Świątek wprost ws. tego, jak Wimbledon potraktował jej siostrę i tatę. Zaskoczenie
- W zeszłym roku wydarzyło się tu prawdopodobnie coś najbardziej niesamowitego w mojej karierze tenisowej, więc czułam to również tego dnia -to jedno z najważniejszych zdań z ust Igi Świątek, które w pełni tłumaczy, dlaczego po trudnym mecz z Amerykanką Taylor Townsend emocje u obrończyni tytułu wzięły górę. Stres, z którym walczy, a który ją spina, jak to działo się w drugim secie, tutaj jeszcze był spotęgowany. Dodatkowo w Loży Królewskiej zasiadł jej tata Tomasz oraz siostra Agata. Temu wątkowi Iga poświęciła większą uwagę na konferencji.

Iga Świątek po spotkaniu z trzykrotną mistrzynią wielkoszlemową, w tym z Wimbledonu, tyle że w grze podwójnej Taylor Townsend nie uciekała od problemu, z którym boryka się od wielu miesięcy. Doskonałą ilustracją był przebieg meczu z 30-letnią Amerykanką, gdy po pierwszym secie jakość gry naszej mistrzyni spadła na łeb, na szyję.
O ile pierwszym secie zanotowała 11 uderzeń kończących i tylko cztery niewymuszone błędy, tak w drugim sytuacja wyglądała odwrotnie. Czy jest to frustrujące? Oczywiście, a słowa Igi Świątek pokazują, że ten temat musiała bardzo solidnie zacząć przerabiać już na starcie sezonu.
- Myślę, że na początku roku trudno mi było to zaakceptować. A w tym meczu czułam, że to nie ma aż takiego znaczenia, bo przecież czekał mnie jeszcze trzeci set. Nie mogłam rozpamiętywać tych wszystkich błędów. Wiedziałam, że mam odpowiednie umiejętności, więc musiałam po prostu zachować większą czujność i może grać z nieco większym marginesem bezpieczeństwa, nie podejmując nadmiernego ryzyka - mówiła.
- Czułam też, że na początku drugiego seta Taylor nieco mocniej naciskała i skuteczniej chodziła do siatki, w przeciwieństwie do kilku wolejów, które zepsuła w pierwszej partii. To nie jest tak, że gra się w próżni, na korcie zawsze są dwie zawodniczki. Gdyby ona nie wywierała presji, może nie popełniałabym tych błędów - starała się analitycznie podejść do problemu i z pewnym zrozumieniem, by w trakcie spotkań potrafić wyrzucać go z głowy. Jednak widać, że świadomość wyzwania jest jednoznaczna.
Jedną z otoczek, jaką zafundowano 25-latce na okoliczność pierwszego meczu z pozycji obrończyni tytułu, była obecność jej bliskich w specjalnej Loży Królewskiej, na której zasiadają najznamienitsi goście. W tym szczególnym anturażu nietrudno było dostrzec siedzących w najniższej części trybuny tatę Tomasza oraz siostrę Agatę. Świątek zapytana, czy dzięki temu to wydarzenie stało się tym bardziej wyjątkowe i pełne emocji, odparła:
- Zazwyczaj, gdy na turnieje przyjeżdża więcej osób, czuję pewną presję oczekiwań. Tym razem było inaczej, bo przyjechały tylko dwie osoby, dla mnie najważniejsze, bo najbliższe. Nie czułam jednak presji, ponieważ oni wiedzą, co czuję. Zwłaszcza siostra, mam wrażenie, że ona wiele rozumie. Wiem, że są tam, by mnie wspierać - tłumaczyła uśmiechnięta.
Dla nich to także dodatkowe doznanie: - Chcieli też doświadczyć pobytu w Loży Królewskiej. Nieczęsto ma się okazję tam być, więc cieszę się, że mogli tego zaznać, choć wiem, że dla nich też było to dość stresujące. Więc cieszę się, że dzień zakończył się pozytywnie i że oni też dobrze się bawili - zaczęła.
Świątek reaguje na dramat Chwalińskiej. Wymowne słowa po tym, co się stało
Jeden z zagranicznych dziennikarzy dociekał, by Iga powiedziała w tym wątku jeszcze więcej. Podkreślając ten obrządkowy fakt, że przyszło jej na oczach taty i siostry siedzących w królewskiej scenerii rozegrać pierwszy mecz drugiego dnia turnieju na korcie centralnym.
- To oczywiście coś niezwykłego. Miałam już okazję tego doświadczyć po tym, jak Ash zakończyła karierę, grałam wtedy jako numer jeden na świecie. Tym razem jednak odczucia były inne. Czujesz, że mnóstwo ludzi czeka na ten mecz, wszystko to wraca, gdy nadchodzi moment wyjścia na kort i rozegrania spotkania - zwróciła uwagę na ostatnie sekundy przed wejściem.
Coś jak moment, który nieraz paraliżuje wielu wyśmienitych pięściarzy, gdy już są wywoływani do ringu.
- To dziwne uczucie, bo z drugiej strony to przecież tylko mecz tenisa. Ale na tym właśnie polega nieco magia Wimbledonu. Bardzo chciałam, żeby wszyscy czerpali z tego radość i sama też chciałam się tym cieszyć, co oczywiście nie jest łatwe, bo gra w tenisa bywa trudna. Ostatecznie jednak cieszę się, że tak to się potoczyło i że była przy tym moja rodzina - odparła 6-krotna triumfatorka Wielkich Szlemów.
Z Londynu - Artur Gac











