Reklama

Reklama

Hołowczyc wrócił do kraju z Rajdu Dakar

Po prawie 20-godzinnej podróży w środę po południu wrócił do Warszawy zawodnik Orlen Teamu Krzysztof Hołowczyc, który z powodu awarii tylnego mostu w samochodzie w poniedziałek musiał się wycofać z 32. Rajdu Dakar.

"Nie wytrzymała mała, metalowa część, która przekazuje napęd na tylną oś. Chcieliśmy wymontować tył i jechać dalej tylko z przednim napędem, ale kawałki metalu, które dostały się do środka blokowały pracę mechanizmu" - powiedział na lotnisku Okęcie w Warszawie Hołowczyc.

Załoga Krzysztof Hołowczyc z pilotem Jeanem Marcem Fortinem miała w poniedziałek pecha. Ich Nissan Navara wcześniej nie zawodził, nie było żadnych "przygód", nie trzeba było wymienić nawet jednego uszkodzonego zderzaka.

"Niestety, główny samochód serwisowy T4 wcześniej się popsuł i nie mógł jechać. W drugiej ciężarówce zapasowego tylnego mostu nie było. Można go było wymontować z innego auta, ale z naszej strony byłoby to oszustwo, gdybyśmy pojechali dalej. Zdecydowaliśmy się wycofać, nie chcemy, aby ktokolwiek mówił, że oszukiwaliśmy. Sport jest piękny, ale są granice, których nie można przekroczyć" - przyznał Hołowczyc.

Reklama

Pech dopadł załogę Orlen Teamu na ostatnim etapie pustynnym. Następnego dnia trasa miała już bardziej przypominać OS-y z rajdowych mistrzostw świata, które Hołowczyc bardzo lubi.

"Byliśmy dobrze nastawieni z Jean Marcem, odcinki WRC są łatwe, przyjemne, lubię po nich jeździć. W zasadzie najcięższe etapy miały już być za nami, na trasie było dużo ciężkich wypadków, organizator zafundował nam super ciężką drogą. Sam fakt, że w rajdzie zostało tylko pięćdziesiąt kilka samochodów, świadczy o tym, jakie przeszliśmy piekło" - dodał kierowca w Olsztyna.

Do awarii doszło po sporej hopie, gdy po locie w powietrzu samochód spadł na tylne koła i cały napęd był przekazywany na tylną oś. Tak potężnego obciążenia nie wytrzymała mała metalowa część. Zdaniem Hołowczyca, gdyby samochód udało się szybko naprawić i załoga mogłaby pojechać dalej, w klasyfikacji rajdu byłaby w granicach 10 miejsca. Na kolejnych etapach - jak uważa kierowca Nissana - mogliby powalczyć o miejsce ósme, może nawet siódme na mecie. Na lokatę na podium szans nie było.

"Kiedy człowiek wie, że auto zostało jednak naprawione i możnaby jechać dalej, jest strasznym uczuciem, gdy musisz zrezygnować, aby nie oszukiwać rywali. W tym sporcie jednak nie zawsze się wszystko układa tak, jak byśmy chcieli. Straty mogły być o wiele mniejsze, gdyby nie awaria samochodu technicznego. Mogę tylko powiedzieć, że jest nam bardzo przykro" - uważa Hołowczyc, który przyznał, że liczy, iż w kolejnym rajdzie już pech go nie dopadnie i będzie mógł walczyć o miejsce na podium.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy