietielnym powróciła do Polski. Jak podkreślił szkoleniowiec, jest bardzo zadowolona z wykonanej pracy, choć ma drobny uraz.

Rok temu zawodniczka AZS AWF Katowice również była z panem w środku nowozelandzkiej zimy, gdy w Polsce był środek lata...

Aleksander Wierietielny: - Jak coś jest dobrze robione, warto powtórzyć. Powieliśmy zatem to, co wykonywaliśmy rok temu w położonej na wysokości 1500 m stacji narciarskiej Snow Farm w pobliżu Quennstown. Jestem bardzo zadowolony - i Justyna również - z wykonanej pracy. Ciężkiej, intensywnej pracy, ale ona jest już do tego przyzwyczajona.

Najważniejsze jest jednak zdrowie. W połowie marca mistrzyni olimpijska miała artroskopowy zabieg w prawym kolanie.

Reklama

- Ze zdrowiem jest dobrze, z małym wyjątkiem. Na początku pobytu, podczas zawodów w sprincie, Justyna miała wywrotkę. Doznała urazu kciuka lewej dłoni, która spuchła i bolała. Na tę wieść ludzie przynosili różne maści, chcieli jej bardzo pomóc. To były miłe gesty, a kontuzja chyba nie na tyle poważna, gdyż nadal trenowała i... wygrywała kolejne zawody. Ale trzeba dmuchać na zimne i niebawem Justyna spotka się z doktorem Śmigielskim.

Powiedział pan "wygrywała", czyli tak jak rok temu, w Nowej Zelandii Kowalczyk nie doznała porażki?

- Zaznaczam, że wszystkie starty były traktowane jako przerywnik w zajęciach. I ja, i Justyna uważamy, że jest to atrakcyjne urozmaicenie w treningach, a będąc tam, gdzie są one organizowane, żal byłoby nie skorzystać z takiej okazji. No i tak jak rok temu, była we wszystkich zawodach pierwsza wśród kobiet, a nawet i w czołówce mężczyzn. Tak na przykład było w biegu maratońskim na 42 km techniką dowolną, w którym Kowalczyk została wyprzedzona tylko przez trzech zawodników. W sumie Justyna odniosła pięć zwycięstw: oprócz maratonu na 10 km stylem klasycznym, w sprincie i na 5 km stylem dowolnym oraz na koniec w zimowym triathlonie.

Jak wyglądał ten triathlon?

- Składał się z crossu na dystansie 7 km, 12-kilometrowej jazdy na rowerze i biegu narciarskiego na 10 km. Tym razem zorganizowali go miejscowi sympatycy zimowych sportów w... ekstremalnych warunkach. W nocy przed zawodami sypał śnieg i nie było możliwości, aby jechać po nim rowerem, więc ten odcinek pokonywany był na drodze. A było tam tyle błota, że jak Justyna i Maciek dotarli do strefy zmiany sprzętu, to ich nie poznałem. W sumie zabawa była jednak świetna i wszyscy jesteśmy bardzo zadowoleni.

Wspomniał pan o Kreczmerze.

Generalnie był serwismenem i sparingpartnerem Justyny, ale też i zawodnikiem. Podobnie jak Kowalczyk, Maciek także odniósł pięć zwycięstw.

Najbliższe plany?

Przede wszystkim zaaklimatyzować się po ponad 40-godzinnej podróży. Gdy w Polsce zaczyna się dzień, w Nowej Zelandii kładliśmy się spać. Po prawie miesięcznej nieobecności w kraju trzeba pozałatwiać jakieś tam sprawy i 5 września spotykamy się w Zakopanem, gdzie spędzimy trzy tygodnie. Pracować będziemy nad wytrzymałością, będą więc w górach marszobiegi, jazda na nartorolkach i ćwiczenia ogólnorozwojowe.

Czy wraca pan jeszcze do Wałbrzycha?

Póki co wspomnieniami... Mieszkałem tam od blisko 30 lat, ale przed odlotem do Nowej Zelandii przeniosłem się wraz z rodziną do Poronina.

Rozmawiał Janusz Kalinowski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje