Reklama

Reklama

Anna Stanieczek: W zawodach nie wypadnę z czołowej trójki

Jedna z najlepszych polskich łuczniczek specjalizujących się w konkurencji bloczków Anna Stanieczek utrzymuje wysoką formę. - Jest tak wielka, że mogę wystartować chociażby jutro – powiedziała 65-letnia zawodniczka.

Łuczniczka Orlika Goleszów spełnia wszystkie kryteria, aby uważać się za sportowca amatora. Jedna z najlepszych w Polsce zawodniczek specjalizujących się w strzelaniu łuku bloczkowego sama od wielu lat ponosi większość kosztów uczestnictwa w zawodach krajowych i zagranicznych.

Reklama

Paradoksem jest fakt, że za zdobycie złotego medalu halowych mistrzostw Europy w chorwackim Porecu w 2010 roku nie dostała ani złotówki nagrody. Jej sukces zaskoczył wtedy wszystkie rywalki, zwłaszcza te bardziej od niej utytułowane.

Teraz, kiedy na świecie szaleje epidemia koronawirusa, Stanieczek trenuje intensywnie, tak jakby zawieszone rozgrywki miały zostać wznowione w najbliższej przyszłości.

"Jestem w bardzo dobrej formie. W naszym gospodarstwie w Goleszowie, gdzie nie dotarła ta zaraza, mam w ogrodzie tory, na których mogę strzelać na dystansie 50 metrów. Sport jest dla mnie doskonałą odskocznią od zaistniałej sytuacji pandemii. Pracy się nie boję. Zresztą towarzyszy mi ona od dziecka. Teraz cieszę się, że mam pomocników w osobach mojego syna Zbigniewa oraz jego żony Agaty. Obojgu nie jest obce łucznictwo, byli w przeszłości zawodnikami" - powiedziała Stanieczek. Podkreśliła, że jest dumna z obojga. "Zbyszek jest gospodarzem pełną gębą, Agata jeździ traktorem i chyba jest lepsza w tym od niego"- dodała.

Rodzina Stanieczków cieszy się, że koronawirus nie dotarł do nich. Cieszy się też, że w sierpniu powiększy się, a czteroletni Kubuś będzie miał upragnione rodzeństwo.

"Raz na dwa tygodnie jeżdżę z synową do sklepu. W gospodarstwie mamy mleka i jajek pod dostatkiem, a z tych produktów można wyczarować w domowej kuchni dosłownie wszystko. Kupujemy więc tylko jakieś inne niezbędne produkty" - powiedziała mistrzyni Europy z Porecu.

W gospodarstwie obejmującym łącznie z dzierżawą 40 hektarów pracy jest dużo od rana do wieczora, a czasami także w nocy, kiedy cieli się krowa. Do oporządzenia jest 60 zwierząt. Mimo to doświadczona zawodniczka nie traci sportowej formy.

"Po treningach, w których jestem dla siebie także doradcą, widzę, że jeśli ruszy rywalizacja, to nie wypadnę z trójki najlepszych" - zapewnia Stanieczek.

Urodziła się 24 stycznia 1955 roku, tak znakomitym dla polskiego łucznictwa. W Helsinkach Katarzyna Wiśniowska zdobyła wówczas w rywalizacji indywidualnej i drużynowej aż dziewięć medali mistrzostw świata - cztery złote, dwa srebrne i trzy brązowe.

"Ponieważ urodziłam się w styczniu, kocham także sporty zimowe. Mam za sobą karierę w biegach narciarskich i biathlonie. Aby nie tracić kontaktu z dyscyplinami zimowymi zdobyłam przed piętnastu laty uprawnienia sędziego odległości w skokach narciarskich. Mierzyłam je w kwalifikacjach i konkursie Pucharu Świata na skoczni w Wiśle-Malince w 2019 roku. Byłam potem niezwykle dumna, bowiem "moje" odległości nie różniły się od pomiaru elektronicznego" - podkreśliła sportsmenka.

Z Anną Stanieczek rozmawiał Jerzy Jakobsche 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje