Polska jak Paryż. "Igrzyska nie muszą być obciążeniem, tylko zyskiem. Idźmy tą drogą"
W koncepcji igrzysk olimpijskich w Polsce ważną rolę mają odegrać lokalne samorządy - sześć, a może nawet osiem miast zostanie współgospodarzami, a ponad sto może gościć reprezentacje z całego świata. - Paryż pokazał, że igrzyska wcale nie muszą być obciążeniem, tylko zyskiem. Francuzi wydali zapewne więcej niż planowali na organizację wydarzenia, ale zysk dla ich gospodarki, dla PKB, jest dziś ogromny. Co niemniej ważne był to projekt, który połączył Francuzów. I to jest chyba najważniejsze, by przekonać Polaków do tego samego. Będą tworzyć igrzyska, a nie stać obok - uważa Joanna Skrzydlewska, marszałek województwa łódzkiego.

Andrzej Klemba, Interia: W zespole roboczym ds. kandydatury do igrzysk olimpijskich i paraolimpijskich jest też grupa samorządowców, w której jest m. in. pani. Jaką rolę odegrają samorządy i co mogą zyskać?
Joanna Skrzydlewska, marszałek województwa łódzkiego: - Jesteśmy postrzegani jako partnerzy przy organizacji centrów pobytowych i treningowych dla reprezentacji, które brałyby udział w igrzyskach. Mamy ośrodki sportowe, w które ciągle inwestujemy. Już mistrzostwa Europy w 2012 roku pokazały, że w naszym kraju jest ogromny potencjał do organizacji wielkich imprez. Wtedy powstało lub było modernizowane wiele baz sportowych i wciąż są wykorzystywane. Teraz w samorządach powstaje spis tego, co mamy i co możemy zaproponować. To najprostszy przykład naszej roli w tym przedsięwzięciu, a sama koncepcja igrzysk jest inna niż to miało miejsce przed Paryżem. Zakłada się, że - oczywiście - jest miasto gospodarz, ale są też miasta współgospodarze, w których organizowane są poszczególne dyscypliny i tak samo ma być w Polsce, jeśli zostanie organizatorem igrzysk. Nie tylko więc Warszawa, bo też nie ma takich możliwości, żeby wszystkie dyscypliny zostały tam rozegrane. Dla niektórych województw czy miast szansa, by gościć igrzyska, jest duża. Z raportów po Euro 2012 wynika, że największym ich beneficjentem było… województwo łódzkie. Choć tu nie było meczów, ale pod względem rozbudowy infrastruktury drogowej na tym zyskało. Mistrzostwa były motorem, który napędził do realizacji wielu inwestycji, a my dzisiaj ciągle z tego korzystamy. W przypadku Łodzi i województwa łódzkiego lokalizacja w centrum Polski jest atutem. Mamy też całkiem dobrą infrastrukturę sportową - stadiony i halę. Możemy więc być w grze, jeśli chodzi o niektóre dyscypliny.
Dwa stadiony i hala w Łodzi, ale jest też choćby ośrodek przygotowań w Spale. Coś jeszcze?
- Skoro Międzynarodowy Komitet Olimpijski odszedł od tradycyjnej organizacji zawodów tylko w obiektach sportowych i tak też było w Paryżu, to w Łodzi są piękne przestrzenie na przykład w EC1. Ja bym tam widziała szermierkę albo ściankę wspinaczkową, czyli dyscypliny, w których ostatnio zdobywaliśmy medale olimpijskie. MKOl ma zupełnie inne nastawienie do organizacji igrzysk niż wcześniej. Zależy mu na zrównoważonym rozwoju, na ochronie klimatu i planety. Mamy odejść od budowy kolejnych, wielkich obiektów sportowych za setki milionów złotych, tylko wykorzystywać to, co już jest gotowe i przestrzeń na zewnątrz, do organizacji poszczególnych dyscyplin. Paryż to świetnie pokazał. Raptem może dwa nowe obiekty zostały tam wybudowane. Tutaj jest wybrana podobna droga, zresztą polska delegacja z ministrem na czele była w Paryżu i czerpali wiedzę z tego, jak Francuzi przygotowali igrzyska. To będzie pole do popisu w zakresie kreatywności, gdzie można rozgrywać różne dyscypliny. Nie wszystkie potrzebują wielkich stadionów i hal. Lokalizacja i bliskość Warszawy w tym przypadku niewątpliwie jest atutem województwa łódzkiego, a nie przeszkodą.
Robert Korzeniowski mówi, że za te 12 czy 14 lat Łódź będzie właściwie w jednej "aglomeracji" z Warszawą dzięki szybkiej kolei i autostradzie…
- Do tego czasu powinien też powstać Port Polska, a także może czwarty i piąty pas autostrady. To nas zbliża, a nie oddala od Warszawy. Będą to dwa duże ośrodki połączone ze sobą i ogromny przepływ mieszkańców z jednego miasta do drugiego ze względu na pracę czy naukę.
Należy więc patrzeć przyszłościowo, jak to będzie wyglądało po 2040 roku, a nie dziś.
Do idei igrzysk w Polsce trzeba przekonać społeczeństwo. Do tej pory organizacja tej imprezy często było stawiana w złym świetle i straszono wielkimi kosztami. To nie będzie łatwe zadanie?
- Oczywiście, że igrzyska muszą mieć poparcie społeczne. Głównym celem powinno być zjednoczenie Polaków wokół tej idei. To na pewno wymaga dużej pracy, wysiłku i czasu, żeby przekonać naród. To będzie dla nas kolejny skok cywilizacyjny i gospodarczy, tak jak to było w przypadku Euro 2012. Wydaje mi się, że to, co się zaczęło w Paryżu jest ogromnym pozytywem, bo tam Francuzi uwierzyli w ten projekt i stali się jego częścią. Ta ogromna liczba wolontariuszy, ich otwartość napawa mnie optymizmem, bo my też to potrafimy jako Polacy. Nie mamy, czego się wstydzić, bo jesteśmy narodem odważnym, silnym i potrafimy dużo osiągnąć. Dzisiaj nasza pozycja jest w Europie dość mocna. Polska bardzo zmieniła się przez ostatnie dekady i jest gotowa, żeby przeprowadzić tak ogromne wydarzenia sportowe. Paryż pokazał, że igrzyska wcale nie muszą być obciążeniem, tylko zyskiem. Francuzi wydali zapewne więcej niż planowali na organizację wydarzenia, ale zysk dla ich gospodarki, dla PKB jest dziś ogromny. Co niemniej ważne był to projekt wszystkich Francuzów i oni czuli się częścią tych igrzysk. I to jest chyba najważniejsze, by przekonać Polaków do tego samego. Będą tworzyć igrzyska, a nie stać obok. Ja jestem też w stanie uwierzyć, że ten projekt pobudzi nas do tego, żebyśmy się więcej ruszali, ćwiczyli. Zachęci Polki i Polaków do aktywności fizycznej, szczególnie dzieci i młodzież. Żeby ten ruch był czymś naturalnym i na pewno takie imprezy do tego zachęcają. We Francji promocja igrzysk zaczęła się od szkół. Uczniowie przygotowywali różnego rodzaju wydarzenia, zwiększali aktywność sportową i byli zachęcani, by brać czynny udział w igrzyskach na terenie swojej gminy. Trzeba zacząć od samego dołu i przekonywać. Dzisiaj zakładam, że połowa polskiego społeczeństwa jest za, a druga połowa przeciw. Ale mamy potencjał, by te igrzyska odbyły się w Polsce i jestem przekonana, że będą sukcesem, z którego wszyscy będziemy czerpać korzyści. Zwiększymy rozpoznawalność, pokażemy walory turystyczne. Coraz więcej osób odwiedza Polskę. Jesteśmy też atrakcyjnym miejscem przez zmiany klimatu. Mamy góry, jeziora, morze. Wszystko, co jest potrzebne do dobrego wypoczynku i inni nam mogą tego zazdrościć.
Żeby jednak rozpocząć oficjalne starania się o igrzyska, Polski Komitet Olimpijski musi złożyć aplikację. A między Komitetem, którego prezesem jest Ryszard Piesiewicz, a ministerstwem sportu nie ma dobrych relacji. Potrzeba współpracy, a nie konfliktu.
- Aplikację rzeczywiście składa PKOl i to współdziałanie musi być. Mamy jednak teraz innego ministra sportu i turystyki niż jeszcze jakiś czas temu. Z prezesem PKOI miałam okazję niedawno rozmawiać w Łowiczu, podczas noworocznego spotkania rodziny sportowej, na temat ubiegania się Polski o organizację igrzysk. Przede wszystkim trzeba nawiązać dialog i spróbować budować porozumienie oparte na uczciwych zasadach. Każda ze stron, i nie odnoszę tego do obecnego ministra, tylko do poprzedniego, ma po swojej stronie błędy. Współpraca jest możliwa. PKOl to także prezesi polskich związków sportowych, którzy nie zawsze muszą mieć to samo zdanie. Niewątpliwie dla związków igrzyska są szansą, a nie zagrożeniem, więc uważam, że większość jest "za". Nikt odpowiedzialny i racjonalnie myślący nie będzie stawał w poprzek, tylko raczej będzie współpracował. Byłam na spotkaniu w ministerstwie, na którym było dwóch przedstawicieli PKOl. Później podczas prezentacji strategii dla polskiego sportu i starania się o organizację igrzysk na Stadionie Narodowym też byli przedstawiciele PKOl. Nie są więc nieobecni czy pomijani.
Choćby Adam Korol jest prezesem Polskiego Związku Towarzystw Wioślarskich i jednocześnie wiceprezesem PKOl.
- Dokładnie i uważam, że rolą wiceprezesów czy członków zarządu jest przekonywanie prezesa do tego, że to jest właściwa droga. A czy tę aplikację osobiście będzie składał prezes, czy ktoś w jego imieniu, to jest już rzecz wtórna. Powinna być złożona, a sport zawsze powinien łączyć, a nie dzielić. Im mniej polityki, tym lepiej dla samego sportu. Ostatnie lata, niestety, ten trend odwróciły z niekorzyścią dla sportu i sportowców. Naprawdę trzeba patrzeć przez pryzmat szansy i rozwoju gospodarczego, a także mobilizacyjnego dla naszego kraju, a nie przez prywatne animozje, czy nieporozumienia. One w ogóle nie powinny mieć miejsca, tylko przejdźmy poziom wyżej. Idźmy razem tą drogą i starajmy się o organizację igrzysk, chociaż to będzie trudne.
Nie brakuje nam silnych rywali?
- Są kraje w Unii Europejskiej, które bardzo na to liczą i są bardzo zaangażowane. Teraz igrzyska będą w Ameryce Północnej, a później w Australii, więc teoretycznie następne powinny być w Europie. A Monachium bardzo chce i na pewno jest najbardziej zaawansowane w przygotowaniach ze wszystkich miast. Budapeszt jest chętny, a także Stambuł. Tak naprawdę największym konkurentem dla nas jest Monachium. Gdybym dziś miała do tego podchodzić obiektywnie, to w Niemczech jest największe zaangażowanie. A jeżeli oni dostaną organizację w 2036 roku, to trudno mi sobie wyobrazić, by po czterech latach znów gospodarzem igrzysk został kraj europejski, a do tego tak blisko położony. Wiemy jednak na pewno, że jest ogromna praca do wykonania, także przez cały korpus dyplomatyczny. Podobnie jest w przypadku organizacji na przykład wystawy światowej Expo i innych dużych międzynarodowych wydarzeń. To Ministerstwo Spraw Zagranicznych przekonuje, że my jesteśmy najlepszym miejscem do przeprowadzenia tego typu imprezy sportowej jak igrzyska. Na pewno prezes MKOl Kirsty Coventry, która pochodzi z Zimbabwe zrobi wiele, by w końcu igrzyska zawitały do Afryki. Dla mnie 2040 i 2044 to te realne daty na igrzyska w Polsce.















