Zarobki polskiego asa w niszowym sporcie. Zaskoczenie? Porównał się do piłkarzy
- W miejscu, w którym ja jestem, zdobywając medale głównych imprez nieprzerwanie od 2022 roku, nie brakuje mi niczego. Wiadomo, ja nie zarabiam tyle co piłkarze, bo jest to inna skala, milionerem nie jestem, ale moje zarobki pozwalają mi na godne życie. I nie muszę martwić się o to, co będzie jutro - mówi w rozmowie z Interią 30-letni Dominik Czaja, nasz wioślarski multimedalista, trzeci zawodnik igrzysk olimpijskich w Paryżu (czwórka podwójna), zdobywca podiów mistrzostw świata i Europy.

Artur Gac, Interia: Punktem odniesienia dla twojego dorobku jest wywalczony w Paryżu brązowy medal olimpijski. Zmienił on położenie twojej kariery i perspektywy?
Dominik Czaja: - Na pewno jest to coś bardzo dużego, spełnienie jednego z moich największych marzeń. Wiemy, że zostają jeszcze medale srebrny i złoty, a będą kolejne szanse, aby dołożyć coś następnego do swojego dorobku. Powiem szczerze, że w minionym sezonie czułem dużo większą radość z tego, co robię. To dlatego, że spełniłem coś, co bardzo długo miałem w głowie. Teraz już wiem, że mogę i chcę tylko więcej. Ostatnie miesiące uważam za bardzo udane, bo wywalczyłem brązowy medal mistrzostw Europy i brąz w mistrzostwach świata. Uważam, że jest to dobre otwarcie kolejnego, olimpijskiego cyklu. Szczególnie, że w czwórce, w której zazwyczaj pływam, zmieniło się 3/4 składu, zostałem tylko ja. Więc było to bardzo duże wyzwanie, które kończy się medalami, czyli wszystko jest na dobrej drodze na przyszłość.
Czego najbardziej potrzebowałeś do uzyskania przełomu w karierze? Mówimy przede wszystkim o "kliknięciu" mentalnym?
- Wydaje mi się, że te porażki, które poniosłem, gdy przed laty nie zakwalifikowałem się na igrzyska w Rio de Janeiro, a w Tokio zająłem czwarte miejsce, w sumie mnie zbudowały. I pozwoliły jeszcze bardziej uwierzyć w siebie oraz zawziąć się, by udowodnić samemu sobie, że jestem w stanie zdobyć olimpijski "krążek". Gdy rok po igrzyskach w Japonii zostaliśmy mistrzami świata, od tego momentu kontynuowaliśmy naszą passę medalową na głównych imprezach, włącznie z olimpiadą w Paryżu. Tak, zbudowały mnie wymienione porażki.
Jesteś jednym z wielu przykładów sportowców, którzy musieli doświadczyć goryczy niepowodzenia, aby różne rzeczy sobie przewartościować. Inna sprawa, że to szalenie trudny moment. Dziś mówimy z tej perspektywy, że nauczyłeś się na porażkach, ale początek lekcji w chwili niepowodzenia często jest taki, że człowiek staje na rozdrożu.
- Oczywiście, jest to bardzo ciężki moment. I, mówiąc kolokwialnie, ma się niezwykle twardy orzech do zgryzienia. Wracając do Tokio, zająłem tam czwarte miejsce i otarłem się o medal, bo do brązu brakowało mi 0,2 s, a do srebra 0,4 sekundy. To jest dosłownie nic. Więc z jednej strony są myśli, że przecież byłem blisko, a z drugiej strony trzeba poradzić sobie z rozczarowaniem, bo jednak to ja przegrałem. Trzeba znaleźć w sobie ogromną siłę, aby powiedzieć: "chcę więcej i lepiej", a nie poddać się. Cieszę się, że w przypadku kolejnych nagród z PKOl-u, nie tylko miejsca medalowe będą premiowane, ale także lokaty od czwartej do ósmej. Sportowcy blisko podium trenują tak samo ciężko jak inni, a na końcu często niuanse decydują, kto sięga gwiazd na tej szczególnej imprezie czterolecia. Trzeba na niej pokazać swój absolutny maksimum w danym dniu i o określonej godzinie, a doskonale wiemy, że nie jest to takie proste, jak niektórym się wydaje. Wiele osób wraca z igrzysk z niespełnionym marzeniem, a taka nagroda finansowa może sprawić, że liczni dostaną dodatkowy argument, by pozostać przy sporcie i zrobią wszystko, by odpłacić się przy kolejnej okazji.
Patrząc na ciebie z boku, jesteś facetem na schwał, dobrze zbudowanym, jeżdżącym po świecie sportowcem, stającym na podiach największych imprez. A czy doświadczałeś momentów, których nie widać, czyli nie radziłeś sobie, głowa wysiadała i potrzebowałeś fachowej pomocy?
- Powiem szczerze, że przed igrzyskami pracowałem z psychologiem. Ale nie pod kątem problemów, tylko radzenia sobie ze stresem i presją, które były dość spore. Tylko my, jako wioślarze w naszej konkurencji w Polskim Związku Towarzystw Wioślarskich, w ostatnim czasie zdobywaliśmy medale. Wiedzieliśmy zatem, że wszyscy patrzą i liczą na nas. Sami też wiedzieliśmy, że stać nas na to, bo przez cały skrócony okres od poprzednich igrzysk, jak już powiedziałem, zdobywaliśmy medal na każdej imprezie, gdzie startowaliśmy. I poniekąd musiałem, ale też chciałem mieć pewność, że będę potrafił poradzić sobie z tym dniem, który w końcu nadejdzie. A czy kiedykolwiek wcześniej borykałem się z problemami mentalnymi? Nie, co bardzo sobie cenię. Mnie porażki naprawdę zawsze budowały, a nie załamywałem się aż tak, by podupaść na zdrowiu psychicznym. Wydaje mi się, że zawsze wierzyłem w siebie. Jedynie mogę powiedzieć, że po igrzyskach w Paryżu miałem myśli, że skoro już mam podium olimpijskie, to czy chcę czegoś więcej. I zastanawiałem się, jaką podjąć decyzję. Jednak stwierdziłem, że jestem jeszcze w takim wieku, iż dopóki zdrowie mi pozwala i jestem w stanie czerpać z tego radość, to czemu nie próbować dalej?
W tej chwili muszę w pełni zadbać o swoje zdrowie, bo rzeczywiście trochę kontuzji w tym roku się pojawiało. Teraz walczę z kontuzją prawego kolana, jestem w procesie leczenia, a urazu pęknięcia łąkotki doznałem niedługo przed mistrzostwami świata. Przy współpracy naszego lekarza reprezentacji z fizjoterapeutą, w żaden sposób nie odczuwałem dyskomfortu, tylko startowałem z kontuzją i z nią zdobyłem brąz.
Czyli mówiąc wprost, po Paryżu pojawiły się rozważania, czy to nie ten moment, by odstawić wiosło?
- Tak, oczywiście. Wzięło się to stąd, że doszedłem do wyniku, do którego dążyłem bardzo długo. I w chwili, gdy najważniejszy cel pada twoim łupem, musisz potrafić postawić sobie kolejne wyzwania, co wiąże się z dalszym reżimem treningowym. Jest to tym trudniejsze, że dla mnie perspektywą są igrzyska w Los Angeles w 2028 roku. Na szczęście do tego czasu są także imprezy, w kontekście igrzysk nazwijmy je pobocznymi, czyli mistrzostwa świata i Europy. Wiele spraw musiałem mocno przewartościować i wszystko ułożyć sobie w głowie.
Jesteście dość świeżo po imprezie głównej, a w perspektywie kolejnego sezonu są następne, mistrzowskie starty. W co będziesz celował?
- W tej chwili muszę w pełni zadbać o swoje zdrowie, bo rzeczywiście trochę kontuzji w tym roku się pojawiało. Teraz walczę z kontuzją prawego kolana, jestem w procesie leczenia, a urazu pęknięcia łąkotki doznałem niedługo przed mistrzostwami świata. Przy współpracy naszego lekarza reprezentacji z fizjoterapeutą, w żaden sposób nie odczuwałem dyskomfortu, tylko startowałem z kontuzją i z nią zdobyłem brąz. Jednak to jest czas na doprowadzenie zdrowia do punktu wyjścia, aby organizm mógł znosić piekielnie wysokie obciążenia przez kolejny sezon. Następnymi etapami będzie wiosną kwalifikacja do reprezentacji, a później trzy Puchary Świata, mistrzostwa Europy i mistrzostwa świata.
W swoim sporcie, nie najbardziej popularnym i medialnym w naszym kraju, masz komfortową sytuacją, czy dokuczają ci braki organizacyjne i finansowe?
- W miejscu, w którym ja jestem, zdobywając medale głównych imprez nieprzerwanie od 2022 roku, nie brakuje mi niczego. Wiadomo, ja nie zarabiam tyle co piłkarze, bo jest to inna skala, milionerem nie jestem, ale moje zarobki pozwalają mi na godne życie. I nie muszę martwić się o to, co będzie jutro. Jednak to jest moja perspektywa, zawodnika z czołówki światowej. Myślę, że osoby, które są na miejscach 7-8 i również trenują bardzo ciężko, już jednak nie mogą tego powiedzieć o swoim położeniu. Nagrody w Paryżu były rekordowe, co dało się odczuć, uważam je za genialne gloryfikowanie wyniku, czy to ze strony PKOl-u, czy Ministerstwa Sportu. Teraz zapowiedziano jeszcze wyższe, podwojone nagrody, więc zawsze jest z tyłu głowy, że fajnie byłoby przy okazji medalu zdobyć też takie cenne frukty.
Rozmawiał Artur Gac, Monte Carlo












