Reklama

Reklama

Jakub Przygoński: Nie mogę sobie pozwolić na stagnację

Jakub Przygoński, jadąc z pilotem Tomem Cousolem, zajął siódme miejsce w Rajdzie Dakar, w którym wystartował po raz ósmy, ale dopiero drugi w rywalizacji samochodów. Przed rokiem kierowca Orlen Team minął metę na 15. miejscu w klasyfikacji generalnej.

Interia: Podobno Dakar to najtrudniejszy rajd na świecie, a przyznam szczerze, że trochę chwilami w to można było zwątpić.

Jakub Przygoński: Bo to jest najtrudniejszy rajd, zapewniam, ale skąd takie wnioski?

Może trzymajmy się właściwych stron i to ja będę zadawał pytania?

- No dobrze, cofam pytanie, ale poczułem jakby rękawica została rzucona.  

Faktycznie została. Chyba trudno uwierzyć, widząc na krótkich filmikach Kubę Przygońskiego czystego i uśmiechniętego, komentującego sytuację po każdym etapie, że ma właśnie za sobą 500 czy 700 przejechanych kilometrów?

Reklama

- To raczej tylko dobry PR i odrobina wysiłku, bo jakbym stanął przed kamerami tuż po dotarciu do bazy, to ktoś mógłby mnie nie poznać. Wystarczy spojrzeć na auto, z którego wysiadam, pokryte błotem i piaskiem, że łatwo je pomylić z innymi zaparkowanymi obok. W sumie to stało się częścią mojej pracy, zanim pójdę odpocząć przed kolejnym etapem.

Dziennikarze podążający w Dakarze za uczestnikami i przepytujący ich po każdym dniu to nie jest nic nadzwyczajnego, ale pańska aktywność na Facebooku robiła wrażenie.

- Tak, można powiedzieć, że to jest miara czasów, bo już chyba nikt nie może funkcjonować bez socjalmediów. No i jest też duże ciśnienie, żeby jak najszybciej informować, więc starałem się to robić, jak tylko była możliwość.

Czy to nie dekoncentruje trochę, bo przecież po przejechaniu kilkuset kilometrów, to chyba człowiek marzy o tym, by jak najszybciej zamknąć się w namiocie i odpocząć?    

- To nie jest takie łatwe, choć z jednej strony faktycznie dopiero w bazie dociera do nas zmęczenie. Ale i tak jeszcze jakiś czas po dotarciu na odpoczynek poziom adrenaliny jest tak wysoki, że ciężko się wyciszyć, a tym bardziej zasnąć szybko. Zresztą, trzeba zjeść kolację, podsumować wydarzenia na trasie, ustalić zarys taktyki na kolejny etap. A no i wyliczyć wszystkie detale problemów technicznych, żeby ułatwić ekipie sprawdzenie samochodu i usunięcie defektów, czy uszkodzonych części. Trochę obowiązków się uzbiera, zanim można faktycznie pomyśleć o odpoczynku.

Socjalmedia coraz odważniej wkraczają w życie prywatne sportowców, chyba łatwo się pogubić w tym, by zupełnie nie stracić prywatności?

- Tak, na pewno w ten sposób oddaje się część swojej prywatności, ale można zachować wszystko w ryzach. To chyba kwestia zdrowego rozsądku i rozgraniczenia pracy od prywatnego życia. Nie widzę problemu z problemu, żeby wstawiać w socjalmediach zdjęcia z treningów, przygotowań do Dakaru, konferencji prasowych i innych rzeczy związanych ze ściganiem się i ogólnie mówiąc praca kierowcy rajdowego. Jednak nie wyobrażam sobie, żeby to samo robić ze sprawami dotyczącymi mojej rodziny i czasu wolnego. To jest przestrzeń, którą rezerwuję dla najbliższych i nie zamierzam tam wpuszczać mediów.   

To chyba staje się coraz trudniejsze do opanowania?

- Na pewno tak, ale to kwestia oswojenia się z nimi. Trzeba po prostu korzystać z socjalmediów świadomie, z rozsądkiem i nie przesadzać z pokazywaniem zbyt wielu elementów życia prywatnego. Kwestia zachowania zdrowego rozsądku i bezpieczeństwa.

No dobrze, najtrudniejszy rajd w roku się skończył, Facebook już wie, że pan wylądował na Okęciu...

- Tak? Skąd pan wie, może lepiej sprawdzę, żeby się upewnić czy na pewno.

Nie trzeba, przed chwilą sprawdzałem, nawet transmisja na żywo po przylocie była. 

- No to teraz mogę jechać do domu i odpocząć.

Ale to dopiero socjalmedia załatwione, jeszcze wywiad przecież...

- A już myślałem, że mi się udało wymigać.

Na razie to się udało wrócić, więc w samolocie był czas na przemyślenia. Siódme miejsce w Rajdzie Dakar 2017 to powód do radości czy niedosytu?

- Biorąc pod uwagę naprawdę wysoką skalę trudności tegorocznej edycji, to na pewno dotarcie do mety było sukcesem. A w tych okolicznościach ukończenie rywalizacji na siódmej pozycji w klasyfikacji generalnej to jest sukces, tym bardziej, że naszym celem było miejsce w pierwszej dziesiątce. Nie było o taki wynik łatwo, bo większość rywali z czołówki rywalizacji samochodów to o wiele bardziej doświadczeni kierowcy, no i dużo starsi ode mnie, a ja ścigałem się z nimi jak równy z równym. Tak, zdecydowanie jestem zadowolony z tego startu, bo cały tegoroczny Dakar był ekstremalnie trudny i pełen niespodzianek, praktycznie na każdym odcinku specjalnym. Uważam, że to najtrudniejszy Dakar, w jakim brałem udział.

Nie da się ukryć, że samochód wiszący nad urwiskiem to chyba nie jest zwykłe zdarzenie, nawet w Dakarze?

- Tak, przed pechowym dziesiątym odcinkiem właściwie uniknęliśmy większych błędów, mieliśmy świetne tempo jazdy. Podczas dnia przerwy zdecydowaliśmy z Tomem, że przypuścimy solidny atak na czołówkę w ostatniej fazie rajdu. Niestety, kiedy jechaliśmy korytem wyschniętej rzeki, auto zsunęło się nam z urwiska i potem jeszcze przewróciło na bok. Nie było w okolicy nikogo, kto mógłby nam pomóc, więc we dwóch musieliśmy się nieźle nagimnastykować, żeby znów postawić samochód na koła. Na szczęście udało się, ale niestety zepsuła się nam felga, zacisk i tarcza hamulcowa, więc zanim ruszyliśmy, musieliśmy jeszcze dokonać naprawy koła. W sumie straciliśmy na to wszystko około półtorej godziny. W sumie, był taki moment, że wydawało nam się, że rajd się dla nas już skończył. Ale udało się ukończyć odcinek i dotrzeć do bazy, gdzie technicy wzięli na warsztat auto. No i w końcówce Dakaru powalczyliśmy skutecznie o siódmą pozycję.

Teraz czas na powrót do domu, błogie lenistwo i odpoczynek?

- Na to przyjedzie czas, bo na razie to nie mogę się doczekać, kiedy zobaczę moje dziewczyny. Musze się dowiedzieć, co się działo w życiu mojej małej córeczki przez te trzy tygodnie od mojego wyjazdu. No a potem faktycznie odpocznę, choć to też nie będzie leżenie brzuchem do góry. Muszę trochę nad robić rzeczy związanych z byciem tatą i nacieszyć się czasem spędzonym z najbliższymi. Ale tak naprawdę już teraz zaczyna się dla mnie okres przygotowań do kolejnej edycji Dakaru.

Nie za wcześnie? Przecież ten będzie za rok dopiero, jeszcze nie jest znana trasa, nawet kraje, przez które będzie prowadzić 39. edycja.

- Jestem młodym zawodnikiem w stawce, ale nie mogę sobie pozwolić na stagnację. Szybko się uczę, robię duże postępy, ale muszę nieustannie dbać o swój rozwój. Warto też wykorzystać to, że jestem obecnie na fali wznoszącej. Jeśli chcę myśleć poważnie, żeby w kolejnym Rajdzie Dakar dobrać się do skóry starszym i bardziej doświadczonym rywalom z czołówki, to muszę solidnie przepracować ten rok, żeby się jeszcze lepiej przygotować do startu.

Czyli wyprzedzić tegorocznego zwycięzcę Peterhansela oraz sklasyfikowanych tuż za nim Loeba i Despresa?

- Byłoby miło, ale to nie jest takie łatwe. Oni na Dakarze zjedli jednak zęby. Ale na pewno miejsce w pierwszej piątce, a może walka o pozycję na podium w generalce, to byłoby już coś. Zobaczymy, na razie przede mną dużo pracy, a jakie będą efekty, zobaczymy za rok.

Rozmawiał Tomasz Dobiecki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje