Na przełomie sierpnia i września zaplanowane trzy turnieje rankingowe, do których kwalifikacje obywały się w lipcu. Bardzo istotne zwłaszcza dla Mateusza Baranowskiego i Michała Szubarczyka, bo oni walczą o utrzymanie się w gronie profesjonalistów. A Antoni Kowalski ma tym sezonie z tym spokój.
Najmłodszy w tym gronie Szubarczyk miał kiepski początek sezonu, kolejną szansę dostanie już w przyszłym tygodniu, gdy w Anglii ruszą kolejne eliminacje. Baranowski i Kowalski przeszli z kolei do głównej fazy English Open, która właśnie zaczęła się w Brentwood, choć ten pierwszy miał jeszcze "zaległy" pojedynek w eliminacjach British Open. Nie zagrał w lipcu z Ronniem O'Sullivanem, ten mecz, z uwagi na 50-letniego Anglika, przeniesiono od razu do głównej areny w Cheltenham. Siedmiokrotny mistrz świata tuż przed nim się wycofał, zastąpił go amator Marke Joyce, choć słowo "amator" trochę do niego nie pasuje. To zawodnik, który wypadł z touru, ale wcześniej spędził w nim kilkanaście lat. I Polaka pokonał 4:1.
English Open. Mateusz Baranowski walczył o drugą rundę. Rywalem mistrz świata sprzed dwóch lat
W Brentwood Baranowski wpadł z kolei na Kyrena Wilsona, już w głównej fazie turnieju. Dziewiątego obecnie na liście WST, finalistę niedawnego Shanghai Masters, a przede wszystkim - mistrza świata z 2024 roku.
Nietrudno tu było wskazać faworyta, ten był oczywisty. Ich mecz, na telewizyjnym stole, zaplanowano na godz. 16. Tyle że wyszli 75 minut później, bo przedłużyło się poprzedzające je starcie Neila Robertsona z chińskim debiutantem w cyklu Luo Zetao. I to ten drugi sensacyjnie wygrał 4:3.
Polak i Anglik też oczywiście walczyli na dystansie do czterech wygranych frejmów. Baranowski źle wszedł w to spotkanie, pierwszego frejma przegrał wyraźnie, popełniał błędy w taktycznej rywalizacji na odstawne. A Wilson nie miał jakiejś rewelacyjnie serii, najpierw zdobył 10 punktów, później dołożył 43, wreszcie 41. Żadnego brejka notowanego. Tyle że z tego wszystkiego zrobiło się już 94:0. I dopiero wtedy Polak zaliczył kilka wbić - nie mógł tu już odmienić losów, bardziej chciał "poczuć" stół.

Po drugiej partii Mateusz mógł już czuć żal - wracał z 0:29, prezentował się nieźle, zdobył 37 punktów. I dał szansę Anglikowi. A później jeszcze jedną, gdy decydowały się losy partii. Na brązowej Wilson zapewnił sobie prowadzenie 2:0, a Polak na chwilę wyszedł na korytarz.
Cień nadziei na zwrot akcji dała kolejna partia, choć też nic nie wskazywało, że Baranowski ją wygra. Owszem, miał przewagę, prowadził 47:1, a później skorzystał z okazji przy wyniku 47:48 - odskoczył na 60:48. Zostały tylko kolory, Anglik doszedł do stołu, miał idealny układ, różową na 3:0.
I w tej sytuacji... spudłował. Nawet mistrzom mogą przytrafiać się takie pomyłki.

Baranowski z okazji skorzystał, nawiązał kontakt, przegrywał tylko 1:2. Tyle że w ostatniej fazie meczu widać już było różnicą doświadczenia i umiejętności. Wilsen dość łatwo dorzucił dwie brakujące partie, wygrał mecz 4:1. I to on zagra w środę z Changiem Bingyu, mistrzem Wuhan Open. Stawką będzie trzecia runda.
We wtorek swój mecz rozegra Mateusz Kowalski.
Kyren Wilson (Anglia) - Mateusz Baranowski (Polska) 4:1
Frejmy: 94:22, 70:42, 62:73, 74 (74):1, 84 (78):6.












