Reklama

Reklama

Justyna Kowalczyk i mocna sztafeta - Polki przed sezonem

​Justyna Kowalczyk jest znów głodna zwycięstw, chociaż czy ona kiedykolwiek ten głód straciła? Najważniejsze, że w tym sezonie ma zyskać wreszcie solidniejsze wsparcie koleżanek w sztafecie.


- Jestem od roboty, a nie od marzeń - podkreśla Justyna Kowalczyk na niespełna miesiąc przed pierwszym startem w Pucharze Świata sezonu 20012/2013, ale gdy dopytaliśmy ją o to, jakie zmiany sobie wymarzyła, odparła: - Chcę lepiej, szybciej poruszać się na nartach. Marzę też o tym, by trudy sezonu znieść w pełnym zdrowiu. Co będzie najważniejsze w najbliższych miesiącach? Mistrzostwa świata w Vall di Fiemme, a później Tour de Ski z całym Pucharem Świata - wykładała swą kawę na ławę Justyna Kowalczyk, która ma za sobą ostre przygotowania z atrakcjami takimi jak ciągnięcie za sobą opony po asfalcie i to pod górę.

Reklama

Jej trener Aleksander Wierietielny - jak przystało na reprezentanta starej rosyjskiej szkoły - wyznaje zasadę, że mało trzeba gadać, a dużo i z sensem pracować. Na pytanie o ilość i kolor medali, jakie ma przywieźć jego podopieczna z MŚ reaguje niemal alergicznie. - O medalach najwcześniej mogę rozmawiać w marcu, po sezonie - ucina spekulacje.

Justyna i pan Aleksander znają się jak łyse konie. "Królowej Nart" zdaje się nawet, że pracuje z Wierietielnym już od trzynastu lat. - Z mojej rachuby wynika, że ćwiczymy razem od jedenastu lat - prostuje szkoleniowiec.

Za jeden z największych sukcesów szkoleniowych trener uważa fakt, że nigdy nie musiał Justyny do niczego przymuszać. Narciarka z Kasiny Wielkiej chwali sobie współpracę z - jak to określiła - sparingpartnerem Maciejem Kreczmerem. - Maciek jest najszybszym narciarzem w Polsce. Jeszcze na początku treningów starałam się za nim nadążyć, ale teraz nie ma na to już szans, ale zawsze mogę podglądnąć które ćwiczenia można wykonać lepiej, silniej, a to dużo daje - wyjaśnia zawodniczka.

Kowalczyk jest zadowolona z rehabilitacji, jaką przeszła po zabiegu kolana. - Doktor Śmigielski zapewnił mi wspaniałą opiekę. To był dla mnie całkiem nowy komfort życia - przyznawała Justyna.

Jeden prosty ruch - zatrudnienie dla pozostałych narciarek uznanego na europejskim rynku fachowca - Ivana Hudacza ze Słowacji, spowodował, że Kornelia Kubińska (dawniej Marek), Sylwia Jaśkowiec i Paulina Maciuszek przestały się czuć zawodniczkami drugiej kategorii. Na dodatek traf sprawił, że życiową partnerką Hudacza jest słynna Słowenka Petra Majdić, która często uczestniczy w treningach żeńskiej kadry.

- Petra poprawia naszą technikę, a także uczy nas wiary w siebie, a to może dać bardzo dużo - uważa Sylwia Jaśkowiec. - Trener Hudacz poprawił atmosferę, nauczył nas przebywania razem - dodała Kornelia Kubińska, która wraca do rywalizacji w Pucharze Świata po odcierpieniu kary za stosowanie niedozwolonych środków dopingujących.

- Mam nowe nazwisko, a oznacza ono dla mnie szczęście i radość. Cieszę się z męża, a także uważam, że nasz nowy team to wielki plus - zaznaczyła Kornelia.

Sztafeta w składzie: Kowalczyk, Kubińska, Maciuszek i Jaśkowiec ma zaatakować ścisłą światową czołówkę - od szóstego miejsca wzwyż. Jej celem nadrzędnym są igrzyska w Soczi.

Świetni, eksportowi zawodnicy (Kowalczyk, Kamil Stoch, a wcześniej Adam Małysz), a także dyplomacja i łowy prezesa Polskiego Związku Narciarskiego Apoloniusza Tajnera spowodowały, że potężny sponsor z polskimi nartami chce być na dobre i na złe.

- Lotos będzie z Wami tak długo, jak tylko będziecie tego chcieli - powiedział prezes firmy Paweł Olechnowicz i dodał, że wspiera sport (oprócz narciarzy także piłkarzy Lechii Gdańsk) nie dla wyniku, ale dla dobrej atmosfery. - Wraz z nią wyniki same przychodzą. Jestem spokojny, że za dwa-trzy lata Lechia będzie na pierwszym miejscu - uważa Olechnowicz.

Autor: Michał Białoński

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje