Krzysztof Ibisz: Karate było częścią mojego dorastania
Krzysztof Ibisz to dziennikarz, prezenter telewizyjny, autor książek, ikona polskiego show-biznesu. Jest znany m.in. z zamiłowania do sportu i propagowania zdrowego trybu życia. W rozmowie z Interią opowiedział o tym w czym mu pomogły sporty walki, w jakich aspektach zmienia się polskie społeczeństwo i czego ludzie nie wiedzą o "Tańcu z Gwiazdami".

Krzysztof Bienkiewicz: Kilka lat temu w jednym z wywiadów powiedział pan, że najważniejsze dla pana w życiu są sport, rodzina oraz pies. Czy ta hierarchia jest wciąż aktualna?
Krzysztof Ibisz: Powiedziałbym, że najważniejsze dla mnie są rodzina, praca i zwierzęta, ale sport również, gdyż to jest coś, co szczególnie kocham.
Czy to zostało panu zaszczepione w dzieciństwie?
- Mój tata nie uprawiał sportu. Mama grała w siatkówkę w drużynie Drukarza Warszawa, ale nie powiedziałbym, że zaszczepiła we mnie sport. Mnie już od dziecka ciągnęło do niego samoczynnie. W szkole podstawowej miałem tylko taki problem, że nie lubiłem grać w piłkę nożną, co mnie wykluczało z gier koleżeńskich, gdzie piłka była podstawą funkcjonowania. Ja zaś wolałem sporty indywidualne, lekką atletykę, biegi, sztuki walki. Byłem zawodnikiem Legii Warszawa, gdzie trenowałem skok wzwyż, choć od małego chyba najbardziej ciągnęło mnie do sportów walki.
Ibisz: Właśnie to mam w sobie ze sztuk walki
Co sprawiało, że akurat sporty walki pana tak przyciągały?
- Przełomem dla mnie, jak i pewnie dla wielu przedstawicieli mojego pokolenia, było pójście do kina na film "Wejście smoka". Byłem na tym filmie chyba siedemnaście razy, ale już po pierwszym seansie pobiegłem zapisać się do szkoły karate Kyokushinkai. Karate było częścią mojego dorastania. Potem to się rozwinęło i doszły kolejne sztuki walki: aikido, jiu-jitsu brazylijskie, kickboxing, boks, potem jeszcze krav maga. W sumie te sporty walki chyba najdłużej były obecne w moim życiu i wciąż troszkę jeszcze mam z nimi do czynienia.
Z wykształcenia jestem japonistą, więc nie mogę nie zapytać o karate kyokushin, a szczególnie o ducha "osu", czyli postawę wytrwałości i bycia cierpliwym, którą to słowo i filozofia tej dyscypliny reprezentuje. Czy to było panu wpajane, kiedy trenował pan tę dyscyplinę, a jeśli tak, to czy coś z tych nauk zostało w życiu dorosłym?
- Ta filozofia czy też postawa cierpliwości, ciężkiej pracy, spokoju, budowania wewnętrznej siły, która przekłada się na siłę zewnętrzną, jest obecna w wielu sztukach walki. W tym zawarty jest również lekki dystans do świata, niewchodzenie w niepotrzebne konflikty, unikanie tego najgorszego wariantu, czyli ewentualnej walki na ulicy. Do tego wszystkiego dochodzi wewnętrzne poczucie posiadania życiowej mocy. Moim zdaniem właśnie to mam w sobie ze sztuk walki i to jest fantastyczne. To jest trudna sztuka, wymagająca lat pracy i cierpliwości, ale mi zawsze podobało się połączenie sportu z duchowością.
Pan funkcjonuje i pracuje w takim środowisku, które tego ducha spokoju chyba bardzo mocno testuje.
- (śmiech) Tak. Po tylu latach pracy na pierwszej linii programowego frontu myślę, że mam w sobie spokój i opanowanie. Nie mam poczucia stresu, kiedy na antenie dzieją się nieprzewidziane rzeczy. Szczególnie, kiedy to się dzieje w trakcie programu na żywo. W takiej sytuacji czuję raczej opanowanie. Sztuki walki doskonalą i rozwijają właśnie tę cechę opanowania i odporności na stres, zarówno ten psychiczny, jak i fizyczny.
W pana pracy tego stresu w zasadzie nie da się uniknąć, ale jak rozumiem można posiąść umiejętność zarządzania nim.
- Można go zminimalizować poprzez maksymalne przygotowanie. Kiedy uczę jak radzić sobie ze stresem podczas warsztatów wystąpień publicznych, zawsze mówię moim słuchaczom: Bóg sprzyja przygotowanym.
A pan po tylu latach odczuwa jeszcze tremę?
- Nie odczuwam tremy. Odczuwam raczej coś, co bym nazwał koncentracją. Jest to też pewien rodzaj frajdy, szczególnie, kiedy zaczyna się program live, gdyż to programy emitowane na żywo są moją największą zawodową pasją.
Dlaczego akurat one?
- To może być ciężko zrozumieć, kiedy nie stoi się przed kamerami podczas programu, który ogląda dwa czy dwa i pół miliona widzów, jak to ma miejsce w przypadku "Tańca z Gwiazdami". Ogólnie chodzi o ten moment tu i teraz, kiedy nic nie da się powtórzyć. Kiedy to wszystko dzieje się na oczach milionowej widowni. To jest rodzaj pewnej magii. Dla mnie spotkanie z widzami czy w ogóle praca prowadzącego w telewizji to jest tak naprawdę magia spotkania na żywo, która daje ogromną radość.
Wracając jeszcze na chwilę do sportu - w piłkę pan nie grał i też pan jej nie ogląda?
- Oglądam przede wszystkim sporty indywidualne, a piłkę nożną tylko z moimi synami, ponieważ obydwaj są ogromnymi fanami futbolu.
Kibicują któremuś klubowi?
- Kibicują dwóm przeciwstawnym polskim klubom, czyli jeden syn Legii, a drugi Polonii Warszawa.
Ciekawe i dosyć rzadkie.
- Tak, szczególnie w tym sezonie, w którym oba kluby przechodzą przez góry i dołki. No ale my im w tych wszystkich dołkach i górkach towarzyszymy.
Przyznaję, że nie jest łatwo umówić się z panem na wywiad, ale nie dlatego, że nie chce pan ich udzielać tylko dlatego, że jest bardzo zajętym człowiekiem. Jak w tak napiętym harmonogramie dnia odnajduje pan czas na sport i dbanie o siebie?
- Planowanie czasu na sport jest bardzo ważne, ponieważ zauważyłem, że siłownia czy rekreacja są takimi zajęciami, które na ogół wykreślamy jako pierwsze z kalendarza, kiedy wpada nam coś zawodowego. Ja tymczasem staram się robić tak, żeby moje zajęcia sportowe, czyli trzy razy w tygodniu trening siłowy, były pozycją nie do wykreślenia. Pilnuję tego jak niepodległości żeby zamiast trzech jednostek treningowych nie zrobiła się jedna. A ja mam taką zasadą, żeby robić dwie i pół.
To znaczy?
- Staram się robić trzy jednostki, ale i tak wiem, że wypadną jakieś święta bądź córeczka złapie przeziębienie albo ja zachoruję i nie będę mógł pójść do klubu. Dlatego bardzo pilnuję, żeby średnia zajęć wynosiła co najmniej dwa i pół treningu w tygodniu.
Oprócz siłowni uwielbia pan też rower.
- To prawda. Kiedy nie miałem dwójki małych dzieci, to żeby się odstresować po ciężkich nagraniach, nawet jak wracałem do domu w nocy, to wyciągałem rower i dla czystej przyjemności jeździłem sobie pół godziny czy godzinę po Warszawie. Teraz używam roweru do transportu dzieci, ponieważ odwożę dziecko do przedszkola rowerem bądź przyjeżdżam nim, by je odebrać. Ale uwielbiamy też rodzinne wycieczki rowerem nad Wisłę. Mieszkamy na Żoliborzu, więc mamy idealną komunikację z trasami rowerowymi nad rzeką. Robimy sobie wycieczki po bulwarach lub na północ od Warszawy. To nam daje wiele frajdy, także sport w wydaniu rekreacyjnym jest również super.
A ze wszystkich wymienionych do tej pory dyscyplin sportowych, z którą pan się najbardziej utożsamia?
- Patrząc na wszystkie elementy danej czynności sportowej to najbardziej lubię siłownię. Ćwiczenia to jedno, ale pójście na siłownię jest również momentem spotkania się z kumplami, bycia w męskim kręgu, gdzie dobrze, że nie ma mikrofonów, ponieważ nasza komunikacja jest bardzo męska. (śmiech) Wszystkie nasze rozmowy, które mają miejsce na siłowni, o życiu, o naszych relacjach, o tym, co facetów trapi w codziennym życiu prywatnym i zawodowym, są bardzo wartościowe oraz potrzebne. Wszyscy wychodzimy z tej siłowni oczyszczeni. W męski sposób dzielimy się tam tym wszystkim, co jest w naszym wnętrzu i dlatego myślę, że jest to dla nas trochę jakby terapia. Połączenie wymiany myśli z wysiłkiem sportowym i spotkaniem z kumplami w męskim gronie daje fantastyczne oczyszczenie.
