Mina czterokrotnego mistrza świata mówiła wszystko. Polak zaskoczył na starcie
Antoni Kowalski jako jedyny z trzech Polaków wywalczył sobie miejsce w głównej drabince Scottish Open. W Edynburgu już na starcie trafił jednak na jednego z faworytów - czterokrotnego mistrza świata Johna Higginsa. Dla Szkota to domowy turniej, ale po raz ostatni wygrał go 29 lat temu. I dziś też 50-latek przecierał oczy, większą część pierwszego frejma przesiedział na krześle. I do ostatniej bili w szóstym frejmie nie było do końca wiadomo, jak to się skończy .

Gdy dwa dni temu w Blackpoolu w decydującą fazę wchodził Shoot Out, Antoni Kowalski w swoich mediach społecznościowych zamieścił taki wpis:
Żeby zagrać z legendą sportu (który jest jednocześnie twoim ulubionym zawodnikiem), na jego podwórku i przeciwko jego kibicom… Nie potrafię opisać jak bardzo jestem podekscytowany i jak bardzo nie mogę się doczekać.
On w Anglii przegrał już pierwsze spotkanie, myślami pewnie był w Edynburgu. Dwustopniowe eliminacje do Scottish Open odbyły się już w połowie października, Kowalski przeszedł je jako jedyny spośród naszych uczestników Main Touru. Michał Szubarczyk i Mateusz Baranowski nie dali rady, oni wrócili więc do Lublina na mistrzostwa Polski w formule shoot out.
Dla Kowalskiego to kluczowy czas na zbieranie punktów, czyli inaczej mówiąc nagród finansowych - to one zdecydują, czy na początku maja przyszłego roku zostanie w gronie profesjonalistów. W Edynburgu losował jednak... średnio. Od razu trafił na legendę snookera - Johna Higginsa. Szkota, który grał u siebie. I to właśnie o nim, piątym zawodniku rankingu WST, mówił, że jest legendą, ale i jego idolem.
Bo Higgins jest takim idolem dla wielu fanów snookera, choć cieniem na nim położyła się trochę afera korupcyjna z 2010 roku. Z najpoważniejszych zarzutów zdołał się wytłumaczyć, dostał jednak półroczne zawieszenie i grzywnę, a krótko po powrocie zdobył swój czwarty tytuł mistrza świata.
On zmagania w Shoot Out znów ominął, nie lubi tej formuły. Scottish Open oczywiście nie mógł.
I został od razu zaskoczony przez 21-letniego zawodnika z Zielonej Góry.
Antoni Kowalski kontra John Higgins w Scottish Open. Wielka chwila dla Polaka w Edynburgu
W starciu legendy z zawodnikiem na początku sportowej ścieżki można było się spodziewać dość wyraźnej dominacji tego pierwszego. Zwłaszcza że Higgins jest wciąż w znakomitej formie, to zawodnik z czołówki. A tymczasem dziś początkowo nie radził sobie w Edynburgu - jakby sukno na stole było za tępe. Polak czuł je lepiej, świetnie odstawiał białą, dzięki temu w pierwszym frejmie całkowicie zaskoczył faworyta. Higgins prowadził 13:1, ale później do głosu doszedł nasz zawodnik.

Szkot próbował w końcówce różnych "czarów", szukał snookera, bo tylko ten dawał mu nadzieję na odrobienie strat. Nie dał rady, to Polak objął prowadzenie.
Kowalski musiał jednak uważać na każdy błąd otwierający stół rywalowi, jak ten w drugim frejmie, przy stanie 7:21. O ile z odstawnymi Polak radził sobie bardzo dobrze, to z decyzjami - czy atakować, czy odstawiać - już niekoniecznie. I to się mściło. Podobnie jak i pomyłki przy wbijaniu. Na dodatek Szkotowi dopisywało szczęście.
W trzecim frejmie to jednak Polak otworzył stół. I radził sobie znakomicie, mimo trudnych ustawień, dwukrotnego "chińskiego snookera", czyli bliskiego kontaktu białej bili z inną przy zagraniu. Pomylił się przy prowadzeniu 43:1, dawało ono pewien komfort, ale żadnej pewności. Higgins bowiem zaczął grać świetnie, wbijał kolejne czerwone, później kolorowe. Problem pojawił się dopiero przy obowiązkowym podejściu do żółtej, która była przyklejona do górnej bandy. Nie wykonał tego dobrze, pomylił się, przy stanie 50:43 dla Szkota to Polak dostał szansę.
Kowalski miał utrudnione zadanie, ale w końcu to on wbił żółtą, dorzucił dwa punkty. Odstawił białą od zielonej, a Higgins miał ogromnego farta. Zielona uderzyła w narożnik bocznej kieszeni, po czym przeleciała przez całą szerokość stołu i wpadła po drugiej stronie.
Wkrótce prowadził 62:45, Kowalski potrzebował snookera. I umiejętnie odstawiał białą, ale Higgins nie chciał popełnił błędu. Objął prowadzenie na 2:1, a w kolejnym frejmie nie dał młodszemu o 29 lat rywalowi żadnych szans. Zaliczył 104-punktowego brejka, swojego... numer 1053 w karierze.
Kowalski znalazł się więc w sytuacji krytycznej, kolejnego frejma nie mógł już przegrać. Prowadził w pierwszej fazie, ale później do stołu podszedł Higgins. Prowadził 54:27, gdy popełnił błąd na czerwonej.
Polak miał szansę powrotu do tego spotkania, choć układ nie był wcale taki korzystny. Zielonogórzanin zaczął jednak grać wybornie, wyczyścił stół do końca. Ręce się nie zatrzęsły, gdy trzeba było wbić niebieską, choć kąt nie był idealny, a później różowej. Do czarnej podszedł przy wyniku 53:54. Trafił, doprowadził do stanu 2:3.

Polak w tej rozgrywce wykazał się cierpliwością, tak miało być dalej. Tyle że już na początku kolejnej rozgrywki popełnił potężny błąd - choć przecież tak dobrze radził sobie przy odstawnych, to skusił się na ryzykowne wbicie.
I wystawił czerwoną byłemu mistrzowie świata, który z okazji skorzystał.
To Higgins zaczął wbijać, ale też fatalnie pomylił się, gdy na jego liczniku pojawiło się 16 punktów. Teraz Polak miał korzystny układ, prowadził 41:16, gdy stanął przed ciężkim zadaniem - biała znajdowała się w pozycji snookera w górnej części stołu, cztery czerwone - na dole. Pierwsza próba się nie powiodła, popełnił faul, Higgins zarobił cztery oczka. W drugiej Kowalski zagrał tak, że umożliwił łatwe rozpoczęcie serii rywalowi. A 50-letni Higgins to wykorzystał. Wyszedł na prowadzenie, Kowalski jeszcze na różowej próbował wrócić do zmagań, ale potrzebował snookera. Nie udało się, przegrał 2:4.

John Higgins (Szkocja, 5. w rankingu WST) - Antoni Kowalski (Polska, 74) 4:2
Frejmy: 28:61, 74:7, 74:45, 109:0, 54:60, 61:41.












