Reklama

Reklama

Justyna Kowalczyk: Kto chce się liczyć, haruje do utraty tchu

Justyna Kowalczyk czterema zwycięstwami w biegach narciarskich zakończyła starty kontrolne i pozostałe dni pobytu w Nowej Zelandii przeznaczy na dopracowanie różnych elementów treningowych. Jak zaznaczyła, komu się marzą sukcesy, haruje teraz do utraty tchu.

Mistrzyni olimpijska z Vancouver na przywitanie z nowozelandzką zimą wygrała zawody FIS Australia/New Zealand Cup na dystansie 10 km stylem klasycznym, dzień później na 5 km stylem dowolnym, potem była najszybsza w sprincie na 1 km, a następnie triumfowała w 18. edycji maratonu Merino Muster.

Reklama

Dwa lata temu w klasyfikacji generalnej była piąta, rok temu czwarta, tym razem druga. Trasę długości 42 km pokonała stylem łyżwowym w 1:45.48. O półtorej minuty wyprzedził ją tylko ... jej treningowy partner Maciej Kreczmer (LKS Poroniec Poronin). Wcześniej dwukrotny olimpijczyk zwyciężył na dystansach 15 i 10 km, a w sprincie był szósty.

- Maraton Merino Muster to był nasz ostatni start w czasie obozu w Nowej Zelandii. Dni pozostałe do zakończenia zgrupowania poświęcimy na dopracowanie różnych elementów treningowych. A potem pożegnanie ze śniegiem i powrót do Polski - poinformował na oficjalnej stronie zawodniczki szkoleniowiec Aleksander Wierietielny.

Jak zaznaczył, rywalizacja w zawodach była urozmaiceniem pobytu. Wolnych dni jest niewiele, bo nie mają one większego uzasadnienia.

- Nawet gdyby przewidywać więcej wolnego, byłoby to bez sensu, bo tu nie ma co robić. Jesteśmy 40 km od najbliższego miasteczka, zaś do większego musimy jechać 55 km. A tak mamy tylko trasy biegowe i hotel. Czas jest wypełniony treningiem na nartach, odpoczynkiem po nim, siłownią, masażami. Rano długi rozruch, potem trening 2,5 godziny, a popołudniu znów zajęcia - wspomniał Wierietielny.

Z kolei jego podopieczna napisała: "Pewnie wiele osób zastanawia się, po co mi te starty słabo obstawione. Głupia bym była, gdybym tych okazji nie wykorzystała. Właśnie w czasie takich biegów można najlepiej uczyć się taktyki, rozkładania sił, poprawnej techniki. Można również poznawać reakcję organizmu na specyficzny mikroklimat, bo wysokość nad poziom morza mam tu mniej więcej taką jak na Krasnej Polanie w Soczi".

Kowalczyk jest zadowolona, że spokojnie może sobie... eksperymentować. - Na przykład mogę wypróbować, od którego kilometra zacznę błagać śnieg, żeby się roztopił i skrócił moje cierpienia, jeśli ze startu pójdę na sto procent. Albo na odwrót, ile będzie kosztować zbyt duża asekuracja. Daję też odpocząć głowie od codziennej monotonii. Wszystko ważne. Każdy szczegół.

Zawodniczka AZS AWF Katowice zaznaczyła, że swojej szansy na jak najlepszy wynik w sezonie olimpijskim upatruje właśnie na obozie w Snow Farm w Nowej Zelandii.

- Jedni startują w zawodach na nartorolkach w Europie, inni przemierzają lodowce Alaski, część gdzieś skacze po lesie imitacje, wielu trenuje w tunelach. Każdy kto chce się liczyć w walce o medale igrzysk w Soczi, w pucharowych startach czy ładnie przebiegać Tour, od maja haruje do utraty tchu. Już dawno przestaliśmy czuć co to świeżość, a nawet normalność. Jedziemy na rezerwach. Kontuzje się odnawiają, sił jakby mniej - stwierdziła.

Kowalczyk dodaje też sobie otuchy, że do pierwszego pucharowego startu pozostało "tylko" parę miesięcy i trzeba jakoś tę harówkę wytrzymać.

- Każdy z nas jest inny. Mamy różne możliwości, różne techniki, różne drogi do osiągania sukcesu. Każdy z nas doskonale zdaje sobie sprawę z barier, których przekroczyć nie będzie po prostu w stanie, a jednak z całych sił pracuje - podsumowała zawodniczka z Kasiny Wielkiej.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje