Co zrobi Iga Świątek? Ważą się losy polskiej kadry. Prezes PZT nadał "najwyższy priorytet"
Czy w kalendarzu WTA, dzięki Idze Świątek, Polska da radę "namieszać"? W naszym kraju może niebawem zagościć finał prestiżowego turnieju? Czy Iga zasili reprezentację Polski w kwietniowej, decydującej rundzie kwalifikacji Billie Jean King Cup, a w razie innej decyzji związek stanie za gwiazdą murem? Jak wyglądały kulisy przejęcia utalentowanej Czeszki 21-letniej Lindy Klimovicovej? Na te pytania i wiele innych w rozmowie z Interią odpowiada Dariusz Łukaszewski, prezes Polskiego Związku Tenisowego.

Artur Gac, Interia: Nie będę pytał pana o to, jak gigantycznym zainteresowaniem cieszył się niedawny turniej w Gorzowie z udziałem Igi Świątek, bo sam miałem okazję śledzić to wydarzenie z miejsca akcji. Zapytam inaczej i przewrotnie: czy po zakończeniu trzydniowych zawodów naszła pana taka oto refleksja: "o, tego mi zabrakło. A że chcemy iść do przodu, to przy kolejnym tej rangi wydarzeniu warto o to zadbać".
Dariusz Łukaszewski, prezes zarządu PZT: - Najgorsze to obrosnąć w piórka i mówić, że zrobiliśmy wszystko doskonale, jesteśmy najlepsi i tak dalej. Trzeba raczej szukać tego, co da się poprawić. To robimy. Mogę przypomnieć, że w kwietniu mieliśmy podobny turniej, gdy gościliśmy w Radomiu zawodniczki zagraniczne z jeszcze wyższej półki. Podołaliśmy organizacyjnie i przetarliśmy szlaki. Słabszy był wynik sportowy, ale emocji nie brakowało. Teraz, do sukcesu organizacyjnego dokładając ten sportowy, zrobiliśmy kolejny krok do przodu. Mamy reorganizację Billie Jean King Cup, więc nie od ITF-u, lecz od szczęścia zależy, kto z kim oraz gdzie zagramy w kwietniu. Liczymy na łut szczęścia i to, że wystąpimy w Polsce, co także pomogłoby nam wydatnie w rozwoju.
Gdzie pan widzi rezerwy?
- Widzę przede wszystkim, że jesteśmy w stanie przygotować duże wydarzenia międzynarodowe, ale na pewno - jeśli mówimy o tenisie i Polsce - ograniczeniem pozostaje infrastruktura. Jeśli pomyślimy o ostatnich zawodach, rozgrywanych w pięknych halach w Radomiu i Gorzowie, czy nawet weźmiemy pod uwagę inne miasta z jeszcze większymi obiektami, to i tak mówimy o imprezach na jeden kort. A jeśli chcemy zawodowego, wielkiego turnieju, jedna hala nie wystarczy. Muszą być dwa korty meczowe oraz dwa treningowe z taką samą nawierzchnią. To zmienia sytuację. Ktoś mógłby powiedzieć: "No dobra, róbcie to na kortach otwartych", jednak infrastruktura nawet tych najlepszych obiektów wciąż wymaga modernizacji, aby można było tam zorganizować zawody najwyższej rangi.
I o takich zawodach myślicie?
- Tak, ale najpierw musimy mieć gdzie je rozegrać.
Widzi pan przestrzeń w kalendarzu, jak sądzę WTA, żeby spróbować w nim trochę namieszać?
- Po nawiązaniu pozytywnych relacji z ITF próbujemy zbudować równie dobre z WTA. Łatwiej szukać porozumienia, mając taką zawodniczkę, jak Iga Świątek, gdy inni ponadto zauważają, że w Polsce jest już też kilka innych nazwisk, a także niemało potencjału. Bardzo dobrze grają przecież nasze dziewczyny do 16 lat, juniorki zdobywają medale na mistrzostwach Europy, a niedawno reprezentacja Polski wystąpiła w półfinale juniorskiego Billie Jean King Cup. Oni wszyscy za chwilę spróbują pójść wyżej.
Podczas trwania turnieju w Gorzowie pana kolega z zarządu PZT Radosław Szymanik powiedział na antenie Polsatu Sport, że jako członek PZT może zdradzić, iż pracujecie nad dużymi imprezami w Polsce. Więc nie po to chciałem z panem rozmawiać, żeby poprzestać na zawoalowanych przekazach, tylko od ogólników przejść do szczegółów. W obecnych realiach infrastrukturalnych i kalendarzowych możliwości, o jakich imprezach w najbliższym czasie rozmawiamy?
- Nie jestem w stanie odpowiedzieć panu na to pytanie.
Z jakiego powodu?
- Podobne rozmowy często po prostu wymagają dyskrecji. Zwróciłem już uwagę na to, ile mamy pięknych hal, więc nie uważam, że się nie da. Jako Polski Związek Tenisowy prowadzimy różne rozmowy, bo świat nas docenia i też chce z nami rozmawiać.
Czy rozmawiamy o takim wydarzeniu, nie w przyszłym, ale w 2027 roku, jak zorganizowanie finałów Billie Jean King Cup?
- Kontrakt na organizację tej imprezy ma dziś Shenzhen. Musimy też pamiętać, że choć finały przez wiele lat odbywały się w listopadzie i w hali, to od ubiegłego roku turniej znalazł się w kalendarzu między zawodami w USA i w Azji. To termin trudniejszy do zaakceptowania. Nic nie jest jednak przesądzone.
Sytuacja z Lindą Klimovicovą sprawiła, że strona czeska poprosiła o - nazwijmy to - porozumienie na przyszłość. Czyli jeśli zawodniczka z Czech przyjdzie do polskiego związku lub zawodniczka z Polski pójdzie w drugą stronę, to zanim federacje zaczną rozmawiać, najpierw zakomunikują to sobie wzajemnie. Dopiero otrzymawszy zgodę drugiej strony będą kontynuować rozmowy. Uważam, że to dobry kierunek.
A ma pan wizję czegoś spektakularnego? By daleko nie szukać, specjalnym gościem w Gorzowie był sześciokrotny mistrz świata na żużlu Bartosz Zmarzlik, który raz w roku maestrię speedwaya pokazuje na PGE Narodowym, gdy stadion na kilka dni zamienia się w obiekt żużlowy. Pracujecie w kierunku, aby tenisowe wydarzenie zagościło na najbardziej reprezentacyjnym obiekcie w kraju?
- Wie pan… Myślę, że na takie pytanie mógłby raczej odpowiedzieć Team Igi Świątek. Jej zespół wykonuje świetną pracę, co widać nie tylko po wynikach, ale także tym, co dzieje się wokół, jak założenie fundacji, która wspiera młodych sportowców. Wszystko, co zrobiła Iga dla reprezentacji, pomagając jej utrzymać się w głównym nurcie drużynowych rozgrywek, pozostaje bardzo ważne i jesteśmy za to wdzięczni. A czy jest w jej kalendarzu czas na dodatkowe występy? Z jednej strony każdy może powiedzieć, że Iga zapełniłaby PGE Narodowy i byłoby to potężne wydarzenie. Zgoda. Jednak znalezienie wolnego terminu pozostaje arcytrudne. Chciałbym, żeby Iga w kwietniu zagrała dla reprezentacji, pomagając w walce o awans do finałów Billie Jean King Cup, ale to decyzja jej oraz zespołu, która zależy od wielu czynników, i uszanujemy każdą. Idze należy się wielki szacunek za to, że nieustannie chce być najlepsza. Tylko wybitni sportowcy mają w sobie to, że nawet jeśli już osiągnęli szczyt, to dalej dążą do kolejnych zwycięstw i pozostają perfekcjonistami. Trzeba urodzić się z takim charakterem, ale też duże brawa za to, że Iga stworzyła wokół siebie zespół, który jej w tym pomaga.
Gdyby maksymalnie puścił pan wodze fantazji, w ryzach realiów, to w jaki wymarzony sposób chciałby pan zdyskontować obecny status Igi Świątek? Co chciałby pan, aby odbyło się w Polsce?
- Najważniejsze, aby ze wszystkich nowych projektów dotyczących rozwoju i popularyzacji dyscypliny, które mamy m. in. dzięki Idze oraz większej liczbie partnerów - takich jak "Program Indywidualnego Wsparcia", "W Drużynie Raźniej", "Talentiada", "Tenisowe Duety" dla 10-latków, nowy "Road to Supermasters", imprezy polsko-czeskie dla 12-latków czy rozegrany niedawno w Lesznie po raz pierwszy dzięki Fundacji LOTTO im. Haliny Konopackiej turniej międzynarodowy na wzór United Cup - narodziło się w Polsce następne pokolenie wspaniałych tenisistów. Liczę też na spektakularny turniej, o który już pan dopytywał. Nic nie jest jednak przesądzone, bo choć mamy ambicje, a polski tenis się rozwija, to rozmowy trwają, a my pozostajemy pokorni.
Kiedy w temacie turnieju zapadnie rozstrzygnięcie?
- Najprawdopodobniej w połowie 2026 roku.
Ukażmy "kuchnię" tego sukcesu, którego sprawczynią, ściągając tłumy kibiców do Gorzowa, była Iga Świątek. Czy, jako związek, cały czas musieliście lobbować, aby Iga na pewno wystąpiła w listopadowej odsłonie BJK Cup?
- Skład kobiecej reprezentacji oraz powołania na mecze to odpowiedzialność kapitana Dawida Celta. On rozmawia z zawodniczkami. Iga wie, że zawsze znajdzie dla niej miejsce w drużynie. Jako PZT nie lobbujemy ani nie naciskamy w tej sprawie. Mamy świadomość, że Igę otacza zespół, który pomaga jej podjąć najlepsze możliwe decyzje w konkretnym czasie.
Gdy w 2023 roku Igi Świątek zabrakło w finałach Billie Jean King Cup, pana poprzednik Mirosław Skrzypczyński wówczas napisał w mediach społecznościowych: "Nie można być Polakiem kiedy Ci jest wygodnie, podobnie jak nie możesz grać w reprezentacji tylko wtedy, kiedy Ci pasuje". Pan by tak zareagował?
- Nigdy bym takich słów nie powiedział, a tamte dementowałem. Moje zdanie o Idze Świątek i szacunek dla niej są sprawą jasną niezależnie od tego, czy decyduje się w danym momencie na grę dla drużyny narodowej. Sam w mediach społecznościowych się nie udzielam, bo szkoda mi na to czasu.
Pytam, bo otwarte pozostaje pytanie, czy Iga wzmocni reprezentację w kwietniu, podczas decydujących kwalifikacji do Finals 8. I już pan dotknął tego wątku, nadając mu najwyższą gradację, gdyby w odwodzie było towarzyskie wydarzenie tenisowe.
- Oczywiście, to jest dla nas najwyższy priorytet, ale pozostaje kilka znaków zapytania. Nie wiadomo, gdzie przyjdzie nam wystąpić. W grę wchodzą wyjazdy do Japonii, Szwajcarii lub na teren wskazany przez Ukrainę. U siebie moglibyśmy zagrać z Belgią bądź Kazachstanem, gospodarza ewentualnego meczu z Australią lub Słowenią wskaże zaś losowanie. Na dziś to wróżenie z fusów, skoro nie znamy miejsca ani nawierzchni, ale jeszcze w tym roku wszystko będzie jasne.
Czyli gdybym pana na ten moment zapytał o dyspozycyjność Igi, nie byłby pan w stanie zaryzykować stwierdzenia, że na pewno wystąpi w kwietniu?
- Z tego, co wiem, Iga Świątek jest w tym momencie na wakacjach i odpoczywa przed rozpoczęciem przygotowań do kolejnego sezonu. Skład zespołu to zaś - jak wspominałem - kompetencja kapitana, nie prezesa. Turniej w Gorzowie dopiero się zakończył i jest zbyt wcześnie, aby mówić o kwietniu, zwłaszcza że jeszcze nie wiemy, z kim ani gdzie zagramy.
Jeśli decyzja Igi byłaby "na nie" i zacznie pojawiać się wiele komentarzy oraz opinii jej nieprzychylnych, to będzie pan jej bronił?
Uszanuję jej decyzję, a jeśli trzeba, będę jej bronił. Nie wszyscy zdają sobie bowiem sprawę z trybu, w jakim funkcjonuje zawodniczka ze światowej czołówki. Granie na najwyższym poziomie oznacza blisko jedenaście miesięcy rywalizacji, międzykontynentalne podróże i występy na różnych nawierzchniach. Wszyscy chcielibyśmy, aby Iga była dostępna również dla reprezentacji, ale ona musi przede wszystkim podejmować decyzje najlepsze dla siebie. Negatywne komentarze i hejt często biorą się z braku zrozumienia sytuacji. Sam się z nim stykam, ale przywykłem już, że osoba publiczna w obecnych czasach jest na to skazana.
Prezesie, teraz krótkie kalendarium. Pochodząca z Czech Linda Klimovicova polskie obywatelstwo otrzymała w październiku zeszłego roku, prawda?
- Jeśli dobrze pamiętam, to tak.
Z kolei nieco później - bodaj 16 listopada 2024 roku - miało dojść do podpisania porozumienia pomiędzy czeską a polską federacją. Czy doszło?
- Owszem, podpisaliśmy to porozumienie w Maladze, na finałowym turnieju BJK Cup.
To teraz pytanie za sto punktów, wszak decyzja Klimovicovej wywołała w Czechach niemałą burzę.
- Ma pan rację.
Pojawiły się głosy, mówiące o konieczności wprowadzenia ustaw, które utrudniałyby odpływ talentów do innych krajów, a głos zabrał pana odpowiednik, czyli prezes Jakub Kotrba. Zatem jak dało się podpisać porozumienie chwilę po przesileniu? Wszak sternik czeskiego tenisa wypowiedział następujące słowa: "O tym, że Linda Klimovicova zmieniła obywatelstwo, dowiedzieliśmy się z mediów i jest to dla nas bardzo nieprzyjemna niespodzianka".
- Sytuacja z Lindą Klimovicovą sprawiła, że strona czeska poprosiła o - nazwijmy to - porozumienie na przyszłość. Czyli jeśli zawodniczka z Czech przyjdzie do polskiego związku lub zawodniczka z Polski pójdzie w drugą stronę, to zanim federacje zaczną rozmawiać, najpierw zakomunikują to sobie wzajemnie. Dopiero otrzymawszy zgodę drugiej strony będą kontynuować rozmowy. Uważam, że to dobry kierunek. Jako osoba mieszkająca na Śląsku widzę z bliska i szanuję to, jak Czesi się rozwijają. Cenię ich oraz zdaję sobie sprawę, że utrata Lindy była zaskoczeniem.
W każdym razie było to porozumienie reakcyjne na kazus Lindy?
- Tak, reakcyjne, ale także obejmujące inne aspekty, jak kontynuacja turniejów polsko-czeskich, które odbywały się w ostatnich latach, wraz z dodaniem do kalendarza listopadowego spotkania-konsultacji zawodników z obu krajów. Takie wydarzenie miało ostatnio miejsce w Lesznie, gdzie oprócz Czechów zaprosiliśmy tenisistów z Ukrainy. W ten sposób powstał Young Tennis Talents Tournament, czyli Memoriał Haliny Konopackiej, z rywalizacją w dwóch kategoriach wiekowych U14 i U18. To pokazuje, że nawet tak drobną sytuację można wykorzystać dla dobra całej dyscypliny.
Nie wiem, na jakiej dokładnie stopie jest pan z prezesem Kotrbą, ale zastanawiam się nad pierwszymi, międzyludzkimi relacjami, gdy stracili Lindę.
- Dobrze znam wieloletniego wiceprezesa czeskiego związku Martina Hynka, który jest z Ostrawy, więc z tej racji jesteśmy bliżej, ale prezesa Kotrbę również szanuję. Pozostajemy w kontakcie.
I usłyszał pan, przepraszam - to będzie próba cytatu - "Darek, ale nam wycięliście numer. Sami wiecie, że trzeba się na to zabezpieczyć, a tutaj nie upilnowaliśmy naszego talentu, a wy go przejęliście"?
- Nic takiego nie usłyszałem i jestem przekonany, że takie zdanie nigdy by nie padło. Wiadomo, że Czesi mają wiele utalentowanych zawodniczek, więc jestem sobie w stanie wyobrazić, że przy takim kłopocie bogactwa można nieco inaczej patrzeć na tenisistkę z drugiej setki rankingu WTA. A każda szuka przecież dla siebie jak najlepszych możliwości rozwoju.
Czy w tym porozumieniu lub innych jesteście też zabezpieczeni w ten sposób, że gdyby nagle eksplodował polski talent i zdecydował się grać w innych barwach, musiałby zapłacić za cały proces szkolenia, który odbył w Polsce?
- Na tym polega nasza umowa z Czechami. Podobne porozumienie negocjujemy obecnie także z innym federacjami.
Czy to znaczy, że są talenty, o które może być walka?
- Zdajemy sobie sprawę z tego, że w tenisie narodowość, podobnie jak i przywiązanie do klubu, jest o tyle mniej istotna, że mowa o sporcie indywidualnym. Krajowe federacje raczej nie rozdają kart. Nie mamy tak potężnej i bogatej organizacji, jak FIFA. ITF nie jest w stanie zapewnić i zabezpieczyć finansowania narodowym federacjom, bo w 1973 roku pozwolił na wprowadzenie ATP i WTA, które spijają śmietankę. Większa liczba podmiotów sprawia, że sytuacja jest nieco bardziej skomplikowana.
Z jednej strony każdy może powiedzieć, że Iga zapełniłaby PGE Narodowy i byłoby to potężne wydarzenie. Zgoda. Jednak znalezienie wolnego terminu pozostaje arcytrudne. Chciałbym, żeby Iga w kwietniu zagrała dla reprezentacji, pomagając w walce o awans do finałów Billie Jean King Cup, ale to decyzja jej oraz zespołu, która zależy od wielu czynników, i uszanujemy każdą. Idze należy się wielki szacunek za to, że nieustannie chce być najlepsza.
Mamy wielki talent, który znalazł się na czyimś radarze i może odpłynąć na zachód?
- Nie. Dbamy o swoje interesy, a członkowie zarządu PZT dobrze wypełniają swoje role, dzięki czemu jako federacja jesteśmy coraz bardziej widoczni. Dowód tego zobaczymy w marcu, gdy w Gdańsku ugościmy 150 delegatów Tennis Europe. To w naszym sporcie jedno z najważniejszych wydarzeń roku. Jesteśmy zauważani jako kraj, bo organizujemy coraz więcej imprez oraz pracujemy mocno także nad kalendarzem wydarzeń młodszych kategorii - do lat 12, 14 i 16. Chcemy, aby nasze znaczenie na europejskiej arenie tylko rosło.
To jeszcze inna, ciągle świeża sprawa, która też odbiła się głośnym echem. Chodzi o siostry Olivię i Karolinę Lincer, grające od 2022 roku dla Polski, lecz dla kraju swojego pochodzenia już nie występują. Za pośrednictwem mediów obie strony, to znaczy pan oraz ich tata Maciej Lincer, udowadnialiście sobie racje. Tak po ludzku, szkoda panu tej decyzji?
- Szkoda mi obu dziewczynek. Poznałem pana Macieja i kiedy pytał, odpowiadałem - najpierw jako wiceprezes, a później prezes - że dyrektor sportowy oraz kapitan reprezentacji dostali informację, iż takie zawodniczki są oraz mają polskie obywatelstwo. I jeśli chcą z nich skorzystać, mogą to zrobić. Kapitan nie ma jednak obowiązku konsultowania powołań z prezesem, nie może też zmieniać decyzji pod wpływem jego podszeptów. To byłby absurd, do którego nigdy nie dopuszczę.
Ten wątek znam, że w Warszawie wystąpiła zawodniczka z klubu z Bytomia, z którym pan jest związany i tę sprawę wyjaśnialiście sobie z dwóch perspektyw. Mnie jednak najbardziej zapadły w pamięci inne słowa pana Lincera, wypowiedziane w wywiadzie dla sportowefakty.wp.pl, gdy mówił o braku wsparcia. Cytuję: "Chodziło o to, że przez trzy lata nikt w związku, ani z działaczy, ani trenerów nawet nie zadzwonił albo nie napisał wiadomości do żadnej z moich dziewczyn. Ani razu. Nie było żadnego zapytania o treningi, plany startowe, potrzeby czy zwykłe 'jak się czujesz?'. Nie pojawiły się też gratulacje po tym, jak Olivia wygrała turnieje ITF w zeszłym roku".
- Dyrektor sportowy zapewnił mnie, że ma kontakt z ojcem. Rozmawiali przynamniej kilka razy w 2023 i 2024 roku. Sam przy okazji ostatniego turnieju w Kozerkach rozmawiałem też ze starszą z sióstr, Olivią. Nasz kontakt był normalny.
Jest w panu nutka obawy, że jeśli jedna z sióstr znajdzie się w światowej czołówce, to ta sprawa będzie dla pana wyrzutem sumienia?
- Wyrzutem sumienia będzie dla mnie, że jeśli siostrom nie pójdzie, to ktoś będzie próbował udowodnić, że Polska zmarnowała ich talenty. A one w naszym kraju w ogóle nie trenowały. Zmieniły barwy, bo wydawało im się, że szybciej trafią do reprezentacji Polski niż Stanów Zjednoczonych.
W jakiej kondycji finansowej jest dzisiaj PZT?
- Tenis w Polsce jest coraz lepiej finansowany, co jest niezaprzeczalnym faktem. Równolegle niepodważalnym pozostaje, że to sport wciąż niedoceniany. Jestem ostatnim, który krzyknie, by komuś zabrać i dać tenisowi, bo wiem, że każda dyscyplina zasługuje na szacunek. Wydrapywanie sobie pieniędzy nie stworzy lepszego polskiego sportu. Chodzi raczej o to, by pojawiły się dodatkowe środki, a także doszło do reformy, o którą prosi się od kilkudziesięciu lat. Tego nie zrobimy, gdy sport będzie upolityczniony. To się na szczęście zmienia. Widzimy, że coś ruszyło, trwają przecież w ministerstwie prace nad Strategią Rozwoju Sportu. To sygnał, że idziemy w dobrym kierunku.
Rozmawiał Artur Gac
Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz: artur.gac@firma.interia.pl













