Artur Gac, Interia: Kiedy podjął pan decyzję, by jako pierwszy oficjalnie stanąć w szranki w wyścigu na prezesa PKOl-u?
Robert Korzeniowski: - Wtedy, gdy ją podjąłem, to zakomunikowałem. Natomiast z chęcią podjęcia tej decyzji nosiłem się już od dłuższego czasu. To decyzja, która jest naturalną konsekwencją mojej postawy, mojego widzenia PKOl-u i też poczucia obowiązku.
Patrzę na komentarze pod pana wpisem na platformie X i pierwszy z brzegu, jaki widzę, jest taki: "przecież jeszcze dzień wcześniej mówił, że prezesem nie może być nikt związany z polityką, a przez ostatnie lata pracował w ministerstwie dla Koalicji Obywatelskiej. To, że pan zrezygnował z tej pracy nic nie zmienia. Nie będzie pan apolityczny, będzie pan kojarzony z jedną partią".
- Jeżeli ktoś ma takie skojarzenia, to tych skojarzeń pewnie szybko go nie pozbawię. Chciałem zaznaczyć, że mistrzem olimpijskim, olimpijczykiem byłem na długo przed przyjęciem prośby ministerstwa o eksperckie wsparcie prac w zakresie strategii sportu. Jeżeli każdego eksperta mamy traktować jak polityka, to myślę, że jest to jakieś nieporozumienie co do pojmowania roli politycznej. Nie jestem członkiem partii, nie biorę udziału w żadnych wydarzeniach, które są związane stricte z polityką, a rola eksperta w zakresie sportu jest mi przynależna. Zresztą pełnię ją niezależnie od tego, jaka partia rządzi w danym momencie. Przypomnę też tym, którzy może nie pamiętają, że w czerwcu 2023 roku byłem współodpowiedzialny za przeprowadzenie Igrzysk Europejskich Kraków-Małopolska, pracując wówczas dla Europejskich Komitetów Olimpijskich.
- Aktywnie wspierałem ten projekt, a rządziła wtedy inna opcja polityczna i też w sprawach tego projektu spotykałem się z ówcześnie rządzącymi, nie miałem z tym żadnego problemu. Ja jestem człowiekiem olimpizmu, pracuję dla olimpizmu i dla sportu. Uważam, że jeżeli ktoś robi dobre rzeczy dla sportu, to warto go w tym wspierać. Powtórzę więc, że nie posiadam żadnych wyróżników politycznych, takich jak przynależność do jakiejkolwiek partii. A wie pan, doradcą się bywa, natomiast mistrzem olimpijskim i olimpijczykiem pozostaje się na zawsze. Są etapy w życiu, są ważne wątki, których absolutnie się nie wypieram. Jestem z nich dumny i zadowolony z tego, co mogłem zrobić. Jednak dlatego właśnie wyszedłem z tego etapu współpracy, by nikt nie odczuwał, że jestem, czy podległy służbowo, czy wypełniam zalecenia ministra. Zresztą w zagadnieniach związanych z ruchem olimpijskim miałem uzgodnioną z ministrem bardzo dużą swobodę i tutaj przypomnę, że doradzałem wyłącznie w temacie strategii dla sportu, a nie byłem doradcą ministra w szerszym zakresie.
No właśnie, pan zobowiązał się do przygotowania tej wielkiej strategii sportu.
- Ja, żeby było jasne, zobowiązałem się do wspierania przygotowań tej wielkiej strategii sportu. To jest bardzo istotna różnica.
I to dzieło nie zostanie przez pana dokończone.
- Przeze mnie nie, ale czasami są sprawy, które są ważniejsze na danym etapie. A nie tylko w mojej opinii bardzo istotnym elementem strategii jest to, żeby komitet olimpijski działał sprawnie i cieszył się dobrą opinią. By to środowisko było wsparciem dla wszelkich inicjatyw, które państwo będzie podejmowało, niezależnie kto rządzi. Bo przypomnę, że strategia nie jest przygotowywana w celu zapewnienia formuły zarządzania sportem przez jedną opcję polityczną, tylko przez państwo polskie jako takie. Mam zamiar tę misję kontynuować, ale już z innej pozycji - uzdrawiając Polski Komitet Olimpijski, a potem wprowadzając go na takie tory, by stał się ważnym elementem realizacji strategii.
Czeka pana piekielne wyzwanie, by przekonać do siebie środowisko olimpijskie. Niestety instytucja autoryzacji ciągle jest skuteczna, więc bez imienia i nazwiska, ale przywołam kilka zdań, które usłyszałem o panu ze środka PKOl-u. Ostrzegam, będzie nieprzyjemnie, ale wiernie zacytuję. "Ja się boję, że wepcha się Korzeniowski, a to facet spod ciemnej gwiazdy. Wie pan o tym, że on nie został przez walne wybrany nawet do zarządu? Gość, który ciągle mówi: 'ja mam cztery złote medale olimpijskie', ale co on jeszcze ma? Bo cztery medale ma, ale mózgu nie ma. Jest leniwy, jak nie będę mówić kto".
- To są inwektywy niepoparty żadnymi faktami, które nie wnoszą nic merytorycznego do debaty o przyszłości polskiego sportu i dlatego nie zamierzam się do nich odnosić. Moim celem jest praca na rzecz sportowców i polskiego ruchu olimpijskiego, a oceniany będę wyłącznie na podstawie konkretnych rezultatów i podejmowanych działań. Ja dzisiaj rozpoczynam dyskusję w sposób otwarty. I ta dyskusja ma doprowadzić do tego, byśmy w modelu, który proponuję i z ludźmi, którzy do mnie dołączą, zmienić PKOl. Kwestia wyboru do zarządu wymaga spojrzenia na realia tamtego procesu. Warto pamiętać, że gremium to było formowane z rekomendacji przedstawionych przez ówczesnego prezesa, a cała procedura miała określoną dynamikę.
Moje kandydowanie było wyłącznie powiedzeniem "sprawdzam" z przekonaniem, że tak czy siak do tego nie dojdzie, ponieważ nie byłem nigdy faworytem Radosława Piesiewicza. Nie znalazłem się na jego liście osób, która była listą de facto zamkniętą. A tylko ta lista przynosiła sukces wyborczy na walnym zgromadzeniu. Tak że używanie takich argumentów jest wyrazem manipulacji albo liczenia na płytkość intelektualną tych, którzy będą odbierać ten przekaz.
30 kwietnia, gdy rozmawialiśmy po raz ostatni późnym wieczorem, kiedy wygaszono neon zondacrypto na Centrum Olimpijskim PKOl im. Jana Pawła II, wypowiedział pan takie słowa: "Las pali się szybciej niż rośnie i teraz trzeba sprawić, żeby ten las znowu wyrósł. By już nikt nie miał ani odwagi, ani pomysłu, ani już nigdy absolutnie jakakolwiek ręka podpalacza się tam nie pojawiła, otwiera się w nowym oknie".
- Dziś powiedziałbym jeszcze raz to samo. Nic się nie zmieniło, te słowa ani trochę nie straciły na aktualności. Działanie, które dzisiaj podejmuję stanowią naturalną konsekwencję mojej dotychczasowej postawy wobec tego, co się wydarzyło.
Lista priorytetów już jest przez pana ustalona? To m.in. statut PKOl do pilnej zmiany?
- Mam swój plan działania, ale oczywiście nie zamierzam działać w pojedynkę. Kluczem do realnej zmiany jest praca zespołowa i wspólnie wypracowana strategia, bo o przyszłości polskiego sportu nie decydują solowe popisy, lecz wspólny wysiłek.
Rozmawiał Artur Gac, Interia
Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz: artur.gac@firma.interia.pl













