Reklama

Reklama

Justyna Kowalczyk jest zwyciężczynią tego sezonu!

Zdecydowana większość fanów narciarstwa biegowego w Polsce czuje niedosyt w związku z tym, że Justynie Kowalczyk na finiszu sezonu nie udało się wyprzedzić Marit Bjoergen. Tymczasem prawda jest taka, że po słabszych startach na początku sezonu, druga lokata jest niesamowitym sukcesem "Królowej Nart".

W Norwegii biegi narciarskie są niemalże religią. Uprawia je każdy w ujęciu amatorskim, a na zawodowe biegi łoży się krocie. Marit Bjoergen, Therese Johaug i jej koleżanki dominują na świecie dlatego, że mają za sobą potężne zaplecze - od laboratoriów doświadczalnych, przez sztab fizjologów, specjalistów od przygotowania sprzętu, po trenerów ustalających taktykę. Zawodniczki, które reprezentują Norwegię są odsiane przez ciasne sito selekcji na szczeblu kraju. Tymczasem na drodze stanęła im i częstą ją zagradzała skromna, acz pracowita dziewczyna z Kasiny Wielkiej i jej trener Aleksander Wierietielny, który z niejednego pieca - także tego biathlonowego (w 1995 r. doprowadził Tomasza Sikorę do tytułu mistrza świata) - chleb jadł.

Reklama

Oczywiście, marzyło nam się, że Justyna jako pierwszy człowiek na świecie, wygra po raz czwarty z rzędu klasyfikację generalną Pucharu Świata. Ale nikt, nawet ona, nie jest z żelaza. W imponującym stylu wygrała morderczy Tour de Ski, ale już wtedy dawała się we znaki kontuzja kolana. Właściwie każdy start stylem łyżwowym, w którym kolana narażone są na szczególny wysiłek, był dla Kowalczyk walką z bólem, ciągłą batalią z zaciśniętymi zębami. Wobec takiego dyskomfortu dotrwanie do końca sezonu i wygranie w sposób zdecydowany jego przedostatnich zawodów jest kolejnym dowodem na góralski, niezłomny charakter "Królowej Nart". - Jeszcze tak niesamowicie pracowitego, a zarazem w dobrym znaczeniu tego słowa - upartego człowieka nie spotkałem - mówi z uznaniem Aleksander Wierietielny, który za każdym razem podkreśla, że praca z Justyną, to czysta przyjemność.

Siedząc w komfortowym fotelu z pilotem w ręku przed telewizorem emocjonujemy się tym, co zrobi Justyna Kowalczyk. Czy pokona Marit Bjoergen, czy Marit okaże się silniejsza, a może zza ich pleców wyskoczy Therese Johaug - zadajemy sobie pytania. Mało kto zdaje sobie sprawę, że za tym wszystkim kryje się katorżnicza praca Justyny (Norweżek również, ale one, jak już wspomnieliśmy, są wyselekcjonowane z setek, tysięcy), która odkąd tylko skończyła 15 lat trenuje nawet po siedem godzin dziennie! Trzeba być silnym psychicznie, by takie obciążenia wytrzymać. Tylko jednostki to potrafią.

Co po porażce w finale PŚ w Falun (piąte miejsce) powiedziała Justyna? - Wcale mnie to nie rusza, że przybiegłam jako piąta w ostatnim starcie. Najważniejsze, że wiem, iż znowu potrafię wygrywać - podkreślała w Falun w rozmowie z "Przeglądem Sportowym" Justyna Kowalczyk.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama