Na Piesiewicza spadały ciosy, a on tak się zachowywał. "Pokaz arogancji"
Radosław Piesiewicz, prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego, najpierw triumfalnie ogłosił, że PKOl wypłacił wszystkie zaległe premie sportowcom i trenerom, a następnie udał się na Walne Zgromadzenie PKOl, gdzie przyjmował cios za ciosem. Nic sobie jednak z tego nie robił. - To był pokaz ignorancji i arogancji prezesa Piesiewicza, który nie brał w nim udziału i równie dobrze mógł wyjść z walnego - mówił Krzysztof Wiłkomirski, prezes Polskiego Związku Judo, w rozmowie z Interia Sport.

Poniedziałek, 15 czerwca, był gorącym dniem w Polskim Komitecie Olimpijskim. Podczas Walnego Zgromadzenia odbyły się dwa głosowania dotyczące sprawozdania finansowego, a także sprawozdania z działalności PKOl za 2025 rok. I oba nie zostały przyjęte, bo opozycja na to się nie zgodziła, mając wyraźną przewagę głosów.
Wisienką na torcie było podjęcie uchwały, wzywająca Radosława Piesiewicza, do natychmiastowego ustąpienia z fotela prezesa PKOl. Wcześniej przegłosowany został wniosek o zwołanie Nadzwyczajnego Walnego Zgromadzenia Wyborczego. I teraz Piesiewicz ma na to 30 dni.
Przegłosowali uchwałę. Żądają dymisji Piesiewicza. Jest reakcja prezesa PKOl
Krzysztof Wiłkomirski o zachowaniu Radosława Piesiewicza: jeszcze nie spotkałem się z taką butą
Tomasz Kalemba: To był gorący dzień w Polskim Komitecie Olimpijskim. Te głosowania pokazują, że prezes Piesiewicz nie może już liczyć na większość, czy wcale nie jest tak do końca?
Krzysztof Wiłkomirski, prezes Polskiego Związku Judo: - Przede wszystkim poniedziałkowe walne posiedzenie to był pokaz ignorancji i arogancji prezesa Piesiewicza, który nie brał czynnego udział i właściwie mógł równie dobrze wyjść z walnego. Cały czas siedział na telefonie. Nie brał udziału i nie wypowiadał się. Po kilku godzinach dyskusji, którą - można było odnieść wrażenie - nie do końca jest zainteresowany, został poproszony, żeby ustosunkował się do wszystkich opinii i wątpliwości. Niestety jak się okazało prezes nie był zainteresowany rozmową i odmówił jakiekolwiek wypowiedzi. Na sam koniec została podjęta uchwała, która wzywa prezesa do tego, żeby jednak ustąpił. Został zatem jeszcze raz poproszony o zabranie głosu po podjęciu tej decyzji. Szacunek do innych i kultura osobista wymagają tego, by jednak porozmawiać z delegatami, którzy zjechali się z całego kraju. Nie był jednak kolejny raz tym zainteresowany, co pokazuje właśnie najdobitniej arogancję prezesa wobec wszystkich. On uważa, że jest ponad prawem i nie będzie rozmawiał z nikim. Nawet widzę, że także z tymi, którzy są po jego stronie. Rozumiem, że oni może nie oczekują tego, natomiast zdecydowana większość delegatów chciałaby, żeby prezes nie tylko ustąpił, ale też, żeby odniósł się do wszystkich tych spornych i trudnych tematów. Ja się jeszcze chyba nie spotkałem z taką butą. Trochę mi brakuje słów, które mogą to dobrze opisać, jaka to jest postawa. Po prostu prezes uważa, że właściwie jest nie tylko już królem, ale chyba Bogiem i nie musi się liczyć z nikim i niczym.
Walne ma prawo odwołać każdego członka zarządu. Prezes Piesiewicz może naginać rzeczywistość i mówić co chce, natomiast prawda jest taka, że prezes - tak jak każdy inny członek zarządu - może zostać odwołany i on zdaje sobie z tego sprawę, chociaż będzie mówił, że tak nie jest. Dobrze wie, że nie ma racji i po prostu przeciąga w czasie i manipuluje tylko po to, żeby uchylać się od decyzji o odwołaniu
Prezes Piesiewicz twierdzi, że na temat zwołania Nadzwyczajnego Walnego Zgromadzenia Wyborczego będzie zbierał opinie prawne. Otwarci mówi też o tym, że w pismach, jakie składaliście do PKOl nie ma opinii prawnych, które mówiłyby o tym, że można odwołać prezesa?
- Nie składaliśmy wniosku dotyczącego tego, żeby prezes Piesiewicz zastanowił się, czy chce się podać do dymisji, czy nie. Albo czy chce zwołać walne, czy nie chce. To jest jego obowiązek. Wierzę, że pan Piesiewicz może kupić sobie dowolną opinię prawną, szczególnie jeżeli prawo w wielu kwestiach jest takie, że można interpretować różnie pewne kwestie. Natomiast zwołania Nadzwyczajnego Walnego Zgromadzenia Wyborczego nie może nie zwoływać, bo nie jest organem do rozstrzygania o takich kwestiach. Zgodnie ze statutem jest zobowiązany do tego, by wykonać czynność, do której obliguje go statut. Ma uszanować wolę większości środowiska. Przecież już abstrahując od prawa, gdyby miał chociaż trochę honoru i godności, to by ustąpił trzy razy. A tu mamy do czynienia z sytuacją, w której prezes nie ma ani honoru, ani godności, ale też nagina rzeczywistość, łamie prawo i właściwie mówi i robi co chce. Jeżeli prezes przez całe walne nie rozmawia z delegatami, to jest najlepsza laurka, którą sobie wystawił, że po prostu za nic ma wszystkie osoby, które przyjechały, a często są to osoby, które jechały z krańca Polski i zajęło im to wiele godzin w jedną stronę.
Opozycja pewna. Prezesa PKOl można odwołać. "Dobrze wie, że nie ma racji"
A jesteście pewni tego, że można odwołać prezesa PKOl?
- Tak. Jesteśmy tego pewni. Nie ma takiej sytuacji, że ktoś, kto został wybrany, nie może zostać odwołany. To byłoby dziwne. Wyobraźmy sobie sytuację, w której prezes PKOl na przykład publicznie, codziennie poniżą głowę państwa albo prezydenta MKOl. Swoimi działaniami i słowami codziennie godził w wizerunek PKOl i Polski. To, co mielibyśmy czekać na to, aż dalej będzie niszczył wizerunek PKOl i polskiego sportu? I nie można byłoby go odwołać? Nie. Walne ma prawo odwołać każdego członka zarządu. Prezes Piesiewicz może naginać rzeczywistość i mówić co chce, natomiast prawda jest taka, że prezes - tak jak każdy inny członek zarządu - może zostać odwołany i on zdaje sobie z tego sprawę, chociaż będzie mówił, że tak nie jest. Dobrze wie, że nie ma racji i po prostu przeciąga w czasie i manipuluje tylko po to, żeby uchylać się od decyzji o odwołaniu. Nie wiem, czy to kwestia tylko - przepraszam za wyrażenie - jego chorej ambicji, czy to może jest kwestia kilkudziesięciotysięcznej pensji, którą sobie wypłaca i nie chce tego stracić. Nie wiem, co nim kieruje, ale na pewno nie kieruje nim honor, uczciwość i dobro polskiego sportu.
Wizerunek PKOl został zdeptany w ostatnich miesiącach. Trudno teraz będzie odbudować zaufanie do PKOl? To jednak jest organizacja, która zawsze jednoczyła, a takiej wojny, jak teraz, nie było nigdy.
- I to jest bardzo przykra sytuacja. Ja też takiej nie pamiętam, a przez wiele lat byłem sportowcem, a teraz jestem działaczem. Często zwolennicy prezesa Piesiewicza mówią, że gdyby nie on, to nasi sportowcy by nie wystąpili w ostatnich dwóch igrzyskach. To jest lekko śmieszne, bo nie wyobrażam sobie, żeby państwo doprowadziło do tego, żeby nie wysłać swoich reprezentantów i wszyscy o tym dobrze wiedzą. A jeżeli już mówimy o tym, że były problemy finansowe, to nigdy w przeszłości coś takiego nie miało miejsca, więc trzeba się zastanowić, z czego to wynikało i może to prezes doprowadził do sytuacji, w której Polski Komitet Olimpijski, w odróżnieniu od wszystkich ubiegłych lat, a właściwie całej historii, miał problemy z tym, żeby wysłać swoich reprezentantów. Mam też takie przekonanie, że to nie jest tylko kwestia wizerunku Polskiego Komitetu Olimpijskiego, ale też postawa prezesa Piesiewicza. To nie jest tak, że on nie szanuje tylko delegatów, czy przedstawicieli związków, które wchodzą w skład Polskiego Komitetu Olimpijskiego.
Przede wszystkim prezes Piesiewicz nie szanuje też nie tylko tradycji, idei olimpijskich, ale też nie szanuje naszych olimpijczyków. Oczywiście po stronie Radosława Piesiewicza są medaliści olimpijscy, ale w tej chwili też zdecydowana większość osób, które go nie popierają i proszą, by przejrzał na oczy i podał się do dymisji, to są nie tylko medaliści olimpijscy, ale to są mistrzowie olimpijscy. Prezes nie liczy się z ich głosem, czyli nie szanuje naszych najwybitniejszych sportowców w historii. Dziś nawet nie chciał poświęcić im kilku minut i ochoty rozmawiać z nimi. To elementarny brak szacunku.
Na Walnym Zjeździe nie przyjęliście sprawozdania z działalności, ale też sprawozdania finansowego, a prezes Piesiewicz chwalił się zyskiem?
- Przede wszystkim to są dwie kwestie. Jedna dotyczy wątpliwości sprawozdań. Nie uzyskaliśmy odpowiedzi na nurtujące nas kwestie ani teraz, ani wcześniej, bo prezes - jak mówiłem - nie ma ochoty na rozmowy i wyjaśnienia. Dużo osób ma też wątpliwości stricte, co do samego sprawozdania finansowego. Uważają, że nie zostało ono sporządzone do końca ze sztuką pomimo pozytywnej opinii biegłego. Kiedy próbowali uzyskać informacje, oczywiście ich nie otrzymali. Pan prezes zapomniał też, że PKOl nie jest jego prywatną firmą, gdzie patrzymy tylko na wynik finansowy, który jest oczywiście niezbędny, bardzo istotny i często kluczowy, ale przede wszystkim to jest nasze dobro narodowe. To nie jest zatem tak, że można mieć dodatni wynik finansowy bez względu na wszystko. Wyobraźmy sobie sytuację, że mamy kandydata na sponsora, który ma zyski z nielegalnej działalności. My o tym wiemy, a on zostaje tym sponsorem. To znaczy, że mamy się w tym wypadku szczycić tym, że mamy dodatni wynik finansowy? Na samym końcu trzeba dbać o wizerunek PKOl. Może rzeczywiście w tym roku ten wynik finansowy jest dobry, natomiast czy ktoś zbadał, jak wiele Polski Komitet Olimpijski stracił wizerunkowo, co w przyszłości może przełożyć się na finanse? Prezes Piesiewicz patrzy krótkowzrocznie i dla niego PKOl to tylko słupki w danym roku. One są niezwykle ważne, ale nie możemy zapominać o tym, co się wydarzyło w ostatnich miesiącach i właściwie przez większość kadencji prezesa Piesiewicza.
"Nie sądzę, żeby zdecydował się na udział w wyborach"
Opozycja wydaje się być zgodna i silna. Jest już zatem kandydat na prezesa PKOl? Jednego już mamy, bo prezes Piesiewicz mówi, że na pewno będzie ubiegał się o kolejną kadencję.
- I świetnie, choć szczerze mówiąc, myślę, że nie będzie kandydował. On zdaje sobie z tego sprawę i to jest tylko zaklinanie rzeczywistości, a jednocześnie taka jego gierka. Nie sądzę, żeby zdecydował się na udział w wyborach, żeby dostać kilkanaście albo kilkadziesiąt głosów. Nie sądzę, żeby chciał sobie na to pozwolić i on o tym świetnie wie, że nie ma najmniejszych szans na zwycięstwo. Nikt mu nie da poparcia w następnych wyborach. Bardziej skłaniałbym się ku temu, że będzie opóźniał wybory w nieskończoność, niż ku temu, że zdecyduje się w nich wystartować. Bardzo bym się zdziwił, gdyby tak było. Natomiast na ten moment, zgodnie ze statutem po odwołaniu prezesa PKOl, tę funkcję będzie pełnił jeden z wiceprezesów. Na razie nie wiem, kto zgłosi się do najbliższych wyborów, które wcale nie muszą być dopiero w przyszłym roku. Kilka osób już zadeklarowało gotowość, ale to już niech one wypowiadają się za siebie, bo to nie moja rola. Ja tylko jako jeden z członków Polskiego Komitetu Olimpijskiego chciałbym doprowadzić do sytuacji, żeby ten nasz wspólny dom funkcjonował zgodnie z prawem.
Rozmawiał - Tomasz Kalemba, Interia Sport
Zobacz również:















