Reklama

Reklama

Marcin Dołęga: Lżejszy byłbym bardziej szczęśliwy

Trzykrotny mistrz świata w podnoszeniu ciężarów w kategorii 105 kg Marcin Dołęga trenuje na obozie kadry w Giżycku. Waży około 112 kg i czuje się bardzo dobrze. Jego marzenie to... czuć się tak samo, ale przy wadze o minimum siedem kilogramów niższej.

- Widzę, że moja złota kategoria coraz bardziej się oddala dużymi krokami. Nie sprawia mi to radości, przeciwnie, trochę martwi. Ale na razie jednak za bardzo się tym nie przejmuję, robię swoje, ciężko trenuję, zobaczymy, co przyniesie czas - powiedział zawodnik Zawiszy Bydgoszcz.

Reklama

Dołęga zdaje sobie sprawę, że przejście na stałe do wyższej kategorii wagowej +105 kg, niesie z sobą konieczność dźwigania znacznie większych niż dotychczas ciężarów.

- Tam, aby myśleć o podium mistrzostw świata, trzeba zrobić 440-450 kg w dwuboju. Trudno mi jest uświadomić sobie, że pozycje medalowe już nie będą w moim zasięgu. Dlatego zrobię wszystko, co w mojej mocy, aby jeszcze nie wypaść ze ścisłej, światowej czołówki. Czy się jednak uda? - trudno powiedzieć - dodał Dołęga.

Pochodzący w Łukowa sztangista nie miał w ostatnich latach szczęścia. W igrzyskach w Londynie w 2012 roku, gdzie był uważany za głównego kandydata do złotego medalu w 105 kg, 6 sierpnia 2012 roku spalił trzy podejścia w rwaniu do 190 kg i odpadł z rywalizacji.

Stracił wtedy wielką szansę, tym bardziej, że kilka dni wcześniej z bliżej nieznanych przyczyn wycofali się Białorusin Andriej Aramnau oraz Rosjanie Chadżimurat Akkajew i Dmitrij Kłokow.

Kolejny start w mistrzostwach świata we Wrocławiu także nie był udany. 27 października 2013 roku spalił trzy podejścia w rwaniu, tym razem do 185 kg, i nie był klasyfikowany w dwuboju. Przed mistrzostwami jego medalowe szanse "w ciemno" oceniano na sto procent.

Także w mistrzostwach Europy w Tel Awiwie w 2014 roku nie stanął na podium, był czwarty. Tam po raz pierwszy w zawodach międzynarodowych wystartował w kategorii +105 kg. Zdecydował się przejść do wyższej, gdyż dalsze utrzymywanie limitu wagi 105 kg było coraz trudniejsze.

Po rwaniu, w którym uzyskał 192 kg, był drugi. Spalił pierwszą próbę do 186 kg, dwie kolejne do 188 i 192 kg były udane. W podrzucie rozpoczął od 225 kg. W drugim podejściu zaliczył 230 kg i spokojnie czekał na próby rywali. Po ich próbach spadł jednak na czwartą pozycję. Aby walczyć o medal musiał zaliczyć 235 kg. W Tel Awiwie nie udało się jednak podrzucić sztangi o tym ciężarze, ostatecznie o jeden kilogram przegrał trzecie miejsce z Niemcem Almirem Velagicem.

- Byłem czwarty, ale start uważam za niezły. Pokazałem przecież, że można przejść bez bólu do wyższej kategorii i tylko minimalnie przegrać miejsce na podium - wspomniał.

Dołęga, postawny mężczyzna, od kilkunastu lat ma stały problem z wagą. Musi ją przed każdymi zawodami zbijać o kilka kilogramów, aby dojść do poziomu 105 kg. Naturalnie waży bowiem o kilka kilogramów więcej. Ile wysiłku i zdrowia kosztowała go przez lata walka ze zbyt potężnymi mięśniami - wie tylko on sam.

- Moje częste, poważne kontuzje, to właśnie efekt walki z... nadwagą. Już nie mam sił, wszystkie mięśnie mnie coraz bardziej bolą, ale wiem jedno. Aby marzyć o igrzyskach w Rio de Janeiro, to chyba nie będzie innego wyjścia, tylko utrzymać się w 105 kg. W wyższej, gdzie są jednak ludzie o wiele silniejsi, szanse medalowe byłyby iluzoryczne - wyjaśnił.

Na treningach mistrz świata prezentuje się doskonale. Dźwiga spore ciężary, błyszczy formą. Ale później, na trzy tygodnie przed zawodami zaczyna się zbijanie wagi, gdy zazwyczaj przyplącze się jakaś kontuzja, nadchodzi kryzys i miejsce na podium się oddala. Dochodzenie do 105 kg to - zdaniem zawodnika - główna przyczyna jego ostatnich niepowodzeń.

- Ja nie mam problemów w sferze psychiki, na moim zdrowiu odbija się walka o utrzymanie ciężaru ciała. Jeżeli ten problem uda się rozwiązać, a chciałbym naturalnie ważyć w granicach 105 kg, wtedy byłbym człowiekiem szczęśliwym - uważa.

Mistrz świata jest gotowy nadal dźwigać, zdobywać punkty konieczne do uzyskania maksymalnej kwalifikacji olimpijskiej dla polskiej sztangi - sześciu zawodników. Czuje się dobrze, ale w tygodniu trudno jest mu już zrobić, tak, jak kiedyś, pięć lub sześć mocnych treningów. Teraz optymalnie wykonuje trzy lub cztery.

- Nie ma dnia, aby mnie coś nie bolało. Ale do tego jestem przyzwyczajony, martwię się dopiero wtedy, gdy nic nie boli. Po tylu latach na pomoście nie jestem już okazem zdrowia, na szczęście sił mi jeszcze sporo pozostało - zaznaczył.

W sobotę w Mroczy zostaną rozstrzygnięte drużynowe mistrzostwa Polski. W tym turnieju Dołęga nie wystartuje.

- Mój klub Zawisza nie ma już szans, aby walczyć o zwycięstwo. Uzgodniłem z kierownictwem, że będę miał kilka dni na odpoczynek, aby się dobrze przygotować do mistrzostw Polski w październiku. Będą one ostatnią kwalifikacją do zespołu na mistrzostwa świata, a ja wcale nie mam pewności, że powołanie otrzymam. To będzie zależało wyłącznie od dyspozycji, są przecież w kraju przeciwnicy, którzy mogą się okazać lepsi - powiedział.

Dołęga przyznał, że ma już plan na życie po zakończeniu kariery sportowej. Ale to na razie tajemnica, zna go tylko najbliższa rodzina. - Dzisiaj cieszę się tym co robię, to moje motto na teraz - podsumował.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje