Reklama

Reklama

Skupień oskarża

- Wojciech Skupień jest już stracony, ale czas przerwać milczenie. Traktuje się mnie jak szkodnika, którego trzeba usunąć ze skoków narciarskich. Mam o to wielki żal do trenerów - powiedział Skupień na łamach "Przeglądu Sportowego".

Już podczas przygotowań do sezonu trener Heinz Kuttin zarzucał Skupieniowi "nieprofesjonalne podejście do obowiązków". Po inauguracyjnych zawodach Pucharu Świata w Kuusamo i Trondheim, gdzie Skupień skakał fatalnie, odsunięto go od kadry na dobre.

- Dwa miesiące temu w Szczyrku odbyła się rozmowa wychowawcza ze mną i Mateuszem Rutkowskim. Dano nam miesiąc na zrzucenie wagi i treningi na skoczni. Od tego czasu nikt nawet do mnie nie zadzwonił, by sprawdzić, jak skaczę, czy w ogóle jeszcze żyję... - nie kryje żalu zawodnik.

- Plany na tydzień treningu przyszły pocztą. To były ćwiczenia na ostatnie dni poprzedniego roku. Szkoda tylko, że dotarły do mnie dzień przed Sylwestrem. Potem nikt nie skontaktował się ze mną. Ja nie mam trenera klubowego. Moim szkoleniowcem jest Heinz Kuttin. Trenowałem przez pewien czas sam, a potem straciłem motywację. Ostatnio w ogóle nie skakałem - stwierdził Skupień, który podczas mistrzostw Polski w Zakopanem, które odbyły się 8 lutego, wywalczył brązowy medal.

Reklama

- To nie najlepiej świadczy o naszej kadrze, prawda? Dodam, że ważyłem tego dnia jakieś 63 kilo, czyli o 5 za dużo. Te zawody miały być eliminacją przed mistrzostwami świata w Oberstdorfie, ale ja oczywiście w kadrze się nie znalazłem. Cokolwiek złego by się nie stało, wszystko jest zwalane na kozła ofiarnego Skupnia. Czuję się jak jakiś szkodnik robak... Dzwoniłem nawet do chłopaków z kadry, w końcu z Małyszem czy Mateją trzymaliśmy się zawsze razem. To była taka dobra zgrana paczka. Teraz nikt nie odbiera telefonu. Zostałem wyrzucony poza nawias. I nie chodzi tylko o Puchar Świata. Właśnie dowiedziałem się, że nie pojadę na zawody Pucharu Kontynentalnego do USA, na które byłem w kadrze - mówił Skupień.

Zdaniem zawodnika w kadrze nie wszyscy są traktowani w ten sam sposób. Są równi i równiejsi.

- Wystarczy mieć nazwisko. Podam tylko dwa przykłady, może na razie bez personaliów. Latem minionego roku byliśmy w Courchevel. Jeden z Kadrowiczów po pijaku zdemolował pokój. Winę zrzucono na mnie i Mateusza Rutkowskiego. Przykład numer dwa - styczniowe mistrzostwa Polski w Szczyrku. Zawodnik reprezentacji A na odprawę przyszedł pod wpływem alkoholu. Widzieli to wszyscy trenerzy, ale skończyło się na odebraniu diet. Tymczasem mnie odebrano stypendium - dodał.

- Nie jestem święty, nigdy tak nie twierdziłem. I rzeczywiście, kiedy Heinz Kuttin objął pierwszą kadrę, imprezowaliśmy za dużo. Latem w zespole zaczęło się dziać źle. Odbyliśmy chyba z dziesięć szczerych rozmów, co i jak należy zmienić. Te kłopoty odbiły się jednak na naszym przygotowaniu sportowym, do sezonu zimowego kilku zawodników przystąpiło z nadwagą. Stąd słabe wyniki. Ja nie chciałem lecieć na pierwsze zawody Pucharu Świata do Kuusamo, bo wiedziałem, że nie wejdę tam nawet do pięćdziesiątki. To było zdecydowanie za wcześnie, wolałem jeszcze w spokoju potrenować. Ale powiedziano, że mam startować i koniec - wyznał skoczek.

Skupień chciałby wyjaśnić całą sytuację i liczy na szczerą rozmowę.

- Jak trenerzy mają coś do mnie, to niech zadzwonią i powiedzą: "Wojtek, daj sobie spokój, nie liczymy na ciebie. I tak nigdzie nie pojedziesz". Mam żonę i dwójkę dzieci, które trzeba utrzymać. Chciałbym skakać, ale jeśli nie będzie takiej możliwości, wezmę się za inną robotę. Niech ktoś znajdzie wreszcie odwagę, by szczerze ze mną porozmawiać - zakończył Skupień.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL