Reklama

Reklama

Justyna Iskrzycka: Najpierw trzeba było wszystko sobie wyjaśnić

Justyna Iskrzycka wraz z koleżankami zdobyła brązowy medal w Tokio w K-4 na dystansie 500 metrów. To pierwszy olimpijski medal w kobiecej "czwórce" w historii startów reprezentacji Polski. Niewiele jednak brakowało, by w ogóle nie znalazła się w kadrze, bowiem została niemal w ostatniej chwili powołana w miejsce kontuzjowanej Katarzyny Kołodziejczyk. W rozmowie z Interią Iskrzycka opowiada między innymi o tym, jak przebiegało oczyszczanie atmosfery w osadzie, o przekonaniu, że stać je na medal i… mszach świętych w wiosce olimpijskiej na specjalne zamówienie.

Pani życie po igrzyskach bardzo się zmieniło?

Na pewno pod względem liczby spotkań, oficjalnych bądź nieoficjalnych. Tych w szkołach, gdzie prowadziłam lekcje dla młodzieży czy na różnych uroczystościach, na które bywałam zaproszona jako gość. To jest życie na pewno mniej spokojne, ale nie narzekam.

Tokio 2020: Historyczny medal Polek



Medal w Tokio był zaskoczeniem?

Ciężko powiedzieć, czy to było zaskoczenie. Jadąc na igrzyska, wierzyłam, że mamy szansę zdobyć medal. Nie mogę powiedzieć, że jestem nim zaskoczona, ale to była ogromna radość i spełnienie marzeń. Medal olimpijski to przecież dla sportowca najważniejsze trofeum.

Reklama

Niewiele brakowało, a w ogóle zabrakłoby pani na igrzyskach...

To prawda, do reprezentacji olimpijskiej wskoczyłam w ostatnim momencie. Niestety jedna z dziewczyn, która była członkiem tej osady, doznała kontuzji i to wykluczyło ją ze startów. O tym, że pojadę na igrzyska, dowiedziałam się właściwie w ostatniej chwili.

Przesiadła się pani z pozycji szlakowej do środka osady. To była duża zmiana?

Na pewno, to całkowicie inna pozycja, zupełnie inaczej odczuwa się kajak, inaczej współpracuje z koleżankami. Będąc z przodu, na pozycji szlakowej, nadaje się tempo, nie ma się przed sobą nikogo, kto by na przykład chlapał wodą. Siedząc w środku, należy dostosować się do osady, do tempa nadawanego przez szlakową, która wybiera taktykę i dyktuje rytm. Z tyłu siedzą "motory napędowe". I właśnie w taką rolę musiałam się wcielić. To była dla mnie całkowicie nowa sytuacja. Pierwszy raz miałam okazję pływać też w osadzie z Karoliną Nają. Zazwyczaj obie byłyśmy szlakowymi i nie miałyśmy okazji się spotkać w jednej osadzie. W "czwórce" bardzo ważne jest też zgranie. Trzeba umieć dogadać się nie tylko na wodzie, ale i poza osadą. Wiadomo, w grupie bywa różnie, a w osadzie nie może być żadnych zgrzytów, bo wtedy nie ma szans, żeby popłynęła. Dlatego najpierw trzeba było wszystko sobie wyjaśnić. Nie byłyśmy pokłócone, ale jakieś niedomówienia zawsze są, bo przecież często ze sobą rywalizowałyśmy. Dlatego warto było najpierw oczyścić swoje relacje, a dopiero później zgrywać się w jedną osadę.

Co znaczy, że musiałyście oczyścić relacje? Trzeba było powiedzieć sobie kilka tzw. męskich słów?

Nie, nie. Wiadomo, jak to bywa. Z jednym bardziej się znamy i lubimy, z innym nie mamy takiej styczności. Ania zawsze mieszkała z Karoliną, a ja często z Martą i tak naprawdę nie miałyśmy zbytniej styczności. Jeździmy razem na zgrupowania, trenujemy w jednej grupie, ale tej relacji bliższej nie było. A to ważne, żeby się dobrze poznać, mieć do siebie zaufanie. Dlatego musiałyśmy się po prostu lepiej poznać.


Jak pod względem charakterologicznym wygląda Wasza osada?

Każda z nas jest inna, każda ma inny temperament, charakter. Dlatego nie było łatwo tę osadę zgrać. Nigdy nie było olimpijskiego medalu w kobiecej "czwórce". Były krążki z MŚ czy ME, ale z igrzysk do tej pory nie. Zawsze czegoś brakowało. Tym razem udało nam się stworzyć taką osadę, która po ten medal popłynęła. Tym razem właśnie tego "czegoś" nie brakło. Dla każdej z nas była to nowa sytuacja, nie było wiele czasu, dlatego trzeba było się sprężyć i włożyć całe serce w przygotowanie tej osady.

Miała pani okazję również wziąć udział w ceremonii zamknięcia igrzysk. To duże przeżycie?

Oczywiście! Tak naprawdę będąc na igrzyskach, nie miałyśmy zbyt wielu okazji, żeby poczuć ich atmosferę. Tego święta wszystkich sportowców, na którym się spotykamy i rywalizujemy w uczciwej walce. Każdy skupiał się na startach i dopiero już po wszystkich konkurencjach miałyśmy okazję poczuć ten klimat. Na zawodach niestety nie ma czasu, nawet na zwiedzanie wioski, gdzie zawsze dużo się dzieje. Podczas ceremonii otwarcia nie byłyśmy nawet w wiosce olimpijskiej, tak że zostały nam bardzo miłe wspomnienia z ceremonii zamknięcia, gdzie mogliśmy świętować ze sportowcami z różnych dyscyplin, ze wszystkich stron świata.

Co, poza medalem, zapamiętała pani z Japonii?

