Iga Świątek w trybie alarmowym. Niepokój po meczu Polki. Jak to wyjaśnić?
Epicki, magiczny, wymykający się wszelkim zdroworozsądkowym prawidłom - tak wyglądał ubiegłoroczny finał Igi Świątek w Wimbledonie, w którym oczarowała cały tenisowy świat, rozbijając w pył 6:0, 6:0 Amandę Anisimovą, która płakała jak bóbr. Teraz do Londynu przyjechała zawodniczka w zupełnie innym momencie kariery, w tym roku nie dotarła do żadnego finału, a przywilej powrotu na magiczną trawę wiązał się także z dodatkową presją. Niestety znów oglądaliśmy Igę w niewytłumaczalnych przestojach. Wyszarpała wygraną, ale jej wejście w turniej niepokoi i każe stawiać ważne pytania.

To nie było najszczęśliwsze losowanie naszej gwiazdy, która wciąż poszukuje najlepszej formy. Kiedy ona się ulotniła? Co tak naprawdę wywołało trwający już tyle miesięcy przestój? Jaka jest najważniejsza diagnoza? Tutaj spojrzenia są różne, a być może nawet w samym sztabie Igi Świątek nie jest to najłatwiejsze do rozszyfrowania, bo poszukiwania wciąż zakrojone są na szeroką skalę. Wima Fissette'a, z którym gwiazda przed rokiem zrobiła furorę na Wimbledonie, już nie ma. Szefem nowego projektu został Hiszpan Francisco Roig.
Iga Świątek w dwóch trybach. Reset "trybu fabrycznego"...
Naprzeciwko Igi stanęła grająca leworęcznie Taylor Townsend, która na trawie potrafi grać na wysokim poziomie. Udowodniła to w 2024 roku, sięgając tutaj po tytuł w grze podwójnej. 30-latka jest znacznie bardziej utytułowana, potrafiła także wygrać przed rokiem Australian Open, a w ostatnich tygodniach Roland Garros.
Iga Świątek nie została napędzona sukcesem w Paryżu, gdzie odpadła już w czwartej rundzie, pokonana przez Ukrainkę Martę Kostiuk. Gorsze jednak i dużo mniej optymistyczne było to, że w Bad Homburgu, gdzie zapowiadał się jej szlif gry na trawie, odpadła już w 1. rundzie po trzysetowej przeprawie z Emmą Navarro.
Do Londynu przyjechała zatem jako wielka niewiadoma. Sam początek meczu z Townsend zaczął się tak, że można było zazgrzytać zębami. Notowana na 79. miejscu w rankingu WTA Amerykanka wygrała swoje podanie i dobrała się do serwisu naszej gwiazdy. Iga w tym elemencie nie wyglądała najlepiej, przez co rozpaczliwie broniła się przed ekspresowym przełamaniem. Miała jednak przy sobie sporą dozę szczęścia, bo rywalka aż pięć razy zaprzepaściła break pointa. Tę próbę nerwów Iga wytrzymała. Miała także o niebo więcej fartu niż Maja Chwalińska, bo jej uślizg na korcie zakończył się bez konsekwencji.
Ważniejsze jednak było to, że ekspresowo zresetowała "ustawienia fabryczne". Najpierw sama przełamała przeciwniczkę, a od kolejnego gema bezwzględnie poprawiła serwis. Wygranie do zera było momentem zwrotnym, od tej chwili podanie poprowadziło trzecią tenisistkę świata do budowania przewagi w mgnieniu oka. Sama z kolei dobrze returnowała, zagrywała długie i mocne piłki, zmuszając przeciwniczkę do rozlicznych błędów. Tę partię Polka, wygrawszy sześć gemów z rzędu, zwyciężyła do jednej bramki 6:1.
Porażka z Rosjanką, ale Polka zostaje w Wimbledonie. Jest też druga decyzja
...i wpadnięcie w dołek. Iga Świątek w trybie alarmowym
Zasadne pytanie pojawiło się na starcie drugiego seta. Czy to znów moment próby, który za chwilę da nam większą odpowiedź? Tak pytaliśmy siebie, obserwując pierwszego gema, w którym Iga obniżyła poziom na serwisie. To wystarczyło, by Amerykanka od razu zwietrzyła szansę na przełamanie i okazji nie wypuściła z rąk. 0:1 i mnożące się rozterki, szybko przerwane po upływie krótkiej przerwie.
Niestety obudziliśmy się w nowej (starej) rzeczywistości. Skąd my to znamy w ostatnich miesiącach? Iga wpadła w wyraźny dołek, popełniając mnóstwo błędów. Na serwisie wróciła do jakości z początku meczu, co skończyło się drugim przełamaniem po dwóch podwójnych błędach. A Townsend, chwilę wcześniej fetując z publicznością wygranie najlepszej akcji w meczu, weszła w swój trans. Polka przegrywała już 0:4.
Gdy w piątym gemie pojawił się kolejny podwójny błąd przy podaniu, Świątek ratunku szukała w zmianie rakiety. Od tego momentu Iga zaczęła wygrzebywać się z niewytłumaczalnego przestoju. Przestała rozdawać na lewo i prawo swoje podania, ale i tak balansowała nad przepaścią. Jednocześnie doszło także do tego, że w najtrudniejszych sytuacjach sześciokrotna triumfatorka Wielkich Szlemów wyraźnie staje się jednym, wielkim kłębkiem nerwów. Walczyła w tym secie do końca, miała w górze nawet przełamanie, ale to Amerykanka zatriumfowała. 6:2 i wróciły koszmary. Polka starym zwyczajem udała się na tzw. przerwę toaletową do szatni. Tylko co dalej?
Świątek "przepchnęła" mecz 1. rundy. Tylko co dalej?
Kilkanaście minut - tyle trwał pierwszy gem trzeciego seta przy podaniu Świątek. Momentami oczy krwawiły, nasza tenisistka znów popełniała multum błędów, łącznie jej konto obciążało aż osiem podwójnych pomyłek. Ktoś powie: gem jak gem, ale z psychologicznego punktu widzenia mógł mieć kapitalne znaczenie. Jeden z kolegów postawił tezę, że kto wygra tę wojnę nerwów, zwycięży w całym spotkaniu. Dopiero 24 akcja dała obrończyni tytułu upragnione prowadzenie w decydującej odsłonie.
Niestety również kolejne minuty potwierdziły, że Świątek jest w dużym kryzysie. To była ciągła zmiana, dobre zagrania i wydawało się odzyskiwanie rytmu psuło to, co gwałtownie następowało. Przewagę zbudowała przełamaniem w szóstym gemie, wychodząc na 4:2. Ale co z tego, skoro po chwili oddała własne podanie, jakby ten element tenisowego rzemiosła to była dla niej fizyka kwantowa. Nagle Iga znów pozbierała te swoje rozsypane klocki i pokazała, że przecież ona nie zapomniała grać w swój sport na wysokim poziomie. Znakomity return pozwolił jej na nowo uzyskać przewagę przełamania i tylko jeden gem dzielił ją od końcowego zwycięstwa (5:3).
Kamień wszystkim spadł z serca, gdy kropkę nad "i" postawiła w kolejnym gemie. Każdy życzliwy Raszyniance, zapewne na czele z naszą gwiazdą, jest po tej inauguracji turnieju wypruty z emocji. I pełen obaw, co wydarzy się już w kolejnej rundzie.
Z Londynu - Artur Gac












