Ostatni frejm zdecydował w meczu Polaka z mistrzem świata. W World Open
Początek przygody Mateusza Baranowskiego w Main Tourze nie był zbyt udany - Zielonogórzanin wygrał dotąd tylko 6 z 20 spotkań, jest daleko w rankingu World Snooker Tour. W World Open też losował nieszczególnie, w 1/64 finału wpadł na mistrza świata z 2023 roku - Lucę Brecela. Belg prowadził już 4:2, Polak wygrał dwa kolejne frejmy. O awansie do głównej części zawodów, w marcu w Chinach, decydowała więc ostatnia, dziewiąta partia.

Dla Mateusza Baranowskiego World Open to już przedostatnia rankingowa rozgrywka w debiutanckim sezonie w Main Tourze. Pięciokrotny mistrz Polski, w tym również i ze stycznia tego roku, nie rozpoczął zmagań wśród zawodowców zbyt obiecująco, ale pamiętajmy, że ma dwuletnią przepustkę do tego cyklu. Ma więc pewność gry także i w kolejnym sezonie, wtedy czeka go walka o byt w gronie 128 najlepszych snookerzystów świata. I jest na starcie, a właściwie pod koniec pierwszego sezonu, w gorszej sytuacji niż np. Michał Szubarczyk.
15-latek z Lublina już zdobył więcej punktów, a ma przed sobą, w najbliższy poniedziałek, mecz w Welsh Open z samym Neilem Robertsonem. A później mistrzostwa świata w Sheffield.
To ostatnia impreza w sezonie, najważniejsza - tam też w kwietniu wystąpi Baranowski. Dzisiaj mógł jednak zapewnić sobie jeszcze bilet do Chin - na główne zmagania w World Open. Zadanie było jednak trudne - na mistrza Polski czekał mistrz świata sprzed trzech lat Luca Brecel.
Belg w tym roku zupełnie się pogubił, właściwie poza wrześniowym English Open, tam wygrał cztery mecze o dotarł do ćwierćfinału, kompletnie zawodził. Ostatnio wywalczył jednak przepustkę do Walii, teraz walczył o to samo w Barnsley w World Open.
World Open: Mateusz Baranowski kontra Luca Brecel w Barnsley. Mecz do pięciu wygranych frejmów
Baranowski był trzecim z reprezentantów Polski, którzy zagrali w pierwszej rundzie. We wtorek Szubarczyk gładko przegrał swoje spotkanie z Chińczykiem Lei Peifengiem, aż 0:5. 15-latek był trochę poirytowany swoimi błędami, w końcówce już jakby odpuścił. Lepiej poszło Antoniemu Kowalskiemu, prowadził z Liu Hongyu już 4:0, przegrał cztery kolejne partie, ale triumfował w tej dziewiątej, decydującej.
Baranowski też nie był faworytem. Zasady losowania były takie, że zawodnicy z miejsc 1-64 w światowym rankingu mogli trafić na tych z pozycji 65-128. Zielonogórzanin wpadł więc na zawodnika o głośnym nazwisku, niedawnego mistrza świata, ale jednak ostatnio często rozczarowującego.

Z drugiej strony: zawodnik klasy Brecela potrafi każdą pomyłkę rywala momentalnie wykorzystać. I tak było we frejmie otwarcia, Baranowski prowadził 20:2, miał świetny układ na stole, pomylił się na czarnej bili. I przegrał 20:78.
Belgowi też zdarzały się pomyłki, Mateusz też na tym korzystał. Wygrał zaciętego drugiego frejma, obaj mieli problemy z dopasowaniem się do sukna, często źle dotaczali białą. Niemniej na przerwę udali się przy remisie 2:2.
Później sytuacja Polaka znacznie się skomplikowała. Brecel po przerwie znacznie lepiej zaczynał kolejne rozgrywki, Baranowski dostawał pojedyncze szanse, gdy przewaga rywala była już spora. Mistrz świata odskoczył na 4:2, potrzebował już tylko jednego frejma. I miał dobry układ w tym siódmym, prowadził 9:0, gdy zupełnie popsuł wbicie czarnej. Do stołu podszedł Baranowski i całkowicie odwrócił sytuację. Wygrał tę partię, triumfował też w następnej, wyrównał na 4:4.

Ostatniego frejma lepiej zaczął Brecel, odskoczył na 29:0, ale umieścił białą gdzieś w gąszczu czerwonych, bez możliwości wbicia. Zaryzykował, pomylił się, Baranowski odrobił część strat. A później pomylił się jeszcze raz.
I Polak zaczął odrabiać straty, doszedł do stanu 31:34. Czerwona, którą ścinał do środkowej kieszeni, nie była łatwą opcją. Pomylił się, a przy okazji ją rywalowi.

Brecel z tej okazji skorzystał, po szarpanej partii wygrał jednak. I awansował do głównej fazy w Yushan.
Luca Brecel (Belgia, 44. w rankingu) - Mateusz Baranowski (Polska, 109) 5:4
Frejmy: 78:20, 37:73, 111:0, 1:66, 64:11, 72:4, 9:86, 0:64, 69:31