Na pewno ludzie, bardzo otwarci i przyjaźni. Będąc na zgrupowaniu w Enie w Japonii, miałyśmy okazję przebywać wśród nich. Przyjęli nas bardzo ciepło i serdecznie. Robili wszystko, żeby dopiąć wszystko na ostatni guzik, abyśmy miały jak najlepsze warunki.

Indywidualna msza dla osady kajakarek



Podobno miałyście indywidualne msze święte w wiosce. Trzeba mieć specjalne chody, żeby coś takiego zorganizować?

Myślę, że nie (śmiech). Ksiądz kapelan był bardzo otwarty i nie trzeba było specjalnych znajomości. Z racji tego, że byłyśmy przed startami, dużo trenowałyśmy, to organizacja czasu musiała być inna. Msze i nabożeństwa odbywały się według harmonogramu, ale nie mogłyśmy w nich uczestniczyć z powodu treningów. Dlatego ksiądz odprawiał je specjalnie dla nas.

A jak to ogólnie wyglądało? Był ścisły harmonogram mszy świętych w wiosce olimpijskiej?

Ksiądz miał swój pokoik, na którym na drzwiach był harmonogram mszy i nabożeństw. W naszym budynku, gdzie mieszkała polska kadra, była również informacja, w którym pokoju urzęduje kapelan. Był dostępny dla każdego, kto chciał się spotkać i porozmawiać.

Gdzie zaczęła się pani droga do Tokio? Dlaczego akurat kajakarstwo?

Zaczęłam już będąc w drugiej klasie podstawówki. Wcześniej uczyłam się pływać w szkółce pływackiej, próbowałam też karate i judo, ale jednak kajakarstwo spodobało mi się najbardziej i zostałam w tej dyscyplinie. Później poszłam do szkoły sportowej o takim profilu. Kajaki zajmowały dużą część mojego życia, tak zostało do dziś i to doprowadziło do medalu olimpijskiego.

Przeczytałem, że pływała pani na "kaczoku". Co to w ogóle jest?

W Czechowicach-Dziedzicach jest staw, na którym zaczynałam. Zazwyczaj trenuje się na jeziorach, rzekach czy kanałach, które są nie co większe. U nas jest to staw, który płynąc dookoła ma 1200 metrów. Żeby pokonać 500 metrów, trzeba płynąć po przekątnej, od krzaków do krzaków. Dlatego jest to "kaczok". Kałuża dla kaczek.

Z kajakarstwa w naszym kraju da się żyć?

Jak widać jeszcze żyjemy, czyli jakoś się da (śmiech). Nie jest to popularna dyscyplina, a wiadomo, że za popularnością idą pieniądze, jednak, jeśli są wyniki, fundusze się znajdują. Gorzej, jeśli jest rok, w którym tych wyników nie ma. Bo od nich zależne są stypendia, przyznawane na okres 12 miesięcy.

Igrzyska w Paryżu coraz bliżej. "Czasu zostało niewiele"



Myśli pani już o igrzyskach w Paryżu?

Po tym sezonie miałam dłuższą przerwę, chyba najdłuższą w karierze. To były dwa miesiące, w których całkowicie odpoczywałam od kajakarstwa. Od listopada jednak wróciłam do treningów. Byłyśmy z kadrą na zgrupowaniu w Vila Nova De Milfontes, a teraz dotarłyśmy na kolejne, tym razem w Zakopanem. I to już przygotowania do Paryża. Czasu zostało niewiele. Do igrzysk to tylko dwa i pół roku, a do kwalifikacji olimpijskich ledwie półtora.

Pani z Paryżem nie ma zbyt dobrych wspomnień. Będąc tam na wycieczce, trafiła akurat na weekend, w którym odbywały się zamachy terrorystyczne...

Tak było. Mam nadzieje, że tym razem żadna bomba nie wystrzeli. Pojechałyśmy tam na szybką, weekendową wycieczkę. Byłam tam co prawda rok wcześniej na zawodach, ale co jest typowe, nie było okazji niczego zwiedzać. Nie widziałam nawet wieży Eiffla, dlatego postanowiłam wybrać się do Paryża i ją zobaczyć. To był 2015 rok i akurat trafiłam na weekend, w którym zdarzyły się te zamachy terrorystyczne. Kiedy się tylko o tym dowiedziałam, schowałam się do hotelu. Czy było jakieś zagrożenie? Pewnie tak, w końcu to wszystko odbywało się niedaleko. Byłam niby w bezpiecznym miejscu, choć tak naprawdę bezpiecznie było pewnie z dala od Paryża.

Lubi pani podróżować?

Tak, choć w sezonie nie mam na to czasu, a i po sezonie czasu jest niewiele. Zazwyczaj to półtora miesiąca, teraz wyjątkowo po igrzyskach były dwa, choć przez to, że było dużo więcej obowiązków i zobowiązań, nie było okazji do wyjazdu. Udało mi się wyskoczyć na dłuższy weekend nad polskie morze. I tylko tyle udało się wygospodarować, bo jestem jeszcze studentką i jak tylko skończę sezon, zabieram się za książki i studia.

A co z czasem wolnym? Ma pani jakieś hobby pozwalające oderwać się od sportu?

Kiedy jestem na zgrupowaniach, głównie czytam książki i rozwiązuje krzyżówki. Moim ulubionym autorem jest Éric-Emmanuel Schmitt, choć się oderwać od sportu, czytam też książki obyczajowe. Między zgrupowaniami mamy krótkie przerwy i to jest chwila, żeby odwiedzić rodzinę, czy pozałatwiać jakieś swoje sprawy. Bo najczęściej przebywamy za granicą i nie ma takiej możliwości, tak że po powrocie do domu trzeba ponadrabiać zaległości.


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje