Demolka w finale mistrzostw Polski. 71:0 to za mało. Pierwszy w historii
Skoro w finałowym turnieju mistrzostw Polski był tylko jeden zawodnik grający w zawodowym Main Tourze, to naturalnie on był faworytem do tytułu. Mowa o Mateuszu Baranowskim, który od piątku do niedzieli rozegrał w Zielonej Górze siedem spotkań. I to wcale nie to finałowe było najtrudniejsze, choć rywal - Tomasz Skalski - kiedyś też aspirował do gry w World Snooker Tour, a mistrzem Polski był 10 lat temu. Pierwszy raz od 2013 roku jeden z zawodników w finale nie wygrał nawet frejma.

28-letni dziś Mateusz Baranowski w finale mistrzostw Polski po raz pierwszy zagrał w 2015 roku - zapłacił wtedy "frycowe", przegrał 2:7 a Adamem Stefanowem. Później jednak w tych rozgrywkach zachodził niemal wyłącznie bardzo daleko - jedynie w 2019 roku przepadł w zmaganiach grupowych, uległ w nich wtedy m.in. 2:3 Tomaszowi Skalskiemu. Cztery razy cieszył się jednak z mistrzowskiego tytułu, cztery razy przegrał też takie potyczki.
A teraz w Zielonej Górze stanął przed szansą, by jako pierwszy w historii zdobyć mistrzostwo Polski po raz piąty. A skoro zabrakło tu Antoniego Kowalskiego czy Michała Szubarczyka, którzy polecieli już do Anglii na kwalifikacje German Masters, był zdecydowanym faworytem. I dość pewnie dostał się do finału, choć chwilę wcześniej dość mocny opór postawił mu Konrad Juszczyszyn.
Rywalem Baranowskiego był Tomasz Skalski - zawodnik 36-letni, który 10 lat temu dość niespodziewanie został mistrzem Polski, a i wróżono mu wielką karierę. Wychował się w w Overpelt w Belgii, miał tamtejszy paszport, w Pucharze Świata reprezentował tamten kraj, wspólnie z nieco młodszym Lucą Brecelem. Tyle że to rodak podbił świat, został zawodowym mistrzem globu, ogrywał legendy.
Skalski wtedy wystąpił ze specjalnym zaproszeniem, wygrał finał. Teraz stanął przed szansą powtórzenia tego wyniku. Tyle że na pewno nie był faworytem.
Finał Mistrzostw Polski w Snookerze. Mateusz Baranowski kontra Tomasz Skalski. Walka na dystansie do pięciu wygranych frejmów
Skalski trzy pierwsze frejmy znakomicie zaczynał. I fatalnie kończył swoje podejścia. Przekonał się, że na tym poziomie już jeden błąd może dokonać do potężnej rewolucji na stole.
W pierwszym rozdaniu punktował od początku, prowadził już 27:0, gdy nie ściął czerwonej bili do środkowej kieszeni. Wyglądało to tak jak na poniższej ilustracji:

Baranowski momentalnie tę szansę wykorzystał. W rywalizacji zawodowców niemal każda taka pomyłka kończy się boleśnie, zielonogórzanin też często się o tym przekonuje. Tu nie był ofiarą, a katem. Wygrał tego frejma 91:27, bawił się już na różowej, a spokojnie mógł skończyć stupunktowym brejkiem.
A ledwie zaczęła się druga partia, sytuacja się powtórzyła. Znów prowadzenie Skalskiego, tym razem 20:0. Sytuacja na stole była dla niego idealna, czerwone rozbił udanym zagraniem w czarną. Gdy się jednak pomylił, od razu wykorzystał to Baranowski. Zdobył 117 punktów, podwyższył na 2:0. A za moment dobił rywala podobnym scenariuszem. Skalski zaczął świetnie, prowadził znów 20:0, a przy stanie 29:28 popełnił faul. I Baranowski uciekł na tyle, że na kilkunastominutową przerwę schodził już przy stanie 3:0.
Można się było zastanawiać, czy Skalski będzie jeszcze w stanie zagrozić obrońcy tytułu. Czy jednak emocje, których doświadczył w półfinale, gdy dopiero ostatnia bila w ostatnim frejmie zdecydowała o jego awansie, nie przeszkodziły w finale.
Wrócił jednak z dobrym nastawieniem, w czwartej rozgrywce zdobył 71 punktów z rzędu, gdy swoją szansę dostał w końcu Baranowski. Tyle że na stole zostało 67 punktów w bilach - i to przy optymalnym rozkładzie, z czarną po czerwonych. A te stały w większości przy bocznej bandzie.
Baranowski zaczął jednak grać na światowym poziomie, choć potrzebował jeszcze - do wyrównania - jednego snookera. I ustawił go ostatecznie na zielonej, tu szukał swojej okazji.

Skalski w tej sytuacji się pomylił, nie trafił w zieloną bilę. A to oznaczało cztery dodatkowe punkty dla Baranowskiego, który wyczyścił wkrótce stół. Wyrównał na 71:71, doszło do dogrywki na czarnej bili.
I znów geniusz zielonogórzanina dał znać - "podpuścił" rywala, a ten w końcu wystawił czarną. I już było w finale 4:0.
W spocie ponoć nie ma sytuacji nieodwracalnych, ale trudno było się spodziewać, by po takim ciosie Skalski był jeszcze w stanie coś w tym finale zdziałać. Pozostała mu walka o honorowego frejma, bo przecież od decydującej potyczki w 2013 roku pomiędzy Krzysztofem Wróblem i Marcinem Nitschke nie było takiej sytuacji, by mecz rozstrzygał się w stosunku do zera.
Nie udało się, choć w tej piątej rozgrywce też prowadził, tym razem 22:1, a później jeszcze 33:32. I miał szansę, by serię kontynuować. Znów jeden błąd sprawił, że wszystko się odwróciło.
Baranowski wygrał więc 5:0, został pierwszym zawodnikiem w historii z pięcioma tytułami mistrza kraju.
I pełen optymizmu może ruszyć do Anglii - we wtorek czeka go spotkanie z Allanem Taylorem w pierwszej rundzie eliminacji German Masters.
Mateusz Baranowski - Tomasz Skalski 5:0
Frejmy: 91:27, 117:20, 82:29, 78:71, 76:38.












