Pytanie, podniesione przez Interię, skłoniło Igę Świątek do bardzo ciekawej i dojrzałej odpowiedzi, biorąc pod uwagę, że emocje wciąż buzują. Polka już na wstępie sama powiedziała, że w zasadzie w pełni jeszcze do niej nie dociera, czego dokonała na Wimbledonie.
Iga Świątek: Przyznam, że nadal jestem w lekkim szoku
Na trawie dotąd czuła się mniej komfortowo, jej tenis nie prezentował się tak efektywnie, a tymczasem w Londynie budowała się z każdym kolejnym meczem. Im bardziej szła w górę poprzeczka i rosła stawka turnieju, tym Iga zdecydowanie rozprawiała się z przeciwniczkami.
- Czy to mój numer jeden w dorobku? Ciężko szczerze mówiąc ocenić, bo pamiętam US Open, który był w zasadzie od początku bardzo ciężki. Tam przekopywałam się przez bardzo dużo problemów i wiele niepewności, a wygrałam, co dało mi ogromnie dużo pewności. A tutaj totalnie się tego nie spodziewałam, więc ciężko mi zrobić taki ranking - mówiła Iga, dodając, że jest dużo czynników, które mają zasadniczy wpływ.
Polacy w Londynie zgłaszają pomysł, jak nagrodzić Igę Świątek w ojczyźnie. Hit
- Na Roland Garros oczekiwania są zawsze. Gdy wygrałam w 2023 roku, to właściwie nie czułam się szczęśliwa, tylko czułam ulgę, bo wszyscy tego oczekiwali. W 2024 roku cieszyłam się trochę bardziej i udało mi się ten proces docenić, zwłaszcza że prawie odpadłam z turnieju w drugiej rundzie. A tutaj... No nie wiem. Jeszcze będę potrzebowała czasu, żeby na to spojrzeć z perspektywy - kontynuowała Iga i wtedy doszło do najciekawszego...
- Jak już chcecie usłyszeć coś ciekawego, to oddałabym jednego szlema za złoty medal olimpijski - orzekła Polka. Dopytana, czy nie tego najświeższego z wimbledońskiej trawy, odparła że takiego wyboru już nie chce dokonywać.
Opisując swoje emocje, które towarzyszyły jej przed finałem i po jego zakończeniu, Idze aż trudno było skondensować to wszystko w zaledwie kilku zdaniach. - Przyznam szczerze, że czas oczekiwania od półfinału do finału nie był najłatwiejszy, bo dużo myśli pojawia się w głowie. Właściwie zasypia się z jakimiś wizjami, które nie do końca zawsze pomagają, bo warto powstrzymywać swoje wyobrażenia - przyznała otwarcie.
- Cieszę się, że wykonałam dużą robotę, by skoncentrować się na pracy. I cały czas zachodził proces w mojej głowie, by przeformułować to wszystko. Musiałam wyjść na ten mecz i być gotowa, żeby cieszyć się każdą minutą gry. Celem było korzystanie z tego, że dobrze poczułam się na trawie i to realizowałam od początku meczu. Potem po prostu szłam za ciosem, bo też widziałam, że Amanda Anisimova była trochę zestresowana. Dzięki temu miałam dużo okazji, żeby budować presję i cały czas naciskać. Nie myślałam w trakcie o wyniku, bo wiedziałam, że to może mnie rozproszyć - rozkładała wszystko na czynniki pierwsze nasza triumfatorka.
I wróciła do tego, że ten sukces będzie potrzebował czasu, by w pełni do niej dotarł. - Przyznam, że nadal jestem w lekkim szoku, zwłaszcza że finał wyglądał tak jak wyglądał i tak szybko się skończył. Po prostu jeszcze nie do końca to do mnie dotarło - mówiła, uśmiechając się całą sobą Iga Świątek.
Iga Świątek: To jest coś, co zostaje na całe życie
Sześciokrotna triumfatorka Wielkich Szlemów zaznaczyła, że wygranie turnieju tej rangi z automatu czyni dany sezon udanym, nawet jeśli wcześniej nie wszystko szło po myśli. - Tak, bez dwóch zdań. Myślę, że to jest coś, co po prostu zostaje na całe życie. To nie jest ranking, który można zgubić lub inny tytuł, gdzie pozostałe turnieje są tak samo ważne. Faktycznie, zwycięstwo w Wielkim Szlemie jest ponad to wszystko - podkreśliła Polka bez żadnych wątpliwości.
Presja faworytki towarzyszyła Świątek od samego początku turnieju, bo najwyżej notowaną rywalkę miała dopiero w finale, przy czym Anisimova zajmuje "tylko" 13. miejsce. Nasza tenisistka jest oczywiście w bardzo długim procesie budowania się pod względem mentalnym i psychologicznym, ale zapytana o to wszystko, z rolą Darii Abramowicz i całego sztabu, odparła:
- Praca, którą wykonujemy, ja wiem, że przynosi rezultaty. Czasami jest łatwiej, czasami trochę ciężej. Czasami ja popełnię jakiś błąd, jak to było na początku sezonu, gdy miałam zły sposób myślenia o swoim tenisie lub o tym, co chcę osiągnąć. Ale ja wiem, że to wszystko, co mówi mi mój team i jak pracuję z Darią, ma ogromny sens i jest częścią dłuższego procesu. Zresztą powiedziałam na korcie, że większość osób w zespole znam od lat i mamy takie zaufanie w stosunku do siebie, iż oni wiedzą, co w danym momencie potrzebuję. Jest to dla mnie bezcenne. Bez nich, bez dwóch zdań, nie byłoby mnie tutaj - zawyrokowała Iga Świątek.
Artur Gac, Wimbledon
















