Reklama

Reklama

Kinga Baranowska: Chcę, aby Everest był na samym końcu

- Wychodząc na szczyt, nigdy nie stajemy na samym wierzchołku, ale krok przed. Według lokalnych przekazów, jest to miejsce zarezerwowane tylko dla Boga. Choć nie jesteśmy buddystami, staramy się szanować ten zwyczaj – mówiła polska himalaistka Kinga Baranowska podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach.

Spotkaniami z cyklu "My way. Inspiracje", uświetniono XI edycję Europejskiego Kongresu Gospodarczego, który przez trzy dni zgromadził w Katowicach pokaźne grono ludzi nie tylko związanych z biznesem. Jednym z zaproszonych gości była Kinga Baranowska - kobieta, która stanęła na szczycie dziewięciu ośmiotysięczników.

Wielu wciąż zadaje pytanie, czy udział w wyprawach wysokogórskich i zdobywanie najwyższych gór świata zaliczyć można do kategorii sportowych. Baranowska realizuje swój program o nazwie "Kobieca Korona Himalajów", który zakłada zdobycie wszystkich 14 ośmiotysięczników bez używania butli z tlenem.

Reklama

- Nie jest preferowane używanie butli z tlenem lub korzystania z usług Szerpów, bowiem uważa się, iż jest to styl mniej sportowy. Odkąd Reinhold Messner (pierwszy człowiek, który zdobył Koronę Himalajów i Karakorum - przyp. red.) wszedł na Mount Everest 40 lat temu bez używania tlenu, ta granica została przekroczona. W tym momencie takie wejścia stały się już normą - mówiła Kinga Baranowska w Katowicach.

Najlepsze zawsze na koniec

Himalaistka ma na swoim koncie dziewięć wejść na szczyty o wysokości powyżej ośmiu tysięcy metrów. Jako pierwsza Polka w historii zdobyła między innymi Kanczendzongę, Manaslu oraz Dhaulagiri. Na jej liście brakuje z pozoru najważniejszego szczytu, czyli Mount Everest.

- Kiedyś powiedziałam sobie, że jeśli pójdę na Everest, chciałabym, żeby był na samym końcu, bo przecież jest najwyższy. Makalu jest takim szczytem, na który próbowałam wejść, ale działy się tam różne historie. Na przykład ze względów bezpieczeństwa, pogodowych, czy zdrowotnych postanowiliśmy zawrócić ze szczytu, aby nie ryzykować - powiedziała członkini kadry narodowej Polskiego Związku Alpinizmu.

Przygotowanie do wyjścia na szczyt nie zabiera kilku dni. To cała sekwencja obowiązków, których trzeba dopełnić przed wyjazdem z kraju, a następnie zanim dotrze się pod górę, która jest podczas danej wyprawy celem.

- Gdybym miała powiedzieć, co jest najważniejsze przed wejściem na ośmiotysięcznik, to byłoby to wszystko, co dzieje się na nizinach, a zatem przygotowania. Zazwyczaj zadaję sobie kilka ważnych dla mnie pytań. Najważniejsze z nich brzmi: "Po co ja tutaj chcę wejść?". Niby banalne, ale jeśli nie znam na nie odpowiedzi, w sytuacji trudnej, takie pytanie powróci. Wtedy, gdy np. przyjdzie nam czekać na wejście dwa tygodnie, jeśli nie znam odpowiedzi na zadane sobie pytanie, prędzej czy później dopadną mnie tego skutki. Kolejnym ważnym pytaniem jest to: "Czy ja chcę stanąć na tym szczycie?". Jest ono niby oczywiste, bo kto by nie chciał, skoro jedzie w góry. Później odwracam sytuację, i pytam siebie, co by się stało, gdybym musiała się wycofać sto metrów od szczytu. Trochę sprawdzam siebie jak mi z tym jest. Wolę to sprawdzić na nizinach, a nie na ośmiu tysiącach metrów. Nie chcę, aby przeogromne ambicje popchnęły mnie do decyzji, jakiej podjąć bym nie chciała. Jeśli uznam, że jestem właściwą osobą na właściwym miejscu, dopiero wtedy wybieram się na ośmiotysięcznik - wyznała himalaistka.

Cisza na statku

Góry weryfikują nie tylko siłę fizyczną, ale przede wszystkim to, co mamy w głowie. Pobudki do zdobycia szczytu i wewnętrzne ambicje często zderzają się z tym, co przygotowała dla nas natura.

- Robię sobie wizualizację, wyobrażając sobie, że staję przed ścianą, mam do niej cztery kilometry i zastanawiam się co mam w dłoniach i czy to mi wystarczy. Nie ma tam przecież służb ratowniczych, ani tych wszystkich rzeczy, do których jesteśmy przyzwyczajeni - tłumaczyła Baranowska.

Podczas wyprawy ważna jest również współpraca. Bez zgranego zespołu ciężko jest stawiać czoła trudnościom.

- Szalenie istotny jest dla mnie zespół. Bo istotne jest to, czy możemy sobie ufać. Ten aspekt jest bardzo szybko sprawdzany i weryfikowany w górach wysokich.  Jesteśmy w górach, jak na statku i nie mamy już gdzie uciec. Nie wyjdę przecież z namiotu i nie powiem koledze, że mi się nie podoba, albo, że jest mi z nim tam niezbyt fajnie - wyznała himalaistka.

W górach życie toczy się innym torem. Powrót do rzeczywistości jest często szokiem. Nagle świat zrzuca przed członkami wyprawę maskę i znów staje się szybki i głośny.

- Zawsze, gdy wracamy z gór wysokich, gdzie panuje przejmująca cisza, zetknięcie się z Katmandu jest dla nas ogromnym szokiem. Tam przygotowujemy się też do wyprawy, organizujemy ostatnie sprawunki, załatwiamy mnóstwo niezbędnych rzeczy. Tam też można poznać inną kulturę i zupełnie inny styl życia - dodała autorka programu "Kobieca Korona Himalajów".

Nowy dom w sercu gór

Wyprawa nie może odbyć się bez niezbędnych pozwoleń oraz przemyślanych kroków. Zanim podejmie się atak szczytowy, musi minąć nie kilka dni, a kilka tygodni.

- Na samym początku udajemy się do ministerstwa sportu, aby dostać pozwolenie na wejście na szczyt. Pakujemy swoje rzeczy do beczek, które są najbardziej praktyczne. Kiedy docieramy do ostatniej wioski, ważymy nasze bagaże i organizujemy karawanę do bazy. Trekkingi są bardzo różne, dlatego różni się ich czas trwania. Który wynosi średnio od czterech dni do dwóch tygodni. Gdy docieram do bazy, czasami myślę sobie, że jeden ośmiotysięcznik mam już za sobą. To jest moment, kiedy musimy założyć sobie bazę, która będzie naszym domem przez najbliższe kilkanaście tygodni - mówiła członkini Klubu Wysokogórskiego Warszawa.

Ogromne znaczenie ma też współpraca. W górach nie ma miejsca na kłótnie. Wszystko musi działać, jak w dobrej machinie. Niekoniecznie mile widziani są ci, dla których liczą się tylko własne ambicje. Nie ma też sensu kłamać. Wszystko zostanie zweryfikowane podczas wyprawy.

- Ważne jest, aby usiąść w zespołach i ustalić, kto za co odpowiada. Liczymy na siebie, ale także na własną pomoc. Dobrym sposobem jest przyznać się nie tyle do swoich umiejętności, co do ich braku. Z tym drugim jest zazwyczaj większy kłopot, ale ewentualne kłamstwa szybko wychodzą na jaw. Z takiego powodu może wyniknąć też konflikt. Umiejętność współpracy w zespole jest nawet ważniejsza od tego, kto jak się wspina. Umiejętności można poprawić, ale gdy nie ma genu współpracy, zaraz w naszym gronie niesie się wieść, że ta osoba jest solistą i gra dla siebie - nie wiadomo, czy można się związać z nim liną - wyznała pierwsza Polka na trzech ośmiotysięcznikach.

Woda na wyprawie

Baranowska z pochodzenia jest wejherowianką. Choć zdecydowanie bliżej było jej do morza, wybrała drogę, która pozwala jej patrzeć na świat z zupełnie innej perspektywy. Jest jedną z tych szczęśliwców, którzy z pasji uczynili swój sposób na życie, które dla wielu pozostających na nizinach rodzi wiele ciekawych pytań.

- Kąpiemy się, gdy temperatura jest dodania, a na wyprawach letnich termometr pokazuje około 10-12 stopni. Na wyprawach zimowych  nie ma takich warunków, więc podejrzewam, że chłopaki się nie kąpią. Gdy robi się ciepło, wszyscy wylegają i wtedy jest wielkie pranie i wielkie sprzątanie - mówiła z uśmiechem na twarzy himalaistka.

Nawodnienie to kolejny z serii na pozór przyziemnych aspektów, o którym podczas wysokogórskich wypraw zapominać nie wolno. W tym wszystkim najtrudniejszą barierą są oczywiście warunki, w jakich znajdują się jej członkowie.

- Po aklimatyzacji, która trwa trzy lub cztery tygodnie, zaczyna się wędrówka. Wszystko robimy na zakładkę, a więc wychodzimy do obozu pierwszego, śpimy, schodzimy do bazy i regenerujemy się, aby potem znów wejść do obozu pierwszego i tak dalej z kolejnymi obozami. W to wszystko wchodzi natura, która rozdaje karty. To dla nas oznacza dobre przystosowanie organizmu do wysokości. W górach musimy dużo pić. Wskazane jest nawet 5 litrów dziennie, co w rzeczywistości jest bardzo trudno, bo roztapiamy ciągle śnieg - dodała Baranowska.

Z szacunku dla Boga

Organizm w Himalajach potrzebuje zdecydowanie więcej energii. Ilość spalanych kalorii zadowoliłaby z pewnością niejednego człowieka będącego na diecie.

- Każdego dnia zużywamy siedem tysięcy kalorii dziennie. Jeśli w dniu, który przeznaczony jest na regenerację nie odpocznę, nie ma kolejnego wyjścia. Musimy nauczyć się regularnie i dobrze regenerować. Robienie samemu sobie prezentów jest szalenie ważne, bo jeśli tego nie robimy, mamy poczucie, że cały czas jesteśmy w mordędze - powiedziała reprezentantka Polski.

Siłę charakteru dobrze sprawdza się w górach. Wbrew pozorom nie jest najtrudniej wtedy, gdy stajemy przed ciężkim zadaniem technicznym, ale wówczas, gdy przed człowiekiem jawi się perspektywa kolejnych dni czekania na okno pogodowe.

- Najwięcej rezygnacji jest podczas czekania, gdy nie dzieje się nic, więc trzeba patrzeć tylko i wyłącznie w tropik. Przychodzą wtedy pytania o sens, motywację wewnętrzną. Najważniejsza jest umiejętność bycia ze sobą - tłumaczyła himalaistka.

Jakie to uczucie dotknąć  stopami szczytu?

- Kiedy wychodzimy na szczyt, wyruszamy około północy tak, aby wrócić z niego za dnia do obozu. Wychodząc na szczyt, nigdy nie stajemy na samym wierzchołku, ale krok przed. Według lokalnych przekazów, jest to miejsce zarezerwowane tylko dla Boga. Choć nie jesteśmy Buddystami, staramy się szanować ten zwyczaj - zakończyła Kinga Baranowska.

Aleksandra Bazułka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje