Reklama

Reklama

Wierietielny: Jesteśmy ciekawi, w którym miejscu jesteśmy

Justyna Kowalczyk żegna się z latem i leci do Nowej Zelandii. Prawie przez cały sierpień będzie trenować na śniegu, a także startować w zawodach. - Jesteśmy ciekawi, w którym miejscu jesteśmy - powiedział trener Aleksander Wietrietielny. Tymczasem nasza zawodniczka chwali się na swoim blogu, że nieźle radzi sobie na rowerze, a parę dni temu osiągnęła... 70,2 km/h. "Słowo daję, że więcej tego nie zrobię!" - napisała.

- Wchodzimy na kolejny szczebel w przygotowaniach do przyszłorocznych igrzysk w Soczi. Zgrupowanie w Nowej Zelandii będzie dla nas szczególnie ważne z tego powodu, że Justyna po raz pierwszy od poprzedniego cyklu startów w Pucharze Świata będzie miała sposobność sprawdzenia formy w rywalizacji podczas zawodów. Oboje jesteśmy ciekawi, w którym miejscu jesteśmy - wspomniał.  

W położonej na wysokości 1500 m stacji narciarskiej Snow Farm w pobliżu Quennstown co roku organizowane są imprezy ANC Coup pod egidą FIS. Kowalczyk wygrywała tam w ostatnich latach i - jak przyznała - chciałaby kontynuować zwycięską passę. Wystartuje kolejno na 10 km stylem klasycznym, 5 km dowolnym, w sprincie i maratonie na 40 km. Bierze pod uwagę również zimowy triathlon, składający się z crossu na dystansie ok. 7 km, 12-kilometrowej jazdy na rowerze i biegu narciarskiego na 10 km.

Reklama

- Jak coś jest dobrze robione, warto powtórzyć. Chcemy z niewielkimi zmianami powielić to, co wykonywaliśmy rok temu, i dwa lata wcześniej w Snow Farm. Tam jest teraz zima, a tamtejsi organizatorzy, jak nigdzie indziej o tej porze, potrafią przygotować ciekawe, wymagające trasy. Ponadto znakomicie dbają o swoich gości. Przekonaliśmy się o tym dwukrotnie i świetnie się tam czujemy. Ważne jest też to, że Justyna dobrze wspomina poprzednie starty, a zwycięstwa to dodatkowa dawka optymizmu przed sezonem - podkreślił Wierietielny.

Dodał, że intensywność ćwiczeń nadal będzie wysoka, ale będą to już treningi w warunkach typowo zimowych, a nie na twardym podłożu, na przykład na asfalcie, jak czasami bywało poprzednio. - Na urazy narażone były przede wszystkim stawy i kręgosłup, a leczenie kontuzji, zwłaszcza przed igrzyskami w Soczi, to dodatkowy stres i napięcia.

Szkoleniowiec zaznaczył, że wszystkie starty w Nowej Zelandii były traktowane jako przerywnik w zajęciach. - I ja, i Justyna uważamy, że jest to atrakcyjne urozmaicenie w treningach, a będąc tam, gdzie są one organizowane, żal byłoby nie skorzystać z takiej okazji - powiedział.

Rok temu mistrzyni olimpijska z Vancouver w biegu na 30 km była we wszystkich zawodach pierwsza wśród kobiet, a nawet i w czołówce mężczyzn. W maratonie techniką dowolną została wyprzedzona tylko przez trzech zawodników. W sumie odniosła pięć zwycięstw, także i w triathlonie, który odbył się w ekstremalnych warunkach.

- W nocy przed zawodami sypał śnieg i nie było możliwości, aby jechać po nim rowerem, więc ten odcinek pokonywany był na drodze. A było tam tyle błota, że jak Justyna i Maciek Kreczmer dotarli do strefy zmiany sprzętu, to ich nie poznałem. W sumie zabawa była jednak świetna - wspomniał Wierietielny.

Kowalczyk przyznała, że nieźle radzi sobie na rowerze, a parę dni temu osiągnęła... 70,2 km/h. "Słowo daję, że więcej tego nie zrobię! Niewiele jest rzeczy, które się w mojej głowie zmieścić nie potrafią, naprawdę. Jedną z nich jest właśnie sto na godzinę w peletonie po serpentynach. Nieważne czy sucho czy mokro. Nieważne, że koło w koło. Nieważne, że dziury nieoczekiwane w asfalcie. To niesamowite" - napisała na blogu.

Mieszkanka Kasiny Wielkiej ma wiele wspomnień z dzieciństwa związanych z dwoma kółkami. "Rower mną poniewierał, jak tylko potrafił. Wyrzucał przez kierownicę, wpadał na kamienie, zawsze wynalazł największe dziury, zrzucał łańcuch, łapał kapcie, darł spodnie, bluzy, łokcie, biodra, kolana" - wyliczyła.

Mimo to spędzała na nim mnóstwo czasu. "Bez żadnych sentymentów wymieniłam go w dniu Pierwszej Komunii Świętej na fioletowego składaka Wigry 3. Oczywiście, że chciałam BMX-a - rówieśnicy rozumieją! Tylko że w tamtych czasach chcieć prawie nigdy nie oznaczało móc. Z Wigrakiem przejeździłam do siódmej klasy. Pierwsze wariactwa, zauroczenia, pierwsze wypady nad rzekę, zakwasy, powroty około północy, pierwsze długie Polaków rozmowy - to wszystko było jego udziałem. Dobrze, że grzeczny duet tworzyliśmy..." - zaznaczyła.

W siódmej klasie, za pieniądze skrzętnie zebrane ze sprzedaży butelek, Kowalczyk kupiła sobie niebieskiego górala.

"Oj, jakie to święto było! To z nim zaczęłam jeździć w długie trasy. Do Mszany Dolnej, do Limanowej, wokół Śnieżnicy czy Lubogoszczy. Szlajałam się godzinami, co mamę do szewskiej pasji doprowadzało. Zadania domowe zawsze jednak można o piątej rano odrabiać, więc... nie dawałam pretekstu. A potem pokochałam (bez wzajemności początkowo) biegówki. I tu mój sentyment do dwukołowców zaczął się stopniowo, acz bardzo świadomie, wychładzać" - przyznała.

Zdobywczyni czterech medali olimpijskich i siedmiu mistrzostw świata podkreśliła, że w Śnieżnej Farmie w Nowej Zelandii wypożyczy rower z grubymi oponami i... "Będę sobie wariacko po treningu popołudniowym dzień w dzień po trasie narciarskiej jeździć. Niewiele, po parę kilometrów. Choć nie muszę. Ale - przyjaciół trzyma się blisko, a wrogów jeszcze bliżej" - zaznaczyła na blogu.

- Nie będę Justynie zabraniał jazdy rowerem, skoro to lubi. Ona ma świadomość, że musi to robić ostrożnie - dodał Wierietielny, który przed odlotem spotkał się z Julianem Gozdowskim, komandorem Biegu Piastów i sprawującym pieczę nad przygotowaniami tras w Jakuszycach do przyszłorocznych zawodów Pucharu Świata.

- Po rozmowie jestem przekonany, że wszystko się uda. Poza tym zapoznaliśmy się z projektem trasy do nartorolek, która będzie istotnym elementem treningów narciarzy biegowych - powiedział szkoleniowiec, który rok temu wraz z żoną, Barbarą Piątkowską, przeprowadził się z Wałbrzycha do Poronina.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje