Neon zondacrypto zniknął. Mistrz olimpijski grzmi: Porażające, szambo wybiło
- Mam nadzieję, że wkrótce dojdzie do tego, że tak jak zgasł neon, tak samo pan Piesiewicz zgasi światło za sobą i koniec. Afera zondacrypto, która jeszcze przecież się nie zakończyła, wybiła wszelkie uszczelki. Jeżeli ktoś jeszcze miał wątpliwości, to myślę, że w tym momencie nie ma żadnych, iż szambo wybiło - mówi w rozmowie z Interią czterokrotny mistrz olimpijski Robert Korzeniowski, komentując wieczorne wygaszenie neonu zondacrypto na budynku Polskiego Komitetu Olimpijskiego.

Artur Gac, Interia: Nastał mały koniec pewnej historii. Pod osłoną wieczoru, w związku z aferą wokół Zondacrypto wygaszono na budynku Centrum Olimpijskiego PKOl neon z napisem niechlubnego sponsora generalnego.
Robert Korzeniowski: - Wie pan, to jeszcze nie jest koniec historii, bo to tylko symboliczne zgaśnięcie czegoś, co nigdy nie powinno było się pojawić. To coś, co jest zupełnie porażające, dlatego że dzisiaj ekscytujemy się czymś, co nigdy nie powinno być na Centrum Olimpijskim. Oczywiście, zamyka się etap kłucia w oczy, ale zaznaczyłem w moim wpisie na X, że co się zobaczyło, to się nie odzobaczy. Afera zondacrypto jest tylko bardzo wyraźnym i zrozumiałym dla wszystkich elementem powodującym konieczność refleksji nad tym, dokąd zmierza PKOl. I mam nadzieję, że wkrótce dojdzie do tego, że tak jak zgasł neon, tak samo pan Piesiewicz zgasi światło za sobą i koniec.
- Przy czym nie ma co tutaj skupiać się wyłącznie na personaliach. On na pewno narobił najwięcej złego w historii PKOl, najbardziej zaszkodził wizerunkowi. Jednak tak naprawdę trzeba sobie powiedzieć, jaki ma być PKOl, jakie wartości mają być z nim związane, jaką ma pełnić rolę społeczną. Czy wystarczy zgasić neon, by wszystko było w porządku?
Odpowiedź może być tylko jedna.
- Oczywiście, bo las pali się szybciej niż rośnie i teraz trzeba sprawić, żeby ten las znowu wyrósł. By już nikt nie miał ani odwagi, ani pomysłu, ani aby już nigdy absolutnie jakakolwiek ręka podpalacza się tam pojawiła.
Chciałem pokusić się o gorzką konstatację, że przy tej całej katastrofie wizerunkowej, do jakiej doszło, może musiał pojawić się ktoś taki, jak Radosław Piesiewicz, by unaocznić, jak radykalne zmiany są potrzebne.
- Piesiewicz na pewno nie był nikomu potrzebny i na pewno to się nie powinno było wydarzyć. Oczywiście mamy taką tendencję, by oczekiwać, że gdy ktoś mówi, że gruszki na wierzbie wyrosną, to one może wyrosną, może jednak tym razem. Taka postać, jak Radosław Piesiewicz, nigdy nie powinna się nawet zbliżyć do tego budynku. Może zwiedzając Muzeum Sportu, bo przydałoby się, żeby czegoś o sporcie się dowiedział. Żeby wiedział z czego ten sport wyrasta, jakie tam są postaci i co ruch olimpijski sobą reprezentuje. Natomiast dzisiaj afera zondacrypto, która jeszcze przecież się nie zakończyła, tylko wybiła wszelkie uszczelki. Jeżeli ktoś jeszcze miał wątpliwości, to myślę, że w tym momencie nie ma żadnych, iż szambo wybiło. Nie można mówić, że tu gotuje się zupa pomidorowa naszej babci. Zupę pomidorową każdy lubi, a jaki mamy stosunek do szamba wiemy, prawda? Tak że, krótko mówiąc, nie ma co udawać. Teraz nagle nie będzie, po usunięciu neonu zondacrypto na PKOl-u, który pełni misję edukacyjną, cudownego odbudowania zaufania, dopóki go sobie sami nie posprzątamy.
Tylko teraz jak to posprzątać? Statut bardzo mocno chroni prezesa. Jak mówią niektórzy, jeśli nie odwoła się do kwestii honoru, może być ciężko dokonać zmiany przed końcem kadencji.
- Dywagacje prawne proponuję zostawić tym, którzy zajmują się prawem. Natomiast jak to zrobić będą wiedzieli ci, którzy będą chcieli posprzątać. I musi być powszechna wola posprzątania, ale nie sprzątania jedynie eliminującego i destruktywnego. Tylko takiego, które tworzy nowy ład. I to jest najważniejsze. Niech każda twarz, która jest tam na ścianie chwały mistrzów olimpijskich, będzie wspominana jako twarz, która coś wniosła do tego ruchu i buduje jakąś historie. A jednocześnie będzie tam dużo miejsca na ścianie chwały, by pojawiały się nowe twarze i edukowały się nowe generacje. By związki olimpijskie i nieolimpijskie stowarzyszenia spotkały się pod tym dachem i czuły, że są naprawdę w domu sportu, a nie w domu złego. Jeśli do tego dojdzie, to będzie nasz wspólny sukces. Jednak teraz, krótko mówiąc, musimy mieć absolutne przekonanie, że jest nas wielu, jesteśmy oparci na wartościach i odważni. Bardzo mi się podobało, co mówił Piotr Pustelnik na ostatnim spotkaniu na Stadionie Narodowym. Mianowicie najważniejsza w naszym działaniu jest odwaga, a to, czego najbardziej się boi, to tchórzy wtedy kiedy chce zdobywać szczyty. I dzisiaj, jeśli chcemy zdobywać szczyty, coś osiągnąć i zrobić to dla następnych pokoleń, to rzeczywiście trzeba bać się tchórzy.
Ale w tej historii też widzimy, ile osób pan Piesiewicz potrafił do siebie przekonać. Wiceprezes Adam Konopka przyznał w rozmowie ze mną, że na początku nie tylko był stronnikiem prezesa, ile wręcz namawiał innych, iż tworzy się nowy i dynamiczny komitet. Przywołał też słowa rzeczonego Piotra Pustelnika, naszego byłego znakomitego alpinisty, który w odniesieniu do poprzedniego PKOl miał użyć takich słów, że trochę przypominał "śpiącą królewnę". Jeśli ktoś tak radykalnie zmienia stanowisko, to wniosek może być taki, że dał się nabrać.
- Mnie nie nabrał. Mnie i bardzo wielu innych. Jeżeli przyjmiemy takie założenie, że byliśmy wszyscy z Piesiewiczem, wszyscy pomagaliśmy mu i wszyscy narobiliśmy tego bałaganu, to powiem tak: było nas wielu, każdy mógł popełnić błędy, ale naprawdę nie wszyscy jesteśmy jego byłymi wspólnikami. Ktoś go wywindował na tę pozycję, ktoś go bardzo długo wspierał, niektórzy jeszcze są z nim. Dzisiaj absolutnie nikogo nie chcę z tego rozliczać, jestem jak najdalszy od tego, ale wie pan... Ja od początku, gdy coś mi się nie podobało, to mówiłem, że jest nie w porządku. Pytałem i mówiłem "sprawdzam". Czasami z takim pytaniem czujemy się dziwnie i osamotnieni, ale cieszę się bardzo, że dzisiaj tych, którzy mówią "sprawdzam" naprawdę jest bardzo dużo. A nawet zaryzykuję stwierdzenie, że zdecydowana większość.
Jeden z komentujących pana wpis, zapewne w dużych emocjach, sugeruje rozwiązanie podobne do tego, jakie towarzyszyło zmianom w Telewizji Polskiej, iż trzeba tam "wjechać", nie czekając aż sam prezes Piesiewicz poda się do dymisji.
- Ludziom puszczają nerwy i trzeba zrozumieć, że jest ogromny sprzeciw społeczny. Komitet Olimpijski nie jest li tylko stowarzyszeniem stowarzyszeń, to jest jakieś dobro publiczne i będzie mieć bardzo wiele głosów. Jak również tych, że nie wolno tam wjechać i dotykać czegokolwiek, bo to jest jakaś świętość. Musimy zachowywać się rozważnie, wykorzystywać przepisy prawa i być nastawieni na działanie naprawdę oparte na ogromnej determinacji oraz uważności. Bo nie można się spodziewać, że z drugiej strony będziemy mieli do czynienia z jakąkolwiek postawą honorową czy rycerską. Jeżeli ktoś mówi, że trzeba tam wjechać, to ja rozumiem te emocje, ale nie podzielam takiego sposobu działania.
Rozmawiał: Artur Gac, Interia
Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz: artur.gac@firma.interia.pl











