Reklama

Reklama

PŚ w biegach. Łuszczek: Kowalczyk jeszcze potrafi, ale gdzie następcy?

- Justyna Kowalczyk pokazała w końcówce sezonu, że wciąż potrafi. Trzeba zdobyć jeszcze dwa medale, żeby Irenie Szewińskiej dorównać - podsumowuje sezon w biegach narciarskich Józef Łuszczek. Nasz mistrz świata w rozmowie z Interią ubolewa, że w Polsce nie buduje się tras i marnuje się szansę na rozwój biegów, która pojawiła się dzięki sukcesom Kowalczyk.

Co? Gdzie? Kiedy? Bądź na bieżąco i sprawdź Sportowy Kalendarz!

Reklama

W zakończonym w ostatni weekend Pucharze Świata w biegach Kowalczyk finiszowała ostatecznie na 16. miejscu. Ani razu nie udało się jej wskoczyć na podium, a gdy zabrakło jej w niektórych startach, Polski wśród pań nie reprezentował nikt. Od ostatniego podium indywidualnie minęły ponad dwa lata. To smutny obraz polskich biegów narciarskich, które miały szansę na rozwój po sukcesach Kowalczyk. No właśnie, czy rzeczywiście miały?

- W Norwegii startują seniorki, a już młode zawodniczki się pokazują i jest z czego wybierać. Jedne kończą, są następne. Ja zawsze mówiłem, że PŚ to są już mistrzostwa Norwegii, czy u mężczyzn, czy u kobiet. A u nas znowu trzeba będzie pewnie czekać lata na następną Justynę - mówi nam Józef Łuszczek. Mistrz świata i brązowy medalista MŚ z Lahti z 1978 roku czasem traci już nadzieję, że będzie lepiej. - Ja już czekam 38 lat i nie wiem, czy dożyję - nie ukrywa.

W czym tkwi największy problem?

- Pierwsza sprawa, nie mamy tras. Trzeba zacząć od dzieciaków, od młodzieży. Co zrobimy, jak nie mają gdzie trenować? Gdy jadą na mistrzostwa świata juniorów, to po dupie dostają, bo gdzie mieli trenować, jak takie były warunki? - mówi wprost Łuszczek. - Mnie to boli, bo już z 15 lat słucham, że będą trasy. Nie umiemy iść za ciosem. Były wyniki, trzeba było chodzić, walczyć o pieniądze, żeby te warunki stworzyć. Wstyd, żeby w Zakopanem, stolicy polskiego narciarstwa, nie było tras. W Jakuszycach są, w Wiśle są, a tu jak nie było, tak nie ma - martwi się nasz rozmówca.

- Mam do niektórych ludzi pretensje, bo ledwo gdzie powstanie trasa, to zaraz ją grodzą, bo żyjemy tu przecież z turystyki. Dzwonią do mnie nieraz: "Panie Józku, gdzie można pobiegać?" A ja sam nie wiem, gdzie te trasy są. Dla relaksu znajdzie się parę tras, ale z prawdziwego zdarzenia nie ma - podkreśla.

W ostatnim sezonie z różnych powodów - przede wszystkim ciąże i kontuzje - posypała się nam kobieca drużyna w biegach. - Całe zimowe sporty się posypały, we wszystkich dyscyplinach kiepsko. Były tłuste lata, ten sezon bardzo chudy - zaznacza Łuszczek. - Justyna też dostała po tyłku, trzeba prawdę mówić. Ale to był taki luźny sezon, mogła sobie nawet jeszcze trochę więcej odpuścić - dodaje.

W końcówce sezonu Kowalczyk kilka razy zameldowała się w czołowej dziesiątce i uradowała się, że najgorsze już za nią. Gdy nie ma następczyń wciąż pozostaje nam cieszyć się jej osiągnięciami i liczyć na kolejne.

- Czym bliżej końca sezonu, tym było lepiej.  Początek nie był za wesoły.  To jest sport, nie da się sezon po sezonie orać i wygrywać. To nie jest takie proste. Norweżek jest tyle, że jak nie jedna, to druga wygrywa, a u nas jest jedna Justyna. Byliśmy przyzwyczajeni, że zwyciężała, była na podium i walczyła z całą czołówką światową. W paru ostatnich biegach Justyna pokazała, że jeszcze potrafi pobiec dobrze - ma nadzieję Łuszczek, który liczy na kolejne medale Kowalczyk na przyszłorocznych MŚ i na igrzyskach za dwa lata.

- Trzeba zdobyć jeszcze dwa medale, żeby królowej, Irenie Szewińskiej dorównać, bo ona ma siedem medali olimpijskich, a Justyna pięć - po cichu liczy mistrz świata z Lahti.

Za rok znów mistrzostwa świata odbędą się w tym fińskim mieście. - To moje Lahti, nasze Lahti, bo tam w sumie pięć medali zdobyliśmy, ja dwa, Adam Małysz dwa, i Stanisław Marusarz jeden - mówi Łuszczek.

Na trasy biegowe po ciąży wraca słynna Marit Bjoergen. - Ona jest uparta, pewnie do igrzysk będzie biegać. Rosjanki dawniej biegały do czterdziestki i miały niezłe wyniki - Łuszczek ma jeszcze nadzieję, że wróci poważna rywalizacja między nią a Kowalczyk, ale zaznacza, że: "nie da się łączyć maratonów z krótkimi dystansami, żeby tu i tu być dobrym. Nie da się za trzy, czy cztery dni po Biegu Wazów startować w sprincie. Maszynka tego nie wytrzyma, a co dopiero organizm ludzki".

Justyna Kowalczyk zakończyła już PŚ, ale czekają ją w tym sezonie jeszcze starty w maratonach - nowa pasja naszej zawodniczki.

Waldemar Stelmach

Dowiedz się więcej na temat: Justyna Kowalczyk | Józef Łuszczek | biegi narciarskie

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje