Natalia Nykiel: Gravel dał mi wolność
Natalia Nykiel to piosenkarka, autorka tekstów oraz kompozytorka. Za sprzedaż swoich albumów zdobyła dwie diamentowe, dwie złote oraz jedną platynową płytę. W rozmowie z Interią popularna artystka opowiedziała dlaczego jeździ na rowerze kilkusetkilometrowe trasy, wyjaśniła co sprawia, że nostalgia potrafi być magiczna i przedstawiła czego tak naprawdę ludzie nie wiedzą o udziale w programie "Taniec z gwiazdami".

Krzysztof Bienkiewicz: Jesteś znana z tego, że sporo jeździsz na rowerze. Na Instagramie prowadzisz nawet odrębny profil poświęcony twojej pasji rowerowej. Jak to wszystko się zaczęło?
Ja całe życie jeździłam na rowerze. W małej, mazurskiej miejscowości, z której pochodzę, wszędzie było daleko, więc jeśli chciałam się gdzieś przemieścić, to musiałam tam pojechać rowerem. U nas każdy w rodzinie miał swój rower. Moi rodzice po dziś dzień nie mają prawa jazdy. Tata to nawet nie ma telefonu komórkowego i dzwonię do niego na stacjonarny.
Myślę, że każdy z nas w dzieciństwie miał kontakt z rowerem i użytkowo na nim jeździł, ale kiedy u ciebie nastąpiło przejście w jeżdżenie na kilkusetkilometrowe trasy?
Znajomi kilka lat temu wsadzili mnie na rower szosowy i wtedy do mnie doszło, że na takim rowerze można jeździć szybciej i przede wszystkim dalej.
Z takiego zwykłego roweru przesiadłaś się od razu na "szosę"?
Tak. Wsadził mnie na nią Michał Kempa, bo wraz ze znajomymi pojechaliśmy na rowery do niego w okolice Bielsko-Białej. Michał ma ich sporo, więc każdemu przydzielił jakiś rower. Ktoś dostał MTB, ktoś coś innego, a mi się trafiła jego stara "szosa". Pamiętam, że jechałam na niej w VANS-ach. To był też mój pierwszy raz, kiedy jechałam na rowerze z kierownicą o której mówi się "baranek". To był duży przeskok, ale bardzo mi się spodobało, bo jak mówię, dzięki temu poczułam, że można jeździć dalej. Po powrocie z tej wyprawy kontynuowałam przygodę szosową w Warszawie. Znajomi najpierw mi pożyczali swoje kolarki, dopiero potem kupiłam własną. Tak naprawdę to moje jeżdżenie w zasadzie zaczęłam od "szosy" i bardzo szybko zaczęłam jeździć w trasy, które dla zwykłego zjadacza chleba mogą być postrzegane jako bardzo długie.
A jak się pojawił gravel w twoim życiu?
Po jakimś czasie jeżdżenie na rowerze szosowym po Warszawie zaczęło mnie trochę nużyć, ponieważ stolica i okolice to jednak nie są bardzo atrakcyjne tereny kolarskie. Kierowcy też są mało przyjaźni, a nawet agresywni.
W innych rejonach Polski pod tym względem jest lepiej?
Mam wrażenie, że tak. W Warszawie w tym aspekcie jest najgorzej. W każdym razie poczułam nudę, że cały czas jeżdżę w te same miejsca, a gravel dał mi wolność i wspaniałe doznania w trakcie jazd po lesie lub polnych drogach. Bez spalin, bez ciągłego uważania na siebie w ruchu ulicznym. Ale ja należę zarówno do drużyny szosowców, jak i gravelowców. To są dwa inne doświadczenia i obydwa bardzo lubię.
Co jeszcze daje ci rower?
Ja bardzo lubię odpoczywać sportowo. Lubię się w dobry sposób zmęczyć. To mi oczyszcza głowę. Poza tym lubię zwiedzać. Rower daje mi wspaniałe możliwości poznania nowych miejsc, a także spędzania czasu ze znajomymi. Dużo z moich przyjaciół w ostatnich latach również wkręciło się w rower, tak więc ta aktywność stała się formą wspólnego spędzania czasu. Zamiast imprezować czy pić alkohol jedziemy na wyprawę rowerową i to jest dla nas naprawdę wartościowy czas. Dzięki rowerowi poznałam też wielu nowych i ciekawych ludzi. Rowerzyści to dla mnie nowa i bardzo zdrowa społeczność, szczególnie, jeśli się ją porówna z show biznesem.
Masz wyprawę, którą zapamiętałaś szczególnie?
Wiesz co, ja w ogóle zaczęłam z grubej rury, bo zaraz po tym, jak zaczęłam jeździć, dostałam się na kobiecy rajd rowerowy organizowany przez Komoot (aplikacja do planowania tras - red.). Rajd obejmował przejazd z Turynu do Nicei i to był absolutny hardcore.
Jak długa była to trasa?
W ciągu tygodnia wyszło nam prawie 800 km i chyba 13 000 przewyższeń, bo z dziewczynami przejechałyśmy przez Alpy. To była moja pierwsza wielka i absolutnie szalona przygoda rowerowa.
Jechałyście na rowerach szosowych?
Na gravelach i z bagażami, co było dodatkowym utrudnieniem. Mój rower ważył jakieś 25 kg.
Ja również jestem amatorskim kolarzem i jeśli mówisz, że przejechałaś przez Alpy, to nie mogę cię nie zapytać o podjazdy, gdyż dla mnie one są esencją kolarstwa. Jak ty się na nie zapatrujesz?
Jak zaczynałam to przyznaję, że myślałem po co komu w ogóle są podjazdy. To była dla mnie masakra, ale będąc w tych Alpach poczułam, że one są jednak super. Rzadko mam okazję jeździć w górach, więc nie wiem czy podjazdy są esencją kolarstwa, jak dla ciebie, ale na pewno dają trzy razy więcej satysfakcji niż jazda po płaskim. Teraz lubię podjeżdżać. Poza tym na szczycie góry zwykle czeka na mnie nagroda.
To znaczy?
Ja często biorę ze sobą w trasę nagrodę dla siebie samej. Czyli na przykład, jak mam wjechać na jakąś górę, to na dole kupuję sobie mój ulubiony napój, żeby go wypić po wjechaniu na szczyt. To jest taki prezent ode mnie dla mnie.
Pytanie natury teoretycznej. Gdybyś z jakiegoś powodu, na przykład przez rok czasu, nie mogła jeździć na rowerze, to czego by ci najbardziej brakowało?
Myślę, że wrażeń z jazdy i poznawania różnych miejsc. Ja na rowerze najbardziej lubię odkrywać świat. Lubię pojechać gdzieś pociągiem z rowerem i eksplorować inne części naszego kraju. W trakcie studiów, Warszawę najlepiej poznałam właśnie na rowerze, bo przeprowadzając się tutaj zabrałam z domu mój rower. Na jednośladzie zupełnie inaczej widać miasto. Podobnie jest w podróży, jeśli jesteś gdzieś za granicą, to fajnie jest wypożyczyć sobie na jeden dzień rower i również na nim zwiedzić miasto. Wtedy docierasz do zupełnie innych miejsc. Poza tym jesteś cały czas w kontakcie z naturą, a to też jest ważne. No i lubię rywalizację i takie wyjazdy także mi się zdarzają.
Brałaś udział w gravelowym wyścigu Wisełka 500, czyli rajdzie bikepackingowym obejmującym trasę wzdłuż największej polskiej rzeki o dystansie 500 km.
To prawda, przejechałam Wisełkę. Na różowej oponie o średnicy 32 mm. (śmiech) Na starcie śmiali się z niej, ale służyła mi świetnie przez cały przejazd. Przejechałam tę trasę z moim partnerem. Ja na gravelu, on na rowerze szosowym.
Naprawdę?
Serio. Zmieniał dętkę wiele razy, ale dojechał do mety.
Czy to jest tak ekstremalne doświadczenie, jak o tym opowiadają?
Tak. Gdybym miała tę trasę przejechać jeszcze raz, to tym razem wybrałabym rower MTB. (śmiech) To było ekstremalne doświadczenie również pod kątem terenów, przez które przejeżdżaliśmy. W niektórych miejscach było tak dziko, że rowery musieliśmy przenosić. Momentami było wręcz niebezpiecznie, no ale taka uroda tego wyścigu.
Ile czasu zajęło wam przejechanie całej trasy?
Trzy dni.
Są osoby wkręcone w kolarstwo, czy to przełajowe czy szosowe, które oglądają również wyścigi profesjonalistów i takie, które tylko jeżdżą, ale zawodów nie śledzą. Ty do której grupy należysz?
Ja dopiero kiedy sama zrozumiałam na czym polega jazda w peletonie, rola danego zawodnika, wymiany pozycji itp., to zaczęłam śledzić wyścigi. Głównie Tour de France, zarówno męskie, jak i kobiece. Nie mam może czasu, by oglądać całe etapy czy podążać za wszystkimi transferami zawodników pomiędzy grupami, ale kiedy trwa Tour de France to tak, śledzę rywalizację w wyścigu.
Pochodzisz z małej miejscowości na Mazurach. Piecki mają kilka tysięcy mieszkańców i chciałem cię zapytać czy wychowanie w takim środowisku dało ci coś, czego może nie doświadczyli ludzie, których poznałaś po przeprowadzce do Warszawy?
Wydaje mi się, że ja i moi znajomi musieliśmy się bardziej starać i mieć więcej wyrzeczeń, żeby rozwijać swoje zainteresowania czy zdolności. W mojej rodzinnej miejscowości nie było takich możliwości. Na przykład, jeśli ja chciałam chodzić na lekcje śpiewu, to musiałam dojeżdżać autobusem do Mrągowa. Od Piecek to jest 13 km, może nie tak dużo, ale autobus jeździł tylko kilka razy dziennie. Czekałam po kilka godzin na przystanku i do domu wracałam bardzo późno. Jeśli zaś chciałam rozwijać coś sportowego, to w mojej miejscowości była możliwość np. tylko zapasów, bo akurat tak się trafiło, że mieszkał tam były zapaśnik. To nie był więc wybór, ale bardziej korzystanie z tego, co jest dostępne na miejscu. A jeśli miało się konkretne pragnienie czy cel, to trzeba było się mocno poświęcić, żeby do tego dotrzeć i ostatecznie wydaje mi się, że to daje dużo siły i sprawczości w życiu. Poza tym mam poczucie, że środowisko osób w mojej rodzinnej miejscowości było bardzo zdrowe.
W jakim sensie?
Nie było tam dużych możliwości rozwoju, ale mam wrażenie, że nie było również na przykład narkotyków. Albo do ludzi, z którymi trzymałam po prostu nie dotarły, więc nikt nawet nie myślał o tym, żeby je spróbować czy z nimi eksperymentować. Z tego też względu, przyjeżdżając do Warszawy na studia ja byłam już mocno ukształtowana i wiedziałam, że to po prostu nie jest dla mnie.
Ale to mogło zadziałać w drugą stronę, czyli przeprowadzka do dużego miasta mogła spowodować, że chciałabyś spróbować tego, co w rodzinnej miejscowości było niedostępne.
To prawda, ale tak się nie stało. Wiedziałam, że to jest niefajne i nawet nie chciałam tego próbować. Moi znajomi z czasów szkolnych myśleli o tym podobnie i to jest cenne. Wielu z nich mieszka teraz w Warszawie i trzymamy się razem do tej pory.
Właśnie ukazał się twój najnowszy singiel pt. "Brzask", który zapowiada nową płytę. Album będzie polskojęzyczny i w tym miejscu mam pytanie od filologa, bo akurat tak się składa, że nim jestem z wykształcenia. Kiedy śpiewasz po polsku to czy czujesz się bardziej obnażona, ponieważ śpiewanie po angielsku daje jednak pewną warstwę ochronną jeśli chodzi o to, co przekazujesz w tekstach?
Oczywiście, że tak. Tekst angielski przechodzi trochę obok słuchacza czy też trzeba się skupić, żeby odebrać pełne znaczenie słów, a słowa po polsku docierają do nas od razu. Wiem, że są osoby, które w ogóle nie słuchają tekstów, ale ja mam tak, że na przykład jadąc z kimś w samochodzie, w którym gra radio, to nie jestem w stanie odłączyć się od słyszanej piosenki. Jednocześnie słucham opowieści współpasażera i chłonę to, co słyszę w piosence. Natomiast śpiewanie po polsku z pewnością bardziej obnaża i ogólnie jest trudniejsze, niż po angielsku.
Masz tu na myśli specyfikę naszego języka?
Tak. Ja zwykle najpierw wymyślam linię melodyczną oraz podział tekstu na sylaby i pod to dopasowuję tekst. To jest o tyle trudne, że zwykle układam melodie po angielsku i często potem sylaby polskie do tego szkicu melodii po prostu nie pasują. Cały czas uczę się wymyślać melodie po polsku, ale jest to bardzo trudne. W nurcie muzycznym, którym się zajmuję, czyli piosenek popowych, kiedy śpiewa się po polsku to jest cienka granica między poezją, a kompromitacją. Ale jeśli uda się odpowiednio utrzymać ten balans i tekst jest dobrze napisany, no to wtedy siła słowa wyśpiewanego w ojczystym języku jest trzy razy mocniejsza, niż po angielsku.
Co możesz powiedzieć o nowej płycie?
Jest to pierwszy album, który stworzyłam z nowym producentem, Michałem Lange. To dla mnie nowe otwarcie, czuję się jakbym debiutowała. "Brzask" jest pierwszą piosenką, którą stworzyliśmy jeszcze na pierwszym spotkaniu, więc biorę to za dobry omen. Płyta na pewno będzie w klimatach muzyki klubowej, tak więc pierwszy singiel dobrze ją zapowiada.
Kiedy się ukaże?
Prawdopodobnie jesienią tego roku.

Czy ty wciąż lubisz nostalgię?
Ja ją kocham. Uwielbiam chować się w cieniach wspomnień. Uważam, że trudne przeżycia nas kształtują i dzięki nim czujemy bardziej to, co się dzieje teraz. Kiedy masz świadomość trudniejszych momentów przez które przeszedłeś, to według mnie jesteś w stanie bardziej cieszyć się tym, co jest teraz. Świadomość tego, że życie nie jest tylko pasmem sukcesów, daje mi większy spokój. Nawet jeśli było mi źle, to uważam, że to też było ważne i coś wniosło do mojego życia.
Mówisz o świadomości trudnych momentów, a czy masz w sobie również nostalgię pozytywną?
Jak najbardziej. Ona z kolei objawia się uzmysłowieniem sobie tego, że kiedyś było bardziej beztrosko, że miałam mniej problemów. W takich chwilach wracam myślami do czasów dzieciństwa czy liceum, kiedy byłam na Mazurach, kąpałam się w jeziorze. Z obecnej perspektywy to wszystko jest dla mnie teraz owiane taką wręcz magiczną bańką, że aż czasami wydaje mi się, że to się nie wydarzyło naprawdę. Ja takie banieczki chowam w sobie i raz na jakiś czas do nich wracam. Oczywiście, jestem świadoma tego, że do tych chwil nie ma już powrotu i ja nad tym nie płaczę, ponieważ uważam, że magia tych momentów wynika właśnie z tego, że one mają swoje ograniczenie. One nie miałyby tej wyjątkowości, gdyby trwały cały czas, bo wtedy stałyby się rutyną. W końcu "nic nie może przecież wiecznie trwać, za miłość też przyjdzie kiedyś nam zapłacić". Kocham tę piosenkę Anny Jantar. Ona idealnie oddaje to, jak patrzę na świat.
I naprawdę uważasz, że każda emocja jest dobra? Powiedziałaś tak w jednym z wywiadów i to pasuje do myśli, które przekazałaś przed chwilą. Jednocześnie zastanawiam się czy nie miałaś momentu, w którym dominowało poczucie, że nie wiem czy to się skończy lub czy ja z tego wyjdę?
Nie miałam może momentu, w którym nie byłam pewna czy z tego wyjdę, ale był taki okres, w którym czułam się życiowo źle i zupełnie nie wiedziałam dlaczego. Nie byłam w stanie wskazać powodu takiego samopoczucia, ale to miało wpływ na moje śpiewanie, na moje relacje z ludźmi, z rodziną. Nie wiedziałam co wtedy zrobić, czułam, że coraz bardziej osuwam się w dół i w końcu poszłam do psychologa. Ta pomoc kogoś z zewnątrz bardzo dużo mi dała.
W czym dokładnie ci to pomogło?
Jak ktoś patrzy na ciebie z zewnątrz i przede wszystkim bez oceny, to jest w stanie wskazać palcem ci coś, co zawsze było obok ciebie, ale tego nie zauważyłeś. Wiadomo, że to jest długi proces i trzeba sobie na niego pozwolić. Nie jest łatwe, żeby się przed kimś całkiem otworzyć, ale ja wtedy nie wiedziałam już co robić i dlatego zdecydowałam się na skorzystanie z pomocy psychologa. Ale takim, powiedzmy, domowym sposobem na radzenie sobie z natłokiem myśli jest też to, że kiedy pójdę na rower i zmęczę się, to wtedy do głowy też mi przychodzą różne odpowiedzi.
Ja mam tak, że po dłuższej jeździe rowerowej wszystko, co jest niepotrzebne w moich myślach, odpada. One są oczyszczone z chwastów i zostaje najważniejsza esencja jakiejś refleksji bądź decyzji.
Mam podobnie. Poza tym czasem jak jestem w domu i czuję, że narasta we mnie jakaś negatywna emocja, na przykład złość, to wsiadam wtedy na rower, długo jeżdżę i wytrącam z siebie całą energię, którą poświęcałam na to negatywne uczucie. A kiedy wracam domu, to jestem oczyszczona. Wtedy mogę ze świeżą głową podejść do problemu, który tę złość pierwotnie wygenerował. Z tym że to nie jest cudotwórcze działanie tylko roweru. Taki wpływ na nas ma ogólnie ruch i sport.
Sporo ruchu dostarcza również program rozrywkowy, który obecnie jest pokazywany na antenie Polsatu, czyli "Taniec z gwiazdami". Właśnie trwa 16. edycja tego show. Ty brałaś udział w edycji poprzedniej, więc gdyby spróbować zajrzeć za kulisy, to co byś powiedziała, że ludzie nie wiedzą o tym programie?
O rany, od czego zacząć. (śmiech) Myślę, że nikt nie zdaje sobie sprawy, jak ekstremalnym jest to przeżyciem, zarówno pod kątem fizycznym, jak i psychicznym. Mówimy o treningach przez 6 godzin dziennie bez ani jednego dnia przerwy. Takie obciążenie ciała oczywiście powoduje urazy, więc lądujesz u fizjoterapeuty lub ratujesz się lekami. Widzowie tego nie wiedzą, ale ja przez pierwsze trzy odcinki jechałam na tabletkach przeciwbólowych, bo już po pierwszym odcinku miałam połamane żebra.
Co się stało, upadłaś podczas ćwiczeń?
Nie, od tańca. Od ciągłego podnoszenia i ściskana żeber przez partnera w trakcie treningów. Masz więc urazy, kontuzje, do tego dochodzi też stres, który również atakuje ciało. A stres przy odcinkach na żywo jest ogromny. Największy, jaki kiedykolwiek przeżyłam w życiu.
Pomimo tego, że miałaś już obycie z kamerą czy występami na żywo?
Tak. Różnica polega na tym, że ja nie tańczę. Występuję na scenie, ponieważ zajmuję się muzyką, ale to zupełnie nie to samo. To jest taka sytuacja, że po jedynie dwóch miesiącach treningów masz wyjść na parkiet z partnerem, którzy tańczy całe życie. Następnie nie okazując zdenerwowania musisz wykonać taniec przed kilku milionową publicznością oraz jury, którzy będą cię oceniać za coś, czego w zasadzie dopiero się nauczyłaś.
Skoro to takie obciążenie, to dlaczego w ogóle się zdecydowałaś na udział w programie?
Nie wiedziałam, że będzie tak ciężko. (śmiech) A tak serio, to udział w tak dużym show pozwala dotrzeć do nowej publiczności. Poza tym dla mnie było to też wyzwanie czysto sportowe. Udział w "Tańcu z gwiazdami" potraktowałam mocno zadaniowo. Zresztą inaczej się trochę nie da, jeśli masz tydzień czasu na przygotowanie nowego układu do nowej piosenki. To naprawdę jest tak, że od poniedziałku od zera uczysz się nowego tańca. Do środy zwykle uczyłam się podstawowych zasad danego tańca, a samego układu uczyłam się w czwartek. W sobotę były już próby na sali, a tam masz tylko dwa przetańczenia. Następnie w niedzielę wieczorem mieliśmy odcinek na żywo, a na drugi dzień o 7 rano były już nagrania do kolejnego odcinka. Nie było czasu nawet przetrawić tego, co się właśnie wydarzyło. Ja miałam dodatkowo tak, że pomiędzy pierwszym, a drugim odcinkiem wypadł mi jeszcze wyjazd do Nowego Jorku.
W jakim celu?
Zostałam ambasadorką światowej kampanii Spotify EQUAL Global, która ma na celu wspierać artystki z całego świata. Moje zdjęcie było wyświetlane na Times Square. W Nowym Jorku spędziłam dokładnie 26 godzin i po powrocie prosto z lotniska pojechałam na trening. To, że miałam jet lag czy byłam zmęczona, nie miało najmniejszego znaczenia. Wylot praktycznie na dobę do USA i powrót zaraz na treningi był fizycznie bardzo wymagającym przeżyciem.
A sam pobyt w Nowym Jorku przynajmniej osłodził to doświadczenie? Jakie to uczucie, kiedy widzisz swoje zdjęcie wyświetlane na Times Square?
Uważam, że wszyscy, którzy mówią, że to było wspaniałe uczucie, ściemniają. (śmiech) Kiedy poleciałam tam i zobaczyłam, że to się wyświetla przez pół sekundy, to byłam przerażona. Do Nowego Jorku pojechałam sama z nastawianiem, że porobię zdjęcia czy rolki, bo to marketingowo można było dobrze wykorzystać, a tam nie było z czego zrobić materiałów. To zdjęcie błyska dosłownie na chwilę. Na początku stałam więc przerażona myśląc co ja mogę z tym zrobić, a potem zaczęłam liczyć na zegarku co ile minut to się wyświetla. No i z tym zegarkiem w ręku, co 13 minut, bo tyle trwał interwał między wyświetleniami, biegałam ze statywem, zmieniałam miejsca i próbowałam to jakoś złapać. Patrząc na to, co wrzuciłam na Instagramie można pomyśleć, że to było pokazywane często, a w rzeczywistości to było widoczne dosłownie przez ułamek sekundy. Na Times Square spędziłam chyba 7 godzin nagrywając te sekundowe wyświetlenia, żeby można było cokolwiek z tego złożyć. Taka jest prawda. (śmiech)