Niektórzy ludzie w ramach uwolnienia się od bolączek stosują używki. Pan w swojej książce pisze, że człowiek to jedyne zwierzę posiadające zdolność świadomej autodestrukcji. Myśli pan, że jesteśmy aż takimi niewolnikami czy to przyjemności czy nieumiejętności radzenia sobie z problemami, że sięgamy po te szybkie, proste środki, które ostatecznie jednak nie działają?
- Alkohol, papierosy czy narkotyki to są absolutne trucizny. Ich stosowanie to morderstwo dla własnego organizmu i tak naprawdę źródło wielu problemów, które rodzą się wraz z ich stosowaniem. Wydaje mi się jednak, że coś się zmienia w społeczeństwie i rośnie świadomość zdrowia. Pracuję już wiele lat w show-biznesie, patrzę na swoje otoczenie zawodowe oraz prywatne i mogę powiedzieć, że ja chyba nie znam ani jednej osoby, która pali papierosy. W moim otoczeniu prywatnym i rodzinnym na pewno takiej osoby nie ma. Jeśli chodzi o pracę, to spożycie alkoholu w mojej branży może nie było powszechne, ale na pewno częste podczas koncertów zespołów, jednak to też się teraz zmienia. Moim zdaniem świadomość, że papierosy i alkohol to są absolutne trucizny, jest coraz większa i ludzie po prostu chcą zdrowo żyć.
Czyli odbiór pana książki o zdrowym stylu życia teraz jest inny?
- Z pewnością. Kiedy szesnaście lat temu napisałem jej pierwszą edycję, to budziło śmiech. Facet po czterdziestce pisze książkę o zdrowym stylu życia? Co to ma być? Dbanie o siebie było wtedy czymś w ogóle niemęskim, ale takie poglądy już legły w gruzach. Dlatego zrobiłem reedycję tej książki pod tytułem "Coraz młodszy. Jak zadbać o sylwetkę, zdrowie i siłę po czterdziestce" i daję tam moim zdaniem kompletny zasób wiedzy zgodny z najnowszymi badaniami, gdyż to wszystko uaktualniłem. W książce tłumaczę jak sensownie połączyć sport z wprowadzeniem nowych, dobrych nawyków, jak zgrać z tym dietę i regenerację. Piszę też o tym, jak uporządkować się w sferze myślowej i duchowej, ponieważ dopiero połączenie tych wszystkich elementów daje absolutną odmianę życia. W bajkach na koniec często piszą "i żyli długo i szczęśliwie" i ja myślę, że wszyscy chcemy żyć długo i szczęśliwie. W zdrowiu, w poczuciu bycia potrzebnym, w spełnieniu zarówno prywatnym, jak i zawodowym i w mojej książce podpowiadam, jak to zrobić.
A czy pan obawia się starości?
- Nie. Każdy wiek ma swój smak i swoją wartość. Wydaje mi się, że pilnując pewnych parametrów życiowych i dbając o siebie, jesteśmy w stanie przez długi czas funkcjonować w szlachetny sposób, czyli w dobrym zdrowiu, nastroju i z dobrą energią.
Jako mieszkaniec warszawskiej Woli chciałem teraz pana zapytać o tę dzielnicę, gdyż pan wychował się na wolskich podwórkach.
- Tak, przy ulicy Żelaznej. Przy tej ulicy mieszkali moi rodzice i to był mój pierwszy dom. Do podstawówki chodziłem na ulicy Ogrodowej, szkoła numer dwieście dwadzieścia jeden. Potem mieszkałem na Solidarności i Okopowej, więc tak, Wola to moje podwórka. Oczywiście one wtedy wyglądały inaczej. Nie były tak uporządkowane jak teraz, ale wtedy to były miejsca, gdzie młodzi ludzie mieli dużo przestrzeni do swobodnej zabawy.
A jak blisko był pan decyzji o zostaniu księdzem?
- No przyznam, że miałem taką myśl. Od wczesnych lat byłem bardzo związany z Kościołem. Byłem ministrantem od wczesnej szkoły podstawowej, właściwie od komunii świętej. Później byłem związany z ruchem, który stworzył ksiądz profesor Janusz Tarnowski w kaplicy właśnie na ulicy Żelaznej. Odbywały się tam spotkania z młodzieżą, na których dyskutowaliśmy na bardzo różne tematy: świata, literatury, sztuki, tematy moralne. Poszedłem też do liceum katolickiego i skończyłem liceum Świętego Augustyna. To było męskie liceum z mszą świętą przed lekcjami, z maturą z religii. Ostatecznie księdzem nie zostałem, ale wydaje mi się, że wiele z idei, którymi wtedy jako młody człowiek nasiąkłem, zostało ze mną w dorosłym życiu.
Wiara czy wartości niesione przez filozofię sztuk walki są pewnymi punktami odniesienia, ale czy my obecnie nie żyjemy w świecie, w którym ludzie mają takich punktów odniesienia coraz mniej? Upadają wszelkie autorytety, Internet dostarcza informacji lub dowodów na wszelkie możliwe teorie. Cytując klasyka: jak żyć? Gdzie znaleźć jakiś kompas?
- Myślę, że duchowość może nam w tym pomóc. Zresztą zauważam, że powoli w tę stronę się przesuwamy. Czasem lubię posłuchać sobie podcastów i zauważam pewien proces, który następuje w treściach tych audycji. Zaczęło się od tematów lifestyle'owych. Potem przyszła fala rozmów o uzależnieniach i walce z nałogami. A kiedy ta fala się przetoczyła, to ludzie zaczęli poruszać tematy duchowe. Mam wrażenie, że coraz więcej ludzi szuka w Internecie autorytetów lub ważnych treści. Chyba mamy już za sobą falę grzebania w rzeczach złych, w otchłani. Mam nadzieję, że teraz pójdziemy w stronę jasności i wyższych wartości.
Ostatni wątek i dwa krótkie pytania. Czego według pana ludzie nie wiedzą o "Tańcu z Gwiazdami"?
- Myślę, że nie każdy zdaje sobie sprawę, jak ciężka to jest praca i jak duży to jest trud codziennych przygotowań. To jest osiem, dziesięć godzin walki na sali ze swoimi słabościami, z bólem, często z kontuzjami, chorobą, z przeziębieniem. Tu nie można powiedzieć "mam zwolnienie lekarskie i nie wystąpię". Dwa miliony ludzi czeka przed telewizorem na występ i myślę, że to też rodzi w uczestnikach ogromny stres. Ale najtrudniejszy moment jest wtedy, kiedy przychodzi moment występu na żywo i orkiestra gra utwór do danego tańca tylko raz. Coś się nie uda, nie wejdziesz odpowiednio w choreografię lub w rytm, no to trudno. Tego już nie można poprawić. Przez to wszystko stres w uczestnikach programu jest po prostu niebywały. A im bliżej końca i im mniej ich pozostaje w programie, tym jest to dla nich trudniejsze. Ten program jest również oczyszczający. On zmienia życie jego uczestników, wiąże ich ze sportem, daje bardzo dobrą energię poprzez kontakt z tym niesamowicie pozytywnym światem tańca oraz tancerzy. Wszyscy, którzy przychodzą do "Tańca z Gwiazdami" są innymi ludźmi po zakończeniu udziału w programie.
Natalia Nykiel również brała udział w "Tańcu z Gwiazdami". Ona weszła do programu z ciałem oswojonym ze sportem przez jej pasję rowerową, ale podczas wywiadu mówiła mi, że nie spodziewała się, że będzie aż tak ciężko.
- To jest niewiarygodnie ciężkie fizycznie i psychicznie doświadczenie. Ale też bardzo prawdziwe, co też staramy się pokazać w filmikach będących częścią programu i dzięki czemu to się tak dobrze ogląda.
Jest jeszcze jedna rzecz, o której widzowie mogą nie wiedzieć. Mam tu na myśli moment tuż przed pierwszym tańcem na żywo, albowiem z tego co słyszałem, następuje wtedy pewna ustalona tradycja.
- (śmiech) No tak, mamy taki rytuał będący okrzykiem, który wznoszą wszyscy uczestnicy i tancerze. Trochę jak ekipa przed meczem. Drużyna wznosi okrzyk zwycięstwa. Okrzyk, który powoduje, że wszyscy jesteśmy razem, bo wiemy, że za chwilę przeżyjemy to samo i wszyscy jesteśmy skoncentrowani na naszym celu. A celem jest danie widzom Polsatu rozrywki na absolutnie najlepszym, światowym poziomie. To zawołanie jest okrzykiem niecenzuralnym, ale chodzi o wyrażenie emocji i ducha jedności. Poza tym w sporcie i emocjach niecenzuralne słowa zdarzają się nawet najlepszym sprawozdawcom i wtedy im się je wybacza. (śmiech)











