Usłyszała diagnozę jako dziecko, później znalazła się obok Świątek. "Pierwsza w historii"
7,6 km pływania, 360 km roweru i 84,4 km biegu - w sumie ponad 30 godzin wysiłku. Tak imponujący wyczyn należy do Mai Makowskiej, Polki, której historia inspiruje wiele osób. Jako dziecko usłyszała diagnozę, która na zawsze zmieniła jej życie, ale dzięki determinacji osiągnęła sportowe sukcesy, a jej nazwisko znalazło się obok Igi Świątek. Co więcej, Maja otrzymała wyjątkowe wyróżnienie, którego polska tenisistka jeszcze nie posiada. - Czytałam go pierwszy, drugi, trzeci raz, bo takie maile raczej nie trafiają do "ludzi z ulicy" - w rozmowie z Interią Sport opowiada o swoich osiągnięciach oraz o codziennym życiu, którego rytm wyznacza choroba.

Natalia Kapustka, Interia Sport: Jak wyglądał moment, w którym dowiedziała się Pani, że choruje na cukrzycę typu 1?
Maja Makowska, diabetyczka, która ukończyła Double Ironmana: Miałam osiem lat i tak naprawdę nie do końca zdawałam sobie sprawę z tego, co dzieje się z moim organizmem. Tydzień wcześniej chorowałam na ospę, jak zresztą wiele dzieci w tamtym czasie, więc początkowo wszystko wydawało się normalne. Problem w tym, że zmęczenie i osłabienie nie mijały, a wręcz się nasilały. Pojawiło się bardzo silne pragnienie i brak apetytu. To był dla moich rodziców sygnał ostrzegawczy, że coś jest nie tak. Zabrali mnie do lekarza pierwszego kontaktu, który skierował mnie na dalsze badania do szpitala. Po ich wykonaniu zdiagnozowano u mnie cukrzycę typu 1.
- Jako małe dziecko nie do końca rozumiałam, czym jest ta choroba, jak będzie wyglądało leczenie i jaki wpływ będzie miała na moje dalsze życie. To moi rodzice przeżywali to zdecydowanie bardziej, dlatego ja nie wspominam tego momentu jako traumatycznego. Te rzeczy dopiero zaczęły wychodzić wszystkie później. Z tamtego czasu pamiętam głównie pobyt w szpitalu, kroplówki i że mama była załamana. Tata musiał dojeżdżać z pracy, a szpital znajdował się około 100 kilometrów od domu, co było to bardzo męczące.
Czy cukrzyca wpłynęła na Pani dzieciństwo i lata szkolne?
- Na pewno tak, bo zostałam właściwie pozbawiona spontaniczności, jeśli chodzi o takie dziecięce życie. Nie mogłam nic zrobić bez zgody rodziców - ani wyjść na dwór, ani zjeść czegoś, ani gdzieś pojechać - bo wszystko było ustawione pod jedzenie i insulinę. Jeśli ktoś przyniósł do szkoły cukierki na urodziny, to nie mogłam ich zjeść, dopóki nie zapytałam mamy, czy mogę. Później, po kilku latach, miałam pompę insulinową, która była widoczna i którą inne dzieci widziały. Cały czas musiałam uważać, żeby przypadkiem nie wyrwać wkłucia.
Jak reagowali rówieśnicy - spotkała się Pani z niezrozumieniem lub naśmiewaniem?
- Na szczęście nie było nic takiego. To była raczej ciekawość, że dzieci były zainteresowane, ale nikt się nie śmiał. Myślę, że wynikało to też z tego, że pochodzę z małego miasteczka. Wszyscy się znali, znali moich rodziców, więc na szczęście udało się tego uniknąć.
Dla samych rodziców to chyba też musiało być duże wyzwanie, jak nauczyć się żyć z taką chorobą?
Dla rodziców to była największa trauma. Myślę, że oni mentalnie i psychicznie przeżywali to bardziej niż ja. Wychowanie dziecka to przecież ogromna odpowiedzialność, a kiedy dochodzi choroba przewlekła, z realnym zagrożeniem życia, ciężar staje się ogromny. Dla moich rodziców to był po prostu skok na głęboką wodę. Zmienił się cały styl życia, nie tylko mój, ale też całej rodziny.
Okres studiów był dla Pani przełomowy. Jak wyglądał ten moment w Pani życiu?
- Był to czas, kiedy relacja z jedzeniem zaczynała sprawiać problemy, bo przy cukrzycy jedzenie jest podstawą. Silne skupienie na tym, a jednocześnie ograniczenia w diecie, spowodowały, że nabawiłam się zaburzeń odżywiania. W tamtych czasach nie zwracano na to aż tak dużej uwagi - mało kto zdawał sobie sprawę, że cukrzyca może prowadzić do takich problemów. Kiedy uwalniałam się spod skrzydeł rodziców, zaczęłam pozwalać sobie na trochę więcej i decydować sama o tym, co jem. Byłam wtedy sama, więc to był dla mnie trudniejszy okres.
7,6 km pływania, 360 km roweru i 84,4 km biegu. "Nikt do końca nie wierzył, że to się uda"
Był to też moment, kiedy zaczęła Pani podejmować pierwsze regularne aktywności fizyczne.
- Na początku sport był dla mnie przede wszystkim środkiem i celem, żeby schudnąć, to była moja jedyna motywacja. Niestety przy zaburzeniach odżywiania to nie działało, bo potrzeba było działać zarówno w aspekcie jedzeniowym, jak i sportowym, a nie tylko z jednej strony. Poważniejszy, bardziej świadomy sport pojawił się w momencie, kiedy poszłam na terapię. Startując w zawodach, kierowałam się myślą: "Będę lepszą wersją siebie, porywalizuję trochę", a nie "w końcu schudnę". Dopiero od kilku lat mogę powiedzieć, że sport jest dla sportu, a nie po prostu narzędziem do zrzucenia wagi.
I w pewnym momencie uznała Pani, że samo bieganie będzie za mało i dołoży Pani do tego jeszcze dwie dyscypliny?
- Tak, to było w zasadzie dość wcześnie. Ciągle łudziłam się, że jeśli nie schudnę tylko biegając, to może rower i pływanie w końcu pomogą. Oczywiście było to błędne myślenie, ale tak wtedy funkcjonowałam. Zanim zebrałam trochę pokory i życiowego doświadczenia, wydawało mi się, że wszystko ogarnę sama. I tak doszło do triathlonu, a potem do Ironmanów.
Jak zareagowali na to znajomi i rodzina, gdy usłyszeli o Pani planach występu w Double Ironmanie?
- Chyba nikt do końca nie wierzył, że mi się to uda. Jeśli chodzi o rodziców, a szczególnie o mamę, nie wdrażałam jej w szczegóły, bo wiedziałam, że byłoby to dla niej traumatyczne. Mama widziała dystanse, które miałam pokonać, ale czym innym jest powiedzieć "przejadę 360 kilometrów", a czym innym "będę jechała 14 godzin". To zupełnie inny obraz. Mama cały czas martwiła się o moje zdrowie, ale doświadczenie z wcześniejszych zawodów sprawiło, że wierzyła we mnie i mnie wspierała, choć bardzo się bała. Znajomi kibicowali i chyba wierzyli, że wszystko się uda. Miałam też trenera, który sam startował na takich dystansach, więc on we mnie nie wątpił, za co jestem mu bardzo wdzięczna.
Dużo jednak było wątpliwości i pytań typu "Co ty wymyśliłaś?", "Po co ci to?", "Czy nie przesadzasz?". Mimo wszystko wyszło całkiem nieźle.
A sami lekarze bardzo odradzali?
- Korzystałam z usług jednego lekarza - mojej pani diabetolog, do której chodziłam od wielu lat i która mnie dobrze znała. Wiedziała, że nawet jeśli powie "lepiej tego nie rób", i tak jej nie posłucham, więc zmieniła narrację i zamiast mnie powstrzymywać, szukałyśmy rozwiązań, gdy pojawiały się problemy. Długo szukałam lekarza, który nie będzie mnie blokował, tylko wspierał. Ona powiedziała: "Masz już doświadczenie, wiesz, jak reagować. Jeśli coś się nie uda, wróć do mnie, żebym mogła edukować innych pacjentów w tym kontekście". To było dla mnie bardzo miłe i cały czas miałam u niej wsparcie.
Ukończenie Double Ironmana to ponad 30 godzin wysiłku. Co było najtrudniejszego podczas tego wyzwania?
- Zastanawiałam się, czy trudniejsze było psychiczne, czy fizyczne zmęczenie. Chyba najtrudniejsza była bezsilność, która pojawiła się, gdy nadwyrężyłam mięśnie brzucha. Spowodowało to, że nie mogłam oddychać pełną piersią, a na biegu miałam tylko płytki oddech i poczułam lekkie niedotlenienie. Było to bardzo frustrujące, bo bardzo chciałam przebiec cały dystans, czyli 80 kilometrów, ale skurczone mięśnie mi to uniemożliwiały. Musiałam iść, chociaż chciałam biec, i to było ciężkie psychicznie. Nie mogłam tego przewidzieć - myślałam, że dam radę szybciej, ale tak się nie stało. Lekarz później powiedział, że to prawdopodobnie długa jazda na rowerze nadwyrężyła mięśnie brzucha i spowodowała problemy podczas biegu.
Czy od początku łatwo było Pani mówić publicznie o chorobie, czy raczej był to długi proces oswajania tematu?
- O samej chorobie jako takiej nie miałam problemu mówić ani dzielić się doświadczeniami z zawodów. Na przykład mój fanpage na Facebooku służył właśnie do opowiadania, jak wyglądały zawody. Było to jednak mówienie pozytywne: nie pokazywałam trudności, tylko to, jak jest fajnie.
Kto chciałby przecież pokazywać swoje słabości i przyznać, że nie daje rady? W Internecie wszystko działa raczej w drugą stronę, jest wybielone i idealizowane.
- Nie wspominałam ani słowa o zaburzeniach odżywiania. Było to dla mnie pewnego rodzaju ujmą na honorze, bo wydawało mi się, że jestem słabym człowiekiem psychicznie i dlatego nie poradziłam sobie z tym problemem. Dopiero po kilku latach terapii odważyłam się pierwszy raz udzielić wywiadu na temat jedzenia dla koleżanki. To był przełomowy moment pojawiło się wtedy wiele głosów w stylu "ja też tak mam". To dodało mi odwagi i poczucia, że skoro przez to przeszłam, moje doświadczenie może pomóc innym. Właśnie tak w zasadzie wszystko się zaczęło.
Jaki teraz najczęściej pojawia się odbiór użytkowników na to, co Pani robi?
- Negatywnych komentarzy jest na szczęście mało, ale ja też boję się hejtu i nie jestem na niego odporna. Jeśli ktoś pisze coś niemiłego, biorę to do siebie. Gdy pojawiają się takie komentarze, dotyczą one głównie metody lub stylu, w jaki prowadzę swoją chorobę. Czasami krytykują, że jem dużo węglowodanów, bo są zwolennikami diety nisko węglowodanowej i uważają, że przy moim poziomie treningów powinnam jeść inaczej. Pojawiają się też komentarze dotyczące sprzętu, np. że może powinnam mieć pompę insulinową, a nie korzystać z penów, albo że mam drogie rzeczy, za które nie płacę, bo mam współprace.
Zdarzyły się sytuacje, kiedy poziom cukru był ekstremalnie niski albo bardzo wysoki i wymagał natychmiastowej reakcji?
- Bardzo boję się tych niskich, ekstremalnych cukrów, więc jestem nawet trochę przewrażliwiona na ten temat. Częściej jednak cukier wybija mi do góry, zdarzają się poziomy 200-300. W przypadku wysokiego cukru czas reakcji jest trochę dłuższy, bo powikłania rozwijają się dopiero po dniach, tygodniach, miesiącach. Niski cukier jest znacznie bardziej niebezpieczny. Pamiętam sytuację sprzed roku czy dwóch lat, podczas biegania. Byłam wtedy przekonana, że poziom cukru mi nie spadnie i nie wzięłam ze sobą nic do jedzenia - to było bardzo nieodpowiedzialne. W pewnym momencie cukier spadł i znalazłam się w sytuacji, gdy biegałam wokół jeziorka w moim miasteczku, gdzie w promieniu trzech kilometrów nie było żadnego sklepu.
Na szczęście trafili się robotnicy, którzy mieli kilogram cukru, którym słodzili sobie kawę. Poprosiłam ich o trochę cukru albo cokolwiek słodkiego i to był mój ostatni ratunek. Gdyby nie oni, pewnie bym zasłabła przy jeziorku. To wydarzenie bardzo mnie przestraszyło i dało solidną lekcję, że zbytnia pewność siebie nie służy.
Czy życie z cukrzycą typu 1 wiąże się z dużymi kosztami finansowymi?
- Dużym kosztem jest pompa insulinowa, która potrafi kosztować około 20 tysięcy złotych. Jako dziecko nie miałam takiego dofinansowania, więc moi rodzice musieli wyłożyć całą kwotę sami. Obecnie jestem na insulinie, więc koszty są mniejsze, ale jeśli pomyślę o przejściu na pompę insulinową, utrzymanie samej pompy to rzędu kilkuset złotych miesięcznie, a koszt samego urządzenia to kilkanaście tysięcy. Cały czas walczymy o to, żeby dofinansowania były większe i dostępne dla wszystkich. To zdecydowanie wydatek, który daje się odczuć w kieszeni.
Maja Makowska ambasadorką pierwszej unikatowej lalki Barbie na świecie
Dużym sukcesem było znalezienie się na liście 100 kobiet Forbes'a. Co to dla Pani znaczyło w kontekście pojawienia się tuż obok takich osób, jak np. Iga Świątek?
- To był szok. Kiedy na skrzynkę przyszedł mail z Forbes Woman, pomyślałam od razu: "Na pewno to spam, nie ma opcji, żeby Forbes do mnie napisał". Czytałam go pierwszy, drugi, trzeci raz, bo takie maile raczej nie trafiają do "ludzi z ulicy". To było dla mnie ogromne wyróżnienie i myślę, że nadal nim jest, mimo że minęło już kilka lat. Nie wiem, czy w moim życiu powtórzy się sytuacja, że moje nazwisko będzie obok Igi Świątek. To naprawdę niesamowite. Spełniło się marzenie, o którym nie wiedziałam, że może się wydarzyć - coś absolutnie niesamowitego.
Później udało się Pani osiągnąć coś wyjątkowego - zostać ambasadorką lalki Barbie, czego np. Iga Świątek jeszcze nie ma na swoim koncie.
- Tak, to było super. Odezwała się do mnie agencja, która w Polsce obsługuje lalkę Barbie, informując, że powstanie taka lalka. To dla mnie również był szok. Myślę, że nie tylko w Polsce, ale i na świecie cukrzyca jest często postrzegana w negatywnym świetle, a tutaj Mattel, taki hegemon w świecie zabawek, zauważył problem i postanowił zrobić taką lalkę.
I nagle ja — zwykły "szaraczek", który zaczął uprawiać sport mimo cukrzycy — mam zostać ambasadorem tej lalki. Początkowo myślałam: "Jak to? Przecież jest tyle innych osób: Roxy Węgiel, Mandaryna, Michał Figurski - mnóstwo medialnych osób z cukrzycą. Czemu właśnie ja?"
- Okazało się, że Mattel wybrał mnie, bo mam historię, którą przeszłam w życiu, i będąc autentyczna, mogę być idealną twarzą tej pierwszej na świecie lalki. Tak więc, można powiedzieć, że na pierwszym miejscu jest Forbes, a na drugim - Barbie.
Jak wygląda zwykły dzień Mai Makowskiej poza Instagramem, mediami i zawodami sportowymi?
- To nie jest tak kolorowo, jak mogłoby się wydawać. To normalne życie przeciętnego człowieka - cały czas trzeba pamiętać, że jestem człowiekiem ze swoimi problemami, bo Instagram pokazuje tylko najlepsze momenty. Zawsze zaczynam dzień od śniadania i Duolingo, czyli nauki języka angielskiego. Czasem jest też poranny trening, jeśli pozwalają obowiązki, a potem 8 godzin pracy. Zajmuję się marketingiem jednej z marek, więc spędzam w pracy standardowy dzień. Po pracy zazwyczaj mam trening i inne obowiązki pozazawodowe. Kiedy wracam do domu, jestem tak zmęczona, że marzę tylko o spaniu. Myślę jednak, że to są realia większości osób pracujących.
Jakie ma Pani plany na kolejne lata - sportowe, zawodowe i życiowe?
- Jeśli chodzi o sport, chciałabym mocniej skupić się na bieganiu i poprawić swoje czasy na różnych dystansach - 10 km, półmaraton, maraton, cały przekrój. Planuję też rozwijać język angielski w przyszłym roku, tak aby naprawdę czuć się komfortowo w komunikacji. Chciałabym też trochę bardziej skupić się na podróżach, ale nie w formie treningów rowerowych czy sportowych wyjazdów. Chodzi o podróże pozwalające poznać kulturę i zwiedzać świat. Dużo podróżuję, to prawda, ale głównie w kontekście sportu, więc teraz chcę trochę zwolnić i odkrywać świat w inny sposób.











