Reklama

Reklama

Justyna Kowalczyk już w domu, kolejny miesiąc spędzi w Tatrach

Biegaczka narciarska Justyna Kowalczyk po 40 godzinach w podróży wróciła ze zgrupowania w Nowej Zelandii, gdzie spędziła trzy tygodnie. Przeczytała 2054 stron książek, obejrzała 47 godzin różnych seriali i mocno trenowała. Teraz czas na Tatry.

"Sen był u mnie towarem deficytowym. Kiedy był miałam dziwne sny - ostatni był o tym, jak biłam rekord świata w skoku wzwyż. A kiedy się nie pojawiał, można było przeczytać 2054 strony różnych książek, obejrzeć 47 godzin dziwacznych seriali, zatopić się w internecie i poczytać, że złoto olimpijskie w Soczi to już praktycznie zdobyłam. Oj, gdyby to takie łatwe było, to Polacy w historii swoich zimowych występów zgromadziliby ich dwieście, a nie dwa. Paranoja, naprawdę" - napisała czterokrotna medalistka olimpijska w swoim blogu.

Reklama

W Nowej Zelandii podopieczna Aleksandra Wierietielnego przygotowywała się do zimowego sezonu po raz trzeci. Nie jest jednak zakochana w tym kraju i jako turystka na pewno tam nie wróci. "Może ktoś się zdziwi, bo pewnie wielu osobom wyprawa do Nowej Zelandii kojarzy się z jakimś niezwykłym przeżyciem, ale ja nie mam ochoty wrócić tam jako turystka. Może dlatego, że przebywam na zgrupowaniu w miejscu, gdzie nie jest wcale jakoś superpięknie, bo poza wielką ilością śniegu, trasami i hotelem nie ma nic, a także, że po tylu moich podróżach nie mam potrzeby jeszcze dodatkowo wyjeżdżać w świat" - podkreśliła zawodniczka AZS AWF Katowice.

Na drugiej półkuli za to mocno pracowała. Wszystko po to, by plon zebrać w lutym na igrzyskach w rosyjskim Soczi. "Jaki to był obóz? Długi przede wszystkim. Ponad tysiąc kilometrów pękło na nartach. Było parę startów i sprawdzianów, które nadzwyczaj dobrze poszły. Trenażer o świcie. Trochę przerzucania żelastwa na siłowni. Trochę śniegowego roweru i śniegowych crossów. Dużo techniki. Znamienne - wszyscy, którzy tam byli, pracowali nad podbiegami, a ja nad lekko w dół pochyłymi prostkami. Dziwoląg, jak zawsze" - opisała.

Na antypodach była razem z Maciejem Kreczmerem. Oboje wrócili bardzo zmęczeni. "Trener również, bo sam narty przygotowywał nam świetne przez cały obóz, a to pracy i czasu wymaga. Dobrze, że kolejny miesiąc spędzimy już w kraju, w Tatrach. Ostatni taki czas przed kwietniem" - dodała.

Teraz Kowalczyk spędzi parę dni w Kasinie Wielkiej, w domu rodzinnym. Później uda się na zgrupowanie do Zakopanego.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje