Reklama

Reklama

Wstrząsająca opowieść hokejowego reprezentanta Polski Kaspra Bryniczki

Hokeista Comarch Cracovii i reprezentacji Polski Kasper Bryniczka opowiedział nam wstrząsającą historię o tym, jak został potraktowany przez PZHL, gdy doznał ciężkiej kontuzji podczas kwietniowego meczu Polska - Ukraina. Zawodnik do dzisiaj nie wrócił do gry.

Aż dziw bierze, że takie historie mogą się zdarzać w zawodowym sporcie, na najwyższym szczeblu, bo takim przecież jest reprezentacja Polski. Kaspra Bryniczkę zdziwiły słowa wiceprezesa PZHL-u Mirosława Minkiny, który oświadczył podczas konferencji w Gdańsku, że Bryniczka, z uwagi na kontuzję, inkasował co miesiąc po 12 tys. zł.

- Miałem ciężki przypadek, nikomu nie życzę tego. Przecież wiemy, że hokej boli - zaczął Bryniczka. 

16 kwietnia w Budapeszcie, podczas oficjalnego meczu reprezentacji Polski z Ukrainą, w pierwszej tercji, doznał skręcenia obydwu stawów kolanowych. Co bulwersuje, reprezentacja Polski pojechała do Budapesztu bez lekarza w sztabie!

Reklama

- Na dodatek, nikt ze sztabu kadry nie pojechał ze mną do szpitala. Zawiózł mnie tam Węgier, opiekun naszej grupy, którego nie wpuszczono na badania. Szpital wyglądał tragicznie - łapie się za głowę Bryniczka.

Obolałego zawodnika, z opuchniętymi kolanami, wleczono po korytarzach szpitala trzymając go pod pachy, bo długo nikt nie mógł znaleźć wózka.

- Oczywiście nie zrobiono mi badań USG, czy rezonansem, a czułem, że sytuacja jest poważna, bo kolana wyglądały koszmarnie. Żaden z lekarzy nie mówił po angielsku, nie można się było z nimi porozumieć, jeden pielęgniarz próbował coś nieudolnie tłumaczyć - opowiada.

Bez znieczulenia, przy użyciu siły rąk, Węgrzy sprawdzali naszemu hokeiści stan kolan, co tylko pogłębiało ból.

Z niesprawnymi kolanami, nie mogący stać na nogach, Bryniczka taksówką został odesłany do hotelu, gdzie PZHL aż trzy dni organizował mu transport do Polski! Nogi bolały, wymagały natychmiastowej operacji, za hokeista reprezentacji kraju musiał wegetować w węgierskim hotelu! Przetrwał, dzięki pomocy kolegi z pokoju - Damian Kapicy, który pomagał mu dostać się na posiłki, do toalety, czy pod prysznic.

-  Dopiero 19 kwietnia zabrał mnie przedstawiciel firmy dostarczającej sprzęt na kadrę, bo miał po drodze. Po przyjeździe do rodzinnego Nowego Targu na drugie piętru pomógł mnie wynieść brat - relacjonuje Bryniczka.

Członek zarządu PZHL-u zapewnił hokeistę, że załatwił mu wizytę i wszystkie badania w nowotarskim szpitalu.

- 20 kwietnia udałem się do szpitala, okazało się, że nic nie jest załatwione. Musiałem się zarejestrować, odstać w kolejce pół godziny i dostałem skierowanie na rezonans magnetyczny. Choć lekarz określił skierowanie jako pilne, miałem czekać na to badanie dwa miesiące - szokuje Bryniczka.

Prywatnie chciał zapłacić za rezonans, ale na jego opis musiałby czekać tydzień, co dla profesjonalnego sportowca jest i za długim okresem.

W końcu trafił do kliniki w Bieruniu Śląskim.

- Zamiast trafić tam od razu transportem sanitarnym, wynajętym przez PZHL, dotarłem pod właściwą opiekę dopiero 10 dni po tym, jak doznałem kontuzji - dodaje Kasper.

Operacja kosztowała 15 tys. zł, udało się ją przeprowadzić dopiero 8 maja, ale na tym nie skończyły się perypetie reprezentanta Polski. Musiał jeszcze wydzwaniać, załatwiać w związku i ubezpieczyciela, aby klinika dostała zaległe pieniądze - 7860 zł.

Kasper nie miał żadnego wsparcia związku, będąc niepełnosprawnym, został pod opieką żony w zaawansowanej ciąży. Żony, która musiała się zajmować również ich pierwszym dzieckiem.

Dzięki zgodzie głównego likwidatora z firmy ubezpieczeniowej, Bryniczce wypłacono odszkodowanie, choć zazwyczaj ono jest płacone dopiero wówczas, gdy leczenie i rehabilitacja donie
- Przez cztery miesiące byłem odcięty od środków finansowych. Po upływie 95 dni od kontuzji dostałem zgodę na wypłatę 400 zł dziennie za niezdolność do gry. Od razu mnie poinformowano, że pozostałą należność dostanę po zakończeniu leczenia, więc informacje o tym, że dostawałem 12 tys. zł co miesiąc są nieprawdziwe - zapewniał Kasper Bryniczka.
Najgorsze jest to, że brak lekarza na zgrupowaniu hokejowej kadry to nie wyjątek, tylko częstsza praktyka. Nie było go również przedwczoraj, gdy przed turniejem EIHC w Gdańsku, Noureddine Bettahar dostał krążkiem w głowę.
-Lekarza nie było, nasz kadrowicz w szpitalu, na SOR-ze, musiał czekać w kolejce prawie pięć godzi. Jak myślicie, widząc takie rzeczy, taki zawodnik wybierze później grę dla Polski, czy dla innego kraju, jeśli ma taką możliwość - pytał Krystian Dziubiński, szef Stowarzyszenia Zawodników Hokeja na Lodzie. 
23-letni Bettahar urodził się w Niemczech (Trier), gra w MMKS Podhalu Nowy Targ, ale ciągle ma do wyboru gry dla Polski lub Niemiec. 

 
Michał Białoński, Mirosław Ząbkiewicz

Dowiedz się więcej na temat: Kasper Bryniczka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje